niedziela, czerwca 08, 2008

Sunset Rubdown - live - Siroco, Madryt - 7.06.2008



9/10

Znajdujący się w kamienicy w centrum Madrytu Klub Siroco wita odwiedzających mniej więcej takim napisem: "Weźcie pod uwagę sąsiadów, kontrolujcie swoją euforię!". Taaaak? No to trzeba było zaprosić na koncert Ryszarda Rynkowskiego albo Edytę Górniak (btw: po wczorajszym meczu Czechy-Szwajcaria nadal męczy mnie pytanie: kto wykona nasz hymn? Isis Gee? Miecz Szcześniak? To może od razu niech wracają do domu?). Gdyby postawić na jednym biegunie Sunset Rubdown to "kontrolowanie euforii" przesunie się na biegun przeciwny.

Euforię to ja mogłem kontrolować na występie supportu. Więcej - gdybym nawoływał moją euforię przez wielki megafon to i tak raczej by się nie ruszyła na powierzchnię, no ale nie mówmy już o nich (do wiadomości - Hola a todo el mundo), było tam kilka sympatycznych dziewcząt i grajcie sobie gdzieś daleko ode mnie ile chcecie.

No i OK - Sunset Rubdown. Znając płyty Kruga & Co. spodziewaliśmy się neurozy i patosu, ale w tym fajnym, mocnym wydaniu. No i niby była neuroza, niby był patos, ale było coś jeszcze. Bo rasowego rockowego setu z kapitalnymi, mocarnymi aranżacjami utworów się już nie spodziewaliśmy. Sunset Rubdown live to nie tylko (uwaga, kontrast!) charyzmatyczny, ale nieśmiały, hipnotyzujący Krug, ale też znakomity (ale to znakomity!) zespół. Co oni wyczyniali nie sposób opisać (perkusista w paski! perkusista w paski! - podaję dla odróżnienia bo było dwóch, zresztą drugi też świetny ; no i basista i ta urocza dziewczynka od instrumentów mniej konwencjonalnych).

Tak mi się wydaję, że z rozedrganego, ale jednak intymnego 2D z płyt, na koncercie muzyka SR przechodzi w porażające 3D, a to dlatego, że zamiast iść w modną dziś kakofonię, muzycy skupiają się na wydobyciu z piosenek siły czystej melodii. O, obgryzają marchewkę do rdzenia (oj, chyba poleciałem Zimochem, no ale nie obgryzaliście kiedyś tak marchewki do rdzenia? Dobra, nie było tematu). Jeśli idzie o klimat - są fascynujący. Patetyczne zaśpiewy nakładają się na marynarsko-ludowe melodie i chórki tworząc albo muzykę orkiestry na statku widmo, albo podkład do jakiejś kompletnie popieprzonej zabawy portowych duchów. Trochę jak upaleni The Decemberists i to jeszcze po jakiejś głębokiej traumie.

No a wracając do występu. Highlighty? Świetne otwarcie w postaci Winged/Wicked Things (wideo poniżej - niestety klub był tak mały, że Krug musiał siedzieć na scenie, dlatego na clipie zupełnie go nie widać. Skupcie się na dźwięku, jest niezły), kontynuacja, czyli Stadiums and Shrines II, Shut Up I Am Dreaming of Places Where Lovers Have Wings i rewelacyjna końcówka części zasadniczej - The Mending Of The Gown. Aczkolwiek całość to najwyższe muzyczne loty. Jeśli będziecie mieli okazję ich zobaczyć, proszę, zobaczcie. Nie będziecie żałować.


Sunset Rubdown - Winged/Wicked Things ; wideo - my




Więcej o Sunet Rubdown i Wolf Parade tutaj.
I jeszcze Sunset Rubdown w Daytrotter Sessions - darmowe mp3 do pobrania.

6 komentarzy:

Marta pisze...

zazdroszczę wam to mało powiedziane. zżera mnie zazdrosc!

slejw pisze...

:D Nasza dyżurna komentatorka wróciła! :)

A co do SR to jest czego zazdrościć, musisz ich gdzieś dorwać :)

Marta pisze...

miałam egzaminy (maturalne! tutaj ma się maturę przez dwa lata...), ale jestem!

mam nadzieję, że ich dorwę - kocham SR.

widzimy się na open'erze?

byliście może na mount eerie gdzieś w kraju?

xx

slejw pisze...

niestety nie widzimy się na open'erze :/ z tego powodu, że będziemy tu www.fiberfib.com :) i nie starczyło już kasy na open'era. zresztą siedzimy teraz w hiszpanii i wracamy dopiero pod koniec lipca.

co do mount eerie niestety nie :| a na domiar złego pokrył nam się z MGMT na Primaverze.

boże, matura przez dwa lata, straszne. aż dziwne, że roman na to nie wpadł.

widziałaś może ruby suns na żywo? ;) bo nie wiemy czy mamy zainwestować eurosy w to czy w piwo Estrella Damm ;)

Marta pisze...

szkoda :(

my bloody valentine i morrissey... bosko.

mount eerie albo MGMT = ouch.

nie widziałam... nawet ich nie znam!
chyba jestem nie na czasie... buu ;)

x

slejw pisze...

ja też ich prawie nie znam ;) płyta jest dość dziwna, taka rytualno-pierwotna ;) ale nie w stylu Animal Collective, zupełnie nie tak zachwycająca i oryginalna, ale jednak ma coś w sobie. no nic, zobaczymy.

na razie to oglądamy euro (btw: relacja z drugiego dnia Primavery już jutro, w duchu euro właśnie) w domu i w pubach, np. dziś z holendrami, było świetnie ;) no i włosi dostali < faja > ;)