wtorek, marca 19, 2013

Johnny Marr - The Messenger


Kiedy słucha się najlepszych fragmentów z solowej płyty Johnny’ego Marra i czyta teksty z Ringleader of the Tormentors - wciąż najnowszej solowej płyty Morrissey’a - trudno nie złapać się na podskórnym pragnieniu reaktywacji The Smiths. Reaktywacji, która nie nastąpi *ani za milion lat, ani za milion dolarów* i która być może - tak naprawdę - wcale nie jest potrzebna, bo z legendy razem ze śniedzią często ściera się blask. Gdyby chcieć jednak pomarzyć o czysto teoretycznej nowej płycie jednego z najlepszych i najważniejszych zespołów w dziejach muzyki rozrywkowej, tak właśnie bym ją sobie wyobrażał: znajomo. Ponurości Moza na sprężystych kompozycjach Marra.



Bo choć The Messenger tkwi głęboko w omszałej już i mocno dziś niemodnej stylistyce prostych gitarowych kopniaków, to w swoich szczytowych momentach zawraca nas do omszałego już, a mocno dziś potrzebnego efektu działania prostych, świetnych kompozycji.



Brak komentarzy: