Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bon iver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bon iver. Pokaż wszystkie posty

czwartek, stycznia 19, 2012

2011 - 20 najlepszych płyt




Zapraszamy na pierwszą część naszego podsumowania 2011 roku. 
Druga - lista 40 najlepszych piosenek - już niedługo.




20. Jamie Woon - Mirrorwriting
19. Cults - Cults
18. Atlas Sound - Parallax
17. Nosowska - 8
16. Destroyer - Kaputt
15. Patrick Wolf - Lupercalia
14. TV on the Radio - Nine Types of Light
13. Tom Waits - Bad As Me
12. Elbow - Build a Rocket Boys!
11. tUnE-yArDs -  w h o k i l l 


10. Lamb - 5

Niedobrze jest zaczynać głębszą znajomość z zespołem od informacji, że właśnie zawiesił on działalność. Po raz pierwszy usłyszałem Lamb po ukazaniu się w 2001 roku albumu „What Sound” (pamiętam, że przesłuchiwałem go w Media Markcie we wrocławskiej Galerii Dominikańskiej - wtedy sklepowe odsłuchy były jeszcze normą - i wydał mi się wówczas czymś ogólnie średnim, ale za to bardzo krzepiącym). Moja prawdziwa więź z muzyką duetu z Manchesteru zawiązała się jednak na wysokości kupienia składanki „Best Kept Secrets: The Best of Lamb 1996–2004” z 2004 (wciąż jeszcze był to czas odsłuchów - pamiętam, że spędziliśmy wtedy trochę czasu w podziemiach warszawskiego Traffica przy Brackiej). Tytuł kompilacji podsumowywał i zamykał działalność Lamb, bowiem właśnie od 2004 roku grupa przestała nagrywać, a jej członkowie poświęcili się (mniej udanym) projektom solowym (solowy debiut Lou Rhodes zatytułowany „Beloved One” ukazał się dwa lata później). Trudno powiedzieć jaki wpływ na działalność Lamb miała trwająca pięć lat przerwa (w 2009 reaktywowali się w związku z trasą koncertową), biorąc jednak pod uwagę dość wąską przestrzeń, w jakiej obracają się ich kompozycje można przypuszczać, że to między innymi dlatego ich piąta długogrająca płyta „5” jest powrotem bardzo udanym (koncertowo też wypadają świetnie o czym mieliśmy okazję przekonać się podczas Nowej Muzyki 2011). 
Jeszcze przed powstaniem całego materiału fani mogli zamówić płytę i tym samym stać się mecenasami wydawnictwa. W dobie permanentnej destabilizacji rynku inwestycja w dobrą muzykę zdaje się być wyjątkowo dobrym rozwiązaniem.


9. PJ Harvey - Let England Shake


Według Annie Clark (St. Vincent) to najlepsza płyta tego roku. 

Według użytkowników Rate Your Music to najlepsza płyta tego roku (aktualnie 3.83/5 z 3909 - ładnie, biorąc pod uwagę, że marudność jest dziś bardzo modna).

Według Uncut to najlepsza płyta tego roku.

Według The Guardian to najlepsza płyta tego roku.
Sęk w tym, że to nie jest najlepsza płyta tego roku. 
Ale bardzo dobra.







8. Junior Boys - It’s All True

Nie od razu polubiliśmy się z „It’s All True”, a krótki set w Katowicach niespecjalnie ratował sytuację. W końcu jednak bieg *weszedł*, a mi - zupełnie nagle - objawiło się całe bogactwo tego albumu. Naprawdę, ciężko porównywać nowy materiał Kanadyjczyków ze znakomitymi „Last Exit” czy „So This Is Goodbye”, ale nie ze względu na jakość, a całkowicie inne podejście do realizacji elektronicznego minimalizmu. Chłodny debiut z 2004 roku był zbiorem muzycznych konturów, „So...” kontynuowało monochromatyczną podróż, w kwestii barwy zamieniało jednak plus z minusem; „Begone Dull Care” było nieco mniej udaną mieszanką, natomiast „It’s All True” oferuje niewielką (a więc formalnie minimalistyczną) ilość dźwiękowych kategorii, które obfitują jednak w setki drobnych, czekających na zebranie przyjemności pojawiających się to w jednym, to w drugim uchu. Kiedy więc (przypomnijmy - nagle) otwieramy się na tę oksymoroniczną mini-feerię zakończenie nie może wyglądać inaczej.





7. You Can’t Win, Charlie Brown - Chromatic

Wielokrotnie pisaliśmy na łamach Louder o Luisu Coście (Yes, Luis, it’s still your full name!) i jego świetnych solowych nagraniach. Muzyka Costy jest jednak na tyle prosta i piękna, że paradoksalnie łatwo ją przeoczyć i uznać za *nieważną*. Twórczość zespołu Luisa o długiej-i-niefortunnej-nazwie plasuje się natomiast w bezimiennym (?) nurcie, który ma dziś mocnych, dobrych i ważych przedstawicieli takich jak chociażby Dodos (tęsknimy za jakością płyty „Visiter”) czy jeszcze bardziej - Grizzly Bear. Całościowo muzyka YCWCB (mówiłem!) opiera się więc na kontraście między szybkim tempem, zrywanym wokalem i ostentacyjnie wręcz pędzącym rytmem hitów, a kojącym odcieniem, szeptem i harmonią ballad. I mimo tego, że Portugalczycy przemierzają obszary dawno odkryte i stale mapowane trasami nowych konkwistadorów, ich dźwięków nie cechuje swąd muzycznego ksera. Oprócz chwytliwości i - po prostu - dużej urody tych numerów jest w nich bowiem coś jeszcze - coś, czego nie mogę i chyba nie powinienem móc nazwać.




6. Bon Iver - Bon Iver, Bon Iver

Okazało się, że niepotrzebnie bałem się o Vernona, który po wydaniu cudownego debiutu zaczął rozmieniać się na drobne. Gdyby ta płyta nie była dobra można by jeszcze pięć razy napisać „Bon Iver”, a i tak wierni oczekujący wyczuliby fałsz i odczuli rozczarowanie. 


Tymczasem w 2011 roku autor „For Emma, Forever Ago” wygładza teksturę nie tracąc najwyższego ratingu emocji. Podskórny smutek nie pozwala się tą płytą cieszyć, ale co byśmy bez niego zrobili?










5. St. Vincent - Strange Mercy

Uważni czytelnicy Louder Than Bombs czuli pewnie, że „Strange Mercy” ocierało się często o podium tego zestawienia. Podsumowania zawsze opierają się jednak głównie o wrażenie ogólne, mniej lub bardziej przemyślane, a przez to spóźnione (jesteśmy przecież w drugiej połowie stycznia). To właśnie dlatego lepiej skupiać się na wyróżnionej grupie, a nie numerku przy tytule. Tłumaczę się, ponieważ nie wiem, co Annie Clark mogłaby zrobić, by jednak wskoczyć na pudło. „Strange Mercy” to płyta tak dobra jak „Marry Me” (a tym samym lepsza od środkowego „Actora”). Odpowiednio zbalansowana między przebojem a przekorą, mądra, atrakcyjna i niewątpliwie warta częstych odtworzeń. Lepiej chyba zresztą czytać stare zachwyty, które nawet jeśli przekolorowane, bardziej oddadzą mój związek z tymi jedenastoma piosenkami.






4. Fleet Foxes - Helplessness Blues

Fleet Foxes są zespołem, który jedną płytę nagrywać może przez całą swoją karierę. Nie chodzi tu oczywiście o tożsamość kompozycji, ale o rodzaj wykonywanej muzyki. O ile większość dzisiejszych zespołów ustawia się w bezpiecznej pozycji otwartej, muzycy ze Seattle są - używając nieaktualnej koszykarskiej metafory - ponaddźwiękowi, poskramiający raczej cały gatunek klasycznej gitarowej gry i zamykający go w ramach trwającego kilkadziesiąt minut obrazu. Wspominana wielokrotnie malarskość tej muzyki (podkreślana dodatkowo pożyczonymi od Boscha i Breugla okładkami) wiele mówi zresztą o jej stylu i charakterze. Mnogość wizji, które budzi sytuuje ją w klimacie ogniskowej opowieści, jednocześnie szczelnie oddzielając od powtarzalnej ogniskowej piosenkowości opartej raczej na tanim rymie niż głębokim przeżyciu. Piękny album i piękny nadmorski koncert na ubiegłorocznej Primaverze.






3. Lykke Li - Wounded Rhymes

O Szwecji będzie za chwilę, na razie odłóżmy więc atlas i skupmy się na sytuacji. Sytuacji młodej piosenkarki, która w 2008 wydaje dobry debiut zyskując miano niezależnie popowej i popularnej niezależnej. Jest to położenie przyjemne tylko na pierwszy rzut oka. Oto bowiem kolejni artyści toną po dobrych debiutach pod falami swoich własnych zaledwie niezłych piosenek. Wydaje mi się, że pisałem już kiedyś, iż największą bolączką dzisiejszego świata muzyki nie jest ogrom słabizny, tę bowiem łatwo wyjąć poza nawias. Prawdziwym problemem jest gigantyczna ilość produkcji średnich i niezłych oraz wszelkie konsekwencje tego zjawiska - zaczynając od bolesnej nudy, a na braku przywiązania do artysty kończąc. Słuchając świetnej płyty numer jeden nie możemy już beztrosko dodać jej autorów do białej watch-listy, ponieważ bezlitosne statystyki mówią nam, że za rok nie będziemy o nich pamiętać, a po upłynięciu kolejnych miesięcy oni sami strzelą sobie w głowę średnio-niezłą płytą numer dwa. Cała para idzie w debiuty, za których fasadami czeka na nas nudna twarz kawałka-filistra. Sytuacje, w których artysta przeskakuje swój pierwszy album i nie stawia na przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni powinny więc być bezwzględnie premiowane. I szczerze mówiąć bardzo się cieszę, że poprzeczki nie strąciła właśnie Lykke - ze swoim kaprysem w głosie i siłą w kompozycji. Pierwsza piątka „Wounded Rhymes” („Youth Knows No Pain”, „I Follow Rivers” „Love Out of Lust”, „Get Some”, „Rich Kids Blues”) spokojnie wygrywa z pierwszą piątką „Youth Novels” (problemy mając w zasadzie tylko z centrem, a więc „Little Bit”), a i rezerwowi stanowią ławkę silną i wartą uwagi. Najbardziej sprawiedliwym wynikiem konfrontacji na szczycie szwedzkiej konferencji (patrz niżej) jest zresztą prawdopodobnie remis.




2. Veronica Maggio - Satan i gatan

Kiedy wydawało się, że szwedzkie źródełko ostatecznie wyschło, a skandynawska płytowa döminäcja jest już jedynie wspomnieniem przełomu wieków, to właśnie w Szwecji powstały najlepsze stricte popowe albumy ubiegłego roku. Veronica Maggio - Szwedka o włoskich korzeniach - nagrała płytę, która przyciąga północnym hi-endem, ostrością mroźnych kolorów i niesłychaną przebojowością, a z drugiej strony plasuje się w emocjonalnych (nie dźwiękowych!), południowych rejonach ckliwego, ale jednocześnie gustownego wymiaru wzruszania spod znaku italo disco. Mimo tworzenia numerów ewidentnie radiowych Maggio pozostaje wyrazista i wiarygodna nie zamieniając się w kolejną maszynkę do odtwarzania niewątpliwych, ale też bezdusznie precyzyjnie wytworzonych przebojów. To dzięki temu przymiotniki „uroczy”, „seksowny”, „pociągający”, „interesujący” można stosować z dużą swobodą, bez konieczności dookreślania - czy chodzi nam o utwór czy o wykonawczynię.





