Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The XX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The XX. Pokaż wszystkie posty

środa, sierpnia 29, 2012

NOWE PŁYTY: Dinosaur Jr., The XX i Animal Collective

Pytacie uprzejmie - czego ostatnio słuchamy, więc odpowiadamy szczerze:

Ich The Way I Feel Today to jedna z najlepszych płyt ubiegłego stulecia i nie ma w tym żadnej przesady. Podobnie jak w stwierdzeniu faktu, że Another Love Song - utwór z wydanego w 2000 r. The Closer You Get - to jedna z najlepszych i najmądrzejszych piosenek o miłości, jakie kiedykolwiek udało się napisać.

Dalej:

  • El mató a un policía motorizado - co miejscami jest nawet do 6 by 7 stylistycznie podobne, no a do tego brzmi prosto z Argentyny (najnowszy singiel - Mujeres bellas y fuertes z czerwca br.),

  • artystów ze zdecydowanie najciekawszego obecnie muzycznego terytorium, a więc - właśnie - z kręgu ibero-latino, o którym więcej staramy się pisać na Orxaterii.

Zarówno w Europie, jak i w Stanach są jednak nadal albumy, na które czeka się od momentu pierwszej plotki i to o nich dzisiejsze kilka zdań.


Początkowo ta notka miała nosić tytuł Po zawodach i opisywać dwa zupełnie różne rozczarowania, jakie towarzyszyły mi po odsłuchaniu Centipede Hz Animal Collective i Coexist The XX. Sytuacja jednak trochę się skomplikowała, a do strumienia najświeższych odsłuchów dołączyło nowe Dinosaur Jr.. Dołączyło, bo wpisuje się we wspólny mianownik, który miał lec u podstaw tekstu o przytoczonym powyżej porzuconym tytule.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że trudno o trzy bardziej różniące się od siebie albumy:

W przypadku grupy dowodzonej przez J Mascisa (1) sytuacja wygląda następująco: 27 lat od debiutu (z przerwą 1997–2005), praktycznie bez większej porażki, koncertowo nadal żwawo (patrz: np. występ na OFFie 2010), studyjnie niezwykle solidnie i konsekwentnie. Najnowszy dinozaur junior - I Bet On Sky (premiera 3.09.2012) - nie jest na pewno tak dobre jak klasyczne You’re Living All Over Me (1987), nie porywa też tak, jak choćby znakomite Farm sprzed 3 lat - ale z drugiej strony pokazuje, że o muzycznym wyginięciu nie może być mowy. Najciekawsze w przypadku Amerykanów (a narodowość ma tu spore znaczenie, bo amerykańskość - zbliżonego do ich sąsiadów z Pixies - brzmienia gitar jest tu wręcz podręcznikowa) jest jednak to, że taka konstatacja jest ze wszech miar paradoksalna. Oto bowiem mamy do czynienia z grupą, która swoje piosenki buduje na prostych gitarowych melodiach, szytych głównie efektownymi riffami, jękiem elektryka i umęczonym wokalem. Nic bardziej wtórnego? Ewidentnie tak, a jednak - nawet jeśli każda kolejna propozycja budzi natrętne wręcz skojarzenia z całą dotychczasową dyskografią, słucha się tego świeżo, rześko, przyjemnie i bez poczucia zmęczenia materiału. Na I Bet… dzieje się tak przede wszystkim na stronie A. Świetny jest początek - Don’t Pretend You Didn’t Know nawiązujący jakością do świetnego Pieces z 2009; wzruszają schematyczne Watch the Corners i Stick a Toe In. No ale… jeśli piszemy o wzruszeniu i matrycy, to czas najwyższy przejść do Londyńczyków (czy jak chciał sprawozdawca GW z Open’era - nowojorczyków (1)) z The XX.

To właśnie ze względu na XX porzuciłem zresztą tytuł o zawodach. Jeśli mam być szczery (a ja od dzisiaj…) - to miała być moja pozaiberyjska i pozalatynoska płyta roku. Tak założyłem słuchając jej wspaniałych zwiastunów podczas portoskiej Primavery i tak (edit: być może) jest do dziś, ale poprzeczka, która miała zawisnąć tak wysoko, że o ja cię pierdolę okazuje się wisieć na poziomie realnie przeskakiwalnym.
Za fasadą nieziemskiego Angels - utworu znanego wcześnie, tak prostego, że ciężko bardziej i tak dobrego, że ciężko lepiej, znajdujemy:

niezłe Chained,
bardzo dobre Fiction (również grane wcześnie i często) i…
ładne, kojące, szerokie przestrzenie, które w najmniejszym stopniu nie windują jednak całości na poziomy debiutu.

Teraz - czy to problem? Kwestia dyskusyjna. Oblanie drugiej płyty? Z pewnością nie. Czy szkoda? Z pewnością tak, bo to, co znaliśmy budziło jednak apetyt na płytę cementującą ich na pozycji jednego z kilku najlepszych tworzących obecnie zespołów. Z pewnością tak, bo wspomniane zapowiedzi kazały oczekiwać takich cudów jak zamykający Coexist Our Song - numer tak piękny, że aż wykańczający, emocjonalnie rozpinający słuchacza między beztroską kołysanki a troską absolutną - mierzenia się z jakąś nieogarnialną, kosmiczną emocją. Umieszczenie go na samym końcu może irytować (bo: nie można tak było od razu?), ale optymistów skłoni raczej do żarliwego oczekiwania płyty nr 3 przy akompaniamencie tych naprawdę pięknych i dobrych dźwięków, których mimo wszystko nie wypada nazwać zwykłym wypełniaczem.

Sporo zapychu znajdujemy natomiast na nie mniej wyczekiwanej płycie o wyjątkowo brzydkiej okładce. W przypadku Centipede Hz (czy jak sugerował jeden z użytkowników oficjalnego forum zespołu - Centipede Hurts!) jest to o tyle szokujące, że Animal Collective nie muszą niczego cementować, ani okopywać się na żadnej upatrzonej pozycji. Po nagraniu paru znakomitych płyt na przestrzeni całej ubiegłej dekady i ukoronowaniu jej w latach 2007–2009 niesamowitą trójcą wydawnictw Strawberry Jam-Merriweather Post Pavilion-Fall Be Kind EP ich status wybitnej, tworzącej niezapomniane (a często jednocześnie nie-do-zapamiętania) piosenki grupy jest tak niezachwiany, że jedno średnie Centipede może co najwyżej odbić się od postumentu.


Słowo średnie to - nomen omen - uśrednienie opinii, która szali oryginalności i charakterystycznego stylu po raz pierwszy musi przeciwstawić szalę wtórności i kompozycjnej niemocy. Wszystko co tu słyszymy brzmi jak stały repertuar środków, na których AC opierali swoje dźwiękowe i stylistyczne istnienie przepuszczony przez słabe, zdyszane tryby, bez scenariusza, z efektem mocno przypadkowym.

W bardzo dobrym dokumencie poświęconym grupie Blur (2) Damon Albarn wspomina debiutanckie Leisure (przedwczoraj 21. rocznica wydania!) mówiąc o czasach, w których powstało: “Na szczęście można było wtedy nagrać nie do końca dobrą płytę i nie być od razu straconym.”

Dziś - kiedy faktycznie - jedna studyjna porażka może mieć kolosalne znaczenie, zespoły 1) chwytają się sprawdzonych sposobów, lub wręcz odwrotnie 2) stawiają na brzmieniową rewolucję upraszczając (Futureheads) lub komplikując (Bloc Party) swój styl i w większości przypadków źle na tym wychodzą (Futureheads, Bloc Party i wiele innych). Pierwiastkiem, który łączy Dinosaur Jr., The XX i Animal Collective jest wolność pozostania poza tym krępującym wyborem.

Dinosaur Jr. zaczynali dawno i dziś nie muszą się tłumaczyć.

The XX nagrali zbyt dobry i głośny debiut, by jedną płytą wyrzucić się za burtu indie-mainstreamu (!).

Animal Collective mają na plusie tyle, że jeszcze długo będą mogli brać zaufanie słuchaczy na zeszyt.

Paradoksalnie wolność trzech grup okazuje się jednak mocno teoretyczna. Bez wyjątku wybierają one bowiem wariant pierwszy - dopisując kolejne rozdziały do rozbudowywanej z każdym albumem opowieści. To natychmiastowa rozpoznawalność jest tym, co łączy te diametralnie różne płyty. I różne poziomy zawodu, który - nawet usunięty z tytułu recenzji - ma tu jednak swoje pewne miejsce.

Dinosaur Jr. nagrali kolejny wariant swojego modelowego longpleja dostarczając nam parę dobrych rockowych melodii, które powoli stają się towarem deficytowym. Zawiedli oczekiwania wyjścia poza rutynę, których niby nie było, a które jednak czuć, kiedy po paru numerach sprawdza się, czy odtwarzacz losuje z dyskografii czy nadal gra nową płytę.


The XX - Angels - live, Optimus Primavera Sound 2012 (Porto); wideo: EclectismoM

The XX mieli przymonarszyć i przyklepać koronę, a zamiast tego nagrali XX 2.0. Coexist podobnie jak debiut rozszerza dźwiękową percepcje na tony, na które u innych często nie zwraca się uwagi. Ponownie buduje struktury na bazie pękatych beatów oraz produkcji (Jamie!) przeplatającej chłodne, wypolerowane wysokie tony z ciepłymi pomrukami dołu, na których możnaby posadzić jajo. Większość utworów znów opiera się na wokalnych dialogach Romy i Olivera, a dźwięki analagowe i cyfrowe są tak konkretne i charakterystyczne, że należałoby zgłosić je do ochrony patentowej. The XX zawiedli wygrywając wyścig bez bicia rekordu świata.

Animal Collective po raz kolejny wprawili w ruch swoje chórki, harmonijne wokalizy, pętle melodyczne i tła buzujące niczym hormony nastolatka kończącego katolicką szkołę. Cała para poszła jednak w gwizdek, a nowa maszyna jest ciężka, ogromna i spocona. W sieci natknąłem się na porównanie Centipede Hz z My Life In The Bush Of Ghosts Davida Byrne’a i Briana Eno. Porównanie nie na miejscu, bo o ile na albumie z 1981 roku wszystko jest dokładnie na swoim miejscu i między innymi dlatego tworzy tak mocną całość, o tyle tu wszystko nosi znamiona eksperymentalnego przypadku, z którego tym razem mało wyszło.

Animal Collective zawiedli.

Nie do wiary.

A jednak.

—

(1) w tym samym tekście autor pisze o Janelle Monae - “dziewczyna co najmniej tak dobra jak Michael Jackson” [sic!]. Edit: aaa dziś rocznica urodzin MJ!

(2 No Distance Left to Run autorstwa osób odpowiedzialnych za Shut Up and Play the Hits, o którym to filmie pisaliśmy w relacji z Nowych Horyzontów.

poniedziałek, lipca 16, 2012

Wideo dnia #198

No i cóż - wystarczy powiedzieć, że Angels Robbiego nie jest już najlepszą piosenką o takim tytule.

 


wtorek, czerwca 26, 2012

Optimus Primavera Sound 2012 - relacja - dzień 3. i 4.

PRIMAVERA SOUND W PORTO | WSTĘP + DZIEŃ 1. | DZIEŃ 2. | DNI 3. i 4.

9/06/12 - dzień 3.

Miejscowi twierdzili, że tak przeciągły deszcz w czerwcu to rzadkość, ale przecież gdzie event tam i ewenement. Opis trzeciego dnia festiwalu zaczynamy od pogody nie bez powodu. Po pierwsze - miała ona wpływ na jego przebieg, po drugie - w pewnym sensie odzwierciedlała jego charakter. W czasie deszczu dzieci się nudzą, bo w czasie deszczu dorośli słabiej grają.
W utrudnionych warunkach pogodowych dzień rozpoczęli Gala Drop - Lizbończycy, którzy współpracowali m.in. z Pandą