czwartek, listopada 22, 2007

na pierwszy rzut (m)ucha




nie przypominam sobie żebym z taką niecierpliwością oczekiwał jakiejś polskiej płyty.
nie przypominam sobie również żeby uczucie leciutkiego zawodu pojawiło się u mnie w połączeniu z tak dużym zachwytem. strange.

ale konkretnie:

1)wyścigi

tekstem zaciągnąłem się jeszcze przed odsłuchem Terroromansu i powiązałem z otwieraczem albumu tzw. high hopes jak śpiewał taki zespoł na p,f. i tu bez zarzutów, Wyścigi to dobre wejście. nie jest to Signal & Sign tej płyty, ale dzięki tej piosence czuć, że coś jest na rzeczy, że ktoś tego żubra ugryzł w dupę jak chce poeta. (+ plusy za perkusję i dom kultuRY!)

2)fototapeta

hm. w sprawie refrenu to trochę kapela ze wsi poznań. nie wiem czy ta ludowość to dobry pomysł, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę wielkomiejski koncept (m.in. Górny taras, blokowe Pięć po wpół). zaczyna się zabawnie – jakby Interpol nagrał Obstacle 1 na Antics, nie na TOTBL (C'mere się kłania). echa i handclapy bardzo na tak, „oddychamy tym co jest na p“ lingwistycznie ciekawe, szkoda, że powielone potem w „słowach na m“ (m jak...) - przez to traci trochę na wyrazistości. ale nie, nie - ogólnie nieźle.

3)najważniejszy dzień

bardzo bałem się o wiejski (to już ocena 'jakości', nie klimatu jw.) klawiszowy motyw, który na szczęście ocalał i na Terroromansie kręci wiochę tak jak kręcił w wersji pierwotnej. bardzo dobrze, bo ten utwór wiele zawdzięcza tej prowincjonalnej keybordowej partii. + to wszystko czym się zachwycałem, gdy usłyszałem Najważniejszy dzień po raz pierwszy. świetny, świetny, świetny numer.

4)galanteria

kolejny dowód na językową bardzofajność tej płyty. słyszałem wiele głosów, że wersja z Epki jest lepsza. nie zgadzam się. smyczkowa wyściółka refrenu (jak już pisałem na last.fm) jest urzekająca, wprowadza pięknie pod biszkoptowe serce, w którym to sformułowaniu jestem zakochany od pierwszego wejrzenia, czyli od całkiem dawna ; ale: właśnie tu zaczyna się to, co potem razi – dziwne wokalne eksperymenty. ale ejjj, co by nie mówić, to jest jedna z najlepszych polskich piosenek.

5)miasto doznań

hymn lokalnych patriotów z każdego miasta ważnych spraw. między mną a Miastem zaiskrzyło od razu, kiedy Stelmi puścił nam ten kawałek. tekstowo i muzycznie to są wyżyny, nie tylko polskie.

6)zapach wrzątku

gdzieś w tym momencie (miałem chwilę na przemyślenia, bo to kolejny znany utwór) wyłonił mi się aranżacyjny koncept tej płyty. a może inaczej – wtedy stwierdziłem, że to „pierdolnięcie“ już się raczej nie skończy. nie będzie nic mniej zdyszanego. czy to dobrze? chyba tak, debiuty powinny drzeć ryja. ps. eksperymentów wokalnych ciąg dalszy. jak dla mnie psują swego rodzaju surowość całości.

7)brudny śnieg

tu dla odmiany efekt wokalny fajny, a okolice 1:34 to jeden z najpiękniejszych momentów na płycie. myśl na boku: chciałbym przez chwilę być kimś kto kupuje Terroromans i nie zna żadnej piosenki Much. to coś jak stan przed pierwszym przesłuchaniem Since I Left You, albo Source Tags & Codes. potem jest się już zgwałconym przez uszy na zawsze.

8)za pięć wpół

oj fajna, ooooo jaka fajna ta piosenka. i Pustki by pozazdrościły i w repertuarze Klausa Mittfocha by zagrało. wokalnie w refrenie Republikowo się robi i przez to ckliwie, ale to bardzo dobrze - luka po Ciechowskim jest wielka, dobrze, że ktoś coś z tym robi. chyba najmilsza niespodzianka tej płyty.

9)21 dni

gdyby płyty przecierały się tak jak taśmy to nasza Offensywa 2 na odcinku 21 dni dawno by już pękła. wielkomiejskich pejzaży ciąg dalszy. muzycznie bardzo dobrze.

10)górny taras

sporo fajnych pomysłów na ten rewelacyjny utwór. m.in. bardzo trafne wejście w 'refren' w okolicy 1:30. kalejdoskop wszystkich miejskich skojarzeń na przestrzeni pięciu minut, nooo „to nie zdarza się nam“ często. jedna z moich ulubionych piosenek w ogóle. wielki szacun i tym większy żal, że znów kombinacje z wokalem kompletnie nieudane, tu chyba najbardziej. tylko przez nie tęsknie za wersją z EP.

11)terroromans

dobrze jest głównie od usytuowanego w środku maślanego przełamania do końca. wcześniej tytułowy numer wchodzi trochę gorzej, ale ciężko to uznać za większe potknięcie. miodność części drugiej > coś dziwnego w części pierwszej, więc jest ok.

12)111

największa zagadka Terroromansu. chyba jednak na -. oj chyba tak. po pierwsze jako utwór – nieprzekonywujący, po drugie jako część całości – dziwny skok w bok na ostatniej prostej. nie jest to żadna żenada ani dół... ale szkoda, że tak to się kończy.


no i właśnie, co by tu powiedzieć? to bez wątpienia jest jedna z najlepszych polskich płyt ostatnich wielu wielu lat. tekstowo wyznacza bardzo ciekawy kierunek (coś między popową zwiewnością a lingwistyczną finezją spod znaku Janerki czy Nosowskiej). muzycznie niejednokrotnie zachwyca chwytliwością i soczystością kompozycji. gęba się cieszy gdy się tego słucha. często wygląda się jak trener Chorwatów po dzisiejszym 3:2 na Wembley.
z drugiej strony szkoda, że w niektórych momentach dzieją się rzeczy, które ową fajność na chwilę wysypują. poza tym Terroromans nie jest na pewno dziełem kompletnym, raczej mięsistym wejściem Much na większą scenę. bywa nierówno, czasem tak bardzo chciałbym coś zmienić.

cóż, generalnie i tak jest pięknie. nie kopiemy się pod stołem. jestem po Waszej stronie.

5 komentarzy:

pani milenka pisze...

a wiesz, ze ja much posluchalam dopiero teraz - i teoretycznie to nie podoba mi się, drażni tekstowo i w ogóle nie. teoretycznie, bo noga chodzi, teksty się snują w kuchni, and so on :)

chwilowo nawet myślę, że jak znajdę towarzystwo na koncert hey/muchy, to się chyba nawet wybiorę.

slejw pisze...

"i w ogóle nie. teoretycznie, bo noga chodzi, teksty się snują w kuchni, and so on :)"

Well, that's what I call pop music ;)

Tylko co do tekstów ciężko mi się zgodzić. Ja jestem najczęściej pod dużym wrażeniem. Tzn. byłem jak słyszałem to wszystko po raz pierwszy.

No a teraz podoba mi się Terroromans coraz bardziej. Naprawdę znakomity popowy album.

marta pisze...

A ja nie widzę, co w tych Muchach jest :(
Miałam dwa podejścia majspejsowe... Nie udało się.

slejw pisze...

Hmm... No dla mnie Muchy to chyba jedyny zespół, który kontynuuje to co w polskiej muzyce było fajne, czyli pewną lekkość popowych singli (wszystkie te kolorowe zespoły i wokalistki), wrażliwość Ciechowskiego, opisy polskiego krajobrazu miejskiego (nawet i Kult - Polska np., ale też znów Obywatel GC). A wszystko w strasznie chwytliwych numerach, bardzo dla mnie naturalnych, nie silących się na nic.

Tylko trzeba podkreślić, że mówię tu faktycznie o popie-popie i wszelkie moje zachwyty nad tekstami dotyczą poziomu tekstów w piosenkach, które powinny lecieć w radiu w dzień (z małymi wyjątkami, gdzie dzieje się Coś Większego). A jeśli chodzi o muzykę to podobnie - to jest po prostu strasznie fajne w większości, ale nie wspina się u mnie na poziomy Radiohead, Interpolu, nie mówiąc już o Morrissey'u.

A jeśli już o Nim mowa to kupiłem sobie książkę "The Smiths. Songs that saved your life. 2nd edition", czekam na przesyłkę z Wielkiej B. :)

marta pisze...

Ja bardzo lubię lekki popowy pop, ale... No nie wiem, Muchy na mnie nie działają.

A Republikę uwielbiam.
Moja Krew to chyba jedna z najbardziej powerful piosenek ever.

Whoa, książka brzmi bosko!
Muszę to zinvestigate'owac ;)