1. Panda Bear - Tomboy


Wielkie zespoły opierają się zazwyczaj na wielkich osobowościach, a te prezentują najczęściej postawę renesansową nie mogąc płynąć w jednym tylko muzycznym kierunku. Przykłady świetnych solowych albumów członków równie świetnych zespołów można by mnożyć, statystycznie jednak wielka płyta wiąże się najczęściej z rozstaniem z macierzystą formacją. Odwracając to jakże uroczenie określenie możemy stwierdzić, że ten, który odchodzi solowym debiutem formuje dla siebie nową macierz. Sztandarowym przykładem może być „Imagine” Lennona, wydane jedynie rok po „Let It Be”, a przecież o wiele lepsze („The Long and Winding Road” to honorowe trafienie McCartney’a) i całkowicie odmienne. Poprzednia, niesamowita płyta Lennoxa (różnica zaledwie jednej literki!) ukazała się w 2007 roku, zaledwie kilka miesięcy przed „Strawberry Jam” - jednym z najlepszych albumów Animal Collective. Ta - w przeciwieństwie do wspomnianej „Person Pitch” trafiająca na rynek w atmosferze wyczekiwania - w roku 2011, a więc dwa lata po rewelacyjnym, a do tego najlepiej przyjętym przez krytykę „Merriweather Post Pavillion”. Cała ta kalendarzowa żonglerka ma za zadanie pokazać, że mamy do czynienia z niecodzienną sytuacją, w której wyżyny twórczości zespołowej współgrają z najlepszą passą jednego z zawodników. Tak naprawdę pomaga mi jednak nie pisać o samych piosenkach z „Tomboy” i tym samym nie wyrządzać im zbytecznej krzywdy. To płyta z muzyką nietykalną, auto-definiującą, Witkacowsko poszczególną, a jednocześnie dogłębnie poruszającą na poziomie, na który wspinają się tylko najwięksi. Noah Lennox po przeniesieniu się do Lizbony wyrasta właśnie na kolejnego wielkiego i osobnego Lizbończyka, który w swojej niesamowitej „księdze niepokoju” potrafił zawrzeć utwór tak balsamiczny i ratujący duszę jak „Last Night at the Jetty” tworząc tym samym płytę kompletną i pisząc pierwszy prawdziwy klasyk nowej dekady.

sobota, stycznia 09, 2010

podsumowanie 2009 - EPki



Nie każemy Wam czekać długo. Oto najlepsze EPki 2009 roku:

10. NO AGE - Losing Feeling
9. MODEST MOUSE - No One's First, and You're Next
8. DUM DUM GIRLS - Yours Alone
7. THE PAINS OF BEING PURE AT HEART - Higher Than The Stars
6. DEERHUNTER - Rainwater Cassette Exchange

5. WASHED OUT - Life of Leisure



Kwintesencja wakacyjnego luzu, fan-video poniżej oddaje to miejscami bardzo dobrze. Nie wiem czy Washed Out nie rozpłynie się w fali wakacyjno-szumiących dźwięków nowego wieku, ale dziś wyróżnia się, przede wszystkim kompozycyjną subordynacją (fuj, paskudne słowo, ale - wybaczcie - pasuje). Jak na razie jesteśmy zdecydowanie za.




4. DELOREAN - Ayrton Senna



I kolejna wakacyjno-luzacka EPka, tym razem z Hiszpanii. Sprawdzimy ich na żywo podczas tegorocznej Primavery. W studio brzmią niezwykle przyjaźnie, a skakanie przez fale zyskuje swój soundtrack. Dawać mi tu jagodzianki, zamek z piasku i falochron! Bardzo dobra mała płyta.




3. BON IVER - Blood Bank



Główny element naszej miejskiej playlisty z Granady. Teraz, gdy śnieg zasypał wszystko, słucha się tego wspaniale. Bon Iver trafia z formą. Może nie aż taką jak na genialnym debiutanckim, długogrającym For Emma, Forever Ago, ale wciąż wysoką i przyciągającą. Magnetyczny, tajemniczy album z punktem centralnym w postaci tytułowego utworu.



A tu jeszcze warty uwagi cover:




2. ANIMAL COLLECTIVE - Fall Be Kind



Po nagraniu absolutnie niesamowitego Pawilonu muzycy Animal Collective jakby od niechcenia wygrzali EPkę, na której pojawia się tak fantastyczny numer jak What Would I Want? Sky. Świetny materiał pokazuje ogromny potencjał AC. Nagrywanie tak dużej ilości utworów-gigantów w ciągu jednego roku nie pozostawia wątpliwości - to jeden z zespołów wszech czasów. Tak się rysuje!




1. DERADOORIAN - Mind Raft



Hey Krzysztof!

Thanks so much. I'm glad you like the EP.

Angel


To, bez żartów, jeden z ważniejszych muzycznych maili, m.in. obok tego od Gabrielle Drake.



No a płyta? To zdecydowanie ciche wydarzenie roku 2009. Kiedy większość recenzentów piała nt. albumu Bitte Orca Dirty Projectors, mniejszość twierdziła, że płyta jest koszmarna, gdzieś obok rozgrywała się prawdziwa muzyczna historia. Ta EPka jest magiczna. Kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy wydawało mi się, że Angel przyszła do pokoju, zagrała swoje piosenki, a te zniknęły na zawsze pozostając tylko sennym muzycznym wspomnieniem. Obcowanie z Mind Raft jest czynnością niezwykle intymną, a dźwięki, z którymi obcujemy zdają się być wyjątkowo kruche i ulotne. Piosenki są śpiewane na ucho, bez pośredników.
Aaarmeniia city in the sky! Plemienny orient, mapy nieba i głos anioła. Płyta pozaświatowa, EPka roku.



EDIT (04/2011): obecnie na pudle także Rum Hee Shugo Tokumaru

czwartek, lutego 05, 2009

NAJBARDZIEJ SPÓŹNIONE PODSUMOWANIE ROKU 2008 - miejsca 10-1




10. Fleet Foxes - Fleet Foxes



'White Winter Hymnal' - ten utwór powinien przejść do historii muzyki popularnej jako jeden z jej najpiękniejszych obrazów. EPka 'Sun Giant' zapowiadała, że debiutancki album Fleet Foxes będzie bardzo dobry, a EPki rzadko kłamią. 'Fleet Foxes' to płyta pełna bardzo dobrych piosenek, spójna, świetnie rozplanowana, krzepiąca. Działa jak ten kanał telewizyjny, gdzie cały czas pali się w kominku, a w dodatku grzeje i to bardzo mocno. Album roku wg Pitchforka.




9. The Dodos - Visiter



Bardzo dziwny koncert zagrali na PC 08 (Ciiii! Staram się unikać tego słowa na "p" co znaczy "wiosna") - na początku byłem lekko rozczarowany, a potem (mniej więcej w połowie) doceniłem kompletny przearanż i zdolność utrzymania wszystkich utworów w jednym, a nowym przecież, koncertowym klimacie.

Jeśli chodzi o płytę - 'Visiter' jest być może nieco za długi i traci przez to na kompozycyjnej zwartości. Bez wątpienia jest to jednak płyta naszpikowana fantastycznymi piosenkami. Energetyzujący wymiatacz 'Foals', wzruszające 'Winter' czy (przede wszystkim) 'The Season', piękne 'Ashley', mruczanka roku - 'Undeclared'... Wszystko ciepłe i poruszające, ale jednocześnie surowe i zdystansowane.




8. Cut Copy - In Ghost Colours



Był czas w ubiegłym roku, kiedy nie słuchaliśmy niczego innego. Więcej - przez długi czas nie mogliśmy wyjść poza pierwszy utwór, poza arcychwytliwą pętlę 'Feel The Love'. Potem przechodziliśmy fazę kapitalnego 'Unforgettable Season', który jest tak wiosenno-letni i soczysty jak letnie płyty Gorky's Zygotic Minci i tak wkręcający jak 'Slow Jam' New Order. 'Hearts on Fire' - osobny rozdział, górna część zestawienia singli ostatnich kilku lat. No a poza tym chociażby piękne 'Strangers in the Wind'.




7. MGMT - Oracular Spectacular



Oni tak naprawdę otwierali ubiegłoroczną P _ _ _ _ _ e r ę. Otworzyli bardzo dobrze, raźnym koncertem z karaoke-bisem w postaci singla tego roku, czyli utworu 'Kids'.

Druga część tej płyty jest bardzo ciekawa, tajemnicza i gęsta. Pierwsza jest fantastycznie przebojowa, zabawna i znakomicie napisana. Na pierwszą reaguję mniej więcej tak:



A to 'Kids':




6. Bonnie "Prince" Billy - Lie Down in the Light



Autor jednej z płyt wszech czasów - 'I See a Darkness' - powraca z albumem określanym często jako rozpromieniony brat bliźniak wspomnianego dzieła. 'Lie Down in the Light' nie jest tak nabrzmiałe emocjami jak opus magnum Bonniego, ale jest to niewątpliwie płyta bardzo udana. Oprócz prostych piosenek mocno zakorzenionych w amerykańskiej tradycji muzycznej ('You Want that Picture') znajdziemy tu jeden utwór wybitny (niepokojące, romantyczne, mocarne 'Willow Trees Bend') oraz kilka perełek, wśród których wyróżnić trzeba 'You Remind Me of Something (The Glory Goes)' - jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie utworów w tym roku. Wracamy regularnie, gratulujemy i czekamy na 'Beware!'


koncert w Madrycie ; video: paquitobzh


5. Deerhunter - Microcastle / Weird Era Continued



Nad postacią Bradforda Coxa rozpływałem się już przy okazji opisywania albumu Atlas Sound. Jego zespół - Deerhunter to bez wątpienia jedna z najlepszych współczesnych grup muzycznych. Nagrali dwie rewelacyjne płyty ('Cryptograms' i tegoroczne 'Microcastle'), w zasadzie trzy jeśli liczyć album dodatkowy - 'Weird Era Continued'. Grają świetne koncerty, są ogromnie twórczy. W piosenkach z 'Microcastle' tkwi wielki potencjał - 'Never Stops' dysponuje niepozornym, ale zabójczym refrenem, 'Nothing Ever Happened To Me' to świetny muzycznie, smutny hymn szaraków, 'Agoraphobia' to fantastyczne wprowadzenie (i dziwna historia - zainteresowanym polecam In The Studio with Deerhunter na Pitchfork.tv), utwór tytułowy miażdży. 'Weird Era Continued' jest płytą bardziej kameralną, bardziej w stylu Atlas Sound, ale z brzmieniem jakże charakterystycznym dla całego zespołu. 'Vox Humana' startuje jak 'Just Like Honey', aby po chwili zmienić się w utwór wyjęty z potańcówki umarlaków w dawno zapomnianym górskim kurorcie. Kompozycje się bronią, wyobraźnia pracuje. Świetne płyty.




4. James Yorkston - When The Haar Rolls In



To zdecydowanie najlepsza płyta Yorkstona. Płyta, na której zbliża się momentami na całkiem niedużą odległość do geniuszu mistrza nad mistrzami - Nicka Drake'a. Jednym z tych momentów jest otwierający album 'B's Jig' - moment, w którym do gitary i głosu dołącza szersze instrumentarium przywodzi na myśl 'Fruit Tree' i subtelne "rozbrzmiewanie" fragmentów tego utworu. Klasykiem jest też 'Queen of Spain' - poruszająca do głębi ballada zaśpiewana tak pięknie, że duch Drake'a ożywa ponownie i przypomina nam melancholię 'River Man' (bardziej w wersji z Cambridge niż w tej z 'Five Leaves Left'). Album niezwykłej urody, dostępny w przepięknie wydanej edycji specjalnej.




3. El Guincho - Alegranza



W naszym poprzednim rocznym podsumowaniu zabrakło naszej płyty roku. Ot, drobne przeoczenie - miś Panda wyszedł poza kadr. Zaczynamy tym usprawiedliwieniem, bo Pandę z Guinchem sporo łączy i często bywają porównywani. 'Alegranza' nie jest dziełem aż tak genialnym jak 'Person Pitch', ale to nie powinno być w ogóle przedmiotem dyskusji. 'Alegranza' jest inna. 'Alegranza' dla Hiszpanii i jej wysp (Guincho urodził się w Las Palmas de Gran Canaria) jest absolutnie nowoczesną muzyczną wizytówką. Tropikalny klimat napływowy, hiszpańska żywiołowość, barwność życia tutaj - to wszystko wpada w mikser i kipi z niego fantastyczną muzyką. To nie jest tylko inspiracja czymś egzotycznym przepuszczona przez talent autora. To jest nowe spojrzenie na muzykę i emocjonalny klimat swojego regionu. 'Alegranza' jest imprezowa, taneczna, nadmorska, porywcza. Fakt, dźwięki, które słyszymy wpisują się w pewnym sensie w nurt, na którego czele stoi Panda i Animal Collective, ale Pablo Díaz-Reixa i jego debiutancka płyta tworzą tak naprawdę swój osobny, bardzo ciekawy i pociągający gatunek.




2. Bon Iver - For Emma, Forever Ago



Isolation doesn't get more splendid than this. (MOJO)




1. TV On The Radio - Dear Science



W sferze, nazwijmy to, metamuzycznej ta płyta to wykładnia eklektyzmu. Porównania 'Dear Science' do 'OK Computer' są jak najbardziej uzasadnione. Obie te płyty są kompletne, zamknięte, idealne. Łączą w sobie niezwykłą energię z niezwykłym spokojem, zaniepokojenie z ukojeniem, bogate aranżacje z prostymi, celnymi pomysłami. Nowy album TV On The Radio zaskakuje ciętością i błyskotliwością tekstów, oszałamia seksownością bijącą zarówno ze słów jak i z dźwięków, cieszy i zachwyca różnorodnością (od pędzących singli po nieoczywiste ballady) oraz perfekcyjnym songwritingiem. 'Halfway Home' zapowiada, że dzieje się coś wielkiego, 'Crying' już nas tylko upewnia. Pierwszy singiel - 'Golden Age' to fantastyczna muzyczna utopia, 'Stork and Owl' to piosenka roku, końcówka w postaci 'DLZ' i 'Lover's Day' kładzie na łopatki. I mimo tego, że wiedzieliśmy, że TVOTR to świetny zespół, nie podejrzewaliśmy, że mogą oni nagrać coś tak genialnego. Rok się skończył. Game set and match TV On The Radio.



wtorek, września 23, 2008

Bon Iver - live - Paradiso, Amsterdam - 19.09.2008



Uuuu... To był jeden z najlepszych koncertów na jakich byliśmy. Kiedykolwiek. Spieszymy się trochę, więc na razie to tyle. No a przede wszystkim tyle:

Setlista:

Flume [video 1]
Lump Sum
Creature Fear
Blood Bank
Simple Man (Graham Nash cover) [video 2]
Blindsided
The Wolves (Act I and II) [video 3]
Skinny Love
re: Stacks
***
For Emma
Loving is for fools (Sarah Suskind cover) - ft. The Bowerbirds








czwartek, sierpnia 28, 2008

Bon Iver - zdjęcia w MOJO + cover Okkervil River



Autor kandydatki do tytułu płyty roku LTB na zdjęciach Mattii Zoppellaro (MOJO). Fajne, nie? Więcej tutaj.

I jeszcze ten właśnie miły pan - Justin Vernon - coverujący utwór Blue Tulip z nowego (świetnego!) albumu Okkervil River - The Stand-Ins:



Niedługo notka (lub audycja) z recenzjami. Do przeczytania/usłyszenia!

niedziela, czerwca 15, 2008

PRIMAVERA SOUND 2008 - dzień 3.



Trzeci dzień zaczął się tragicznie a skończył wspaniale - nic to, zawsze mogło być odwrotnie. Tragiczność spowodowali pierdoleni kieszonkowcy (którzy na 100% pójdą do piekła, ale nie do tego co my), przez których nie obejrzeliśmy koncertów Justina Vernona (Bon Iver) i Atlas Sound, na które byliśmy bardzo napaleni. No ale trudno, gdzieś ich dorwiemy. Spóźniliśmy się nawet na Okkervil River (bez oceny, ale z tego co udało nam się zobaczyć, bardzo fajny koncert). Relację zaczynamy więc od godziny 19:45.


LIGHTSPEED CHAMPION - VICE JAGERMEISTER - bez oceny



Tu też bez oceny (byliśmy na tym koncercie niecałe pół godziny, o 20:15 w Auditori zaczynali YMG), ale z bardzo dobrym wrażeniem. Świetne kompozycje (m.in. singlowe Galaxy Of The Lost) z bardzo ciekawego, ekscentrycznego (Devonte Hynes pisze w książeczce m.in.: "Restaurants that shaped this record" i tu wymienia, huh) debiutu Falling Off The Lavnder Bridge na żywo ożywają no i mamy koncert dołujących hitów, z którego z bólem serca musimy uciec (ale jeszcze ich opiszemy, będą na Benicassim!). Aha, gdybyśmy oceniali byłby punkt w górę za świetną perkusistkę!


Lightspeed Champion - nowa piosenka ; wideo - my


YOUNG MARBLE GIANTS - AUDITORI - 10/10



Do Walii mamy sentyment, ale o tym może kiedy indziej. Skupmy się na tym świetnym, kultowym, wyjątkowym zespole z Cardiff. Nagrali praktycznie jeden longplay (Colossal Youth - rewelacja ; jeśli nie słyszeliście, polecam podcast #007), zajęło im to 3,5 dnia i wydali na to bardzo mało pieniędzy. No a efekt porażający.

Koncert? Hmm... Chyba największa niewiadoma tegorocznej Primavery, bo kiedy siedzieliśmy w Auditori odczuwałem pewien niedosyt (oczywiście obok zachwytu, radości, że mogę ICH oglądać itd.), ale teraz gdy myślę o tym występie wydaje mi się, że był kapitalny. [edit: myślę coraz częściej i nie mogę przestać, koncert wrasta w czołówkę top ten ever]

No i Alison... Alison Statton (która aktualnie zajmje się chiropraktyką, "no i co zrobisz, oka nie wyjmiesz") - uosobienie scenicznej elegancji, ale nie takiej spod znaku zwiniętej w stożek serwety, ale tej pociągającej, artystycznej elegancji.

Ogólnie wielkie brawa, zagrać taki koncert 28 lat po wydaniu debiutanckiej płyty to jest, no umówmy się, mistrzostwo świata.

Think of salad days
they were folly and fun
They were good, they were young



Young Marble Giants - Salad Days ; wideo - my


Więcej o Young Marble Giants - Cardiffians.


DEERHUNTER - ATP - 8,5/10


zdjęcie - mattbooy

Spóźniliśmy się na solowy projekt Bradforda Coxa, ale na Deerhuntera na szczęście zdążyliśmy bez problemu. Gdybyśmy się nie zagapili (kolejna musztarda po obiedzie), Cryptograms znalazłoby się wysoko w naszym podsumowaniu 2007 (btw: staramy się być bardziej uważni w tym roku, więc po rankingu 2008 powinno być mniej sarepskiej, dijon, czy jaką tam lubicie).

Nieważne, ważne jak zagrali, a zagrali wyśmienicie. Zachowując klimat zbudowali konieczną na koncercie dramaturgię. No i nowa gitarzystka jak najbardziej daje radę.

+ perełki, m.in. Strange Lights z intro w postaci dialogu Bradford Cox - Brian Weitz (Animal Collective), czyli najfajniejsza zapowiedź koncertu AC jaką można sobie wyobrazić (wideo poniżej)


Deerhunter - Strange Lights ; wideo - my


TINDERSTICKS - ROCKDELUX - bez oceny

Piękny, smutny występ przerwany terapią redbullową (again) i (again) drzemką. No ale musieliśmy być gotowi na główny koncert wieczoru, a jak się miało okazać, również całego festiwalu.

ANIMAL COLLECTIVE - ESTRELLA DAMM - 10/10



Ujarany set na poznańskiej Malcie raczej nas rozczarował, a że Animal Collective to aktualnie najbardziej kreatywny, wizjonerski, najcool i najsoczystszy kolektyw na świecie, bardzo liczyliśmy na poprawę. Chcieliście? No to macie! Nie miejcie jak się pozbierać przez kilka dni, niech wam się zamknie głowa na cokolwiek innego, ależ bardzo proszę. Co dla pani? Pranie mózgu dźwiękiem? Bardzo proszę... Następny! Zabić pana monumentalną wersją Fireworks? Nie powinno z tym być problemu. Małe paraliżowanko Peacebone? Robi się, szefie!

To było przeżycie pozazmysłowe, a przy tym zmysłowe do granic możliwości. Trudno więc cokolwiek napisać, żeby nie brzmiało patetycznie/hagiograficznie/banalnie. Może powinienem dać 9 albo 9,5, bo co bym zrobił gdyby np. zamknęli całość For Reverend Green? Ale to kwestia emocji i przeżyć, a nie cyferek, więc fuck it. To był jeden z kilku (trzech, czterech?) najlepszych koncertów na jakich byłem. Zresztą sami, wiecie, znacie Animal Collective. Idźcie na ich koncert, czytanie relacji może być tylko impulsem. It's not my words that you should follow, you've got your IN-SIDES!


Animal Collective - Peacebone ; wideo - my


Więcej klipów tutaj.



relacja - dzień 1.
relacja - dzień 2.


No OK, dzięki za uwagę :-) Prawdopodobnie niedługo audycja festiwalowo-koncertowa, damy znać. Na razie polecamy nowego Bonniego (Lie Down In The Light ; relacja z koncertu 10.07.2008 w Madrycie oczywiście pojawi się na LTB) i Fleet Foxes (PIĘKNA płyta). Do kontaktu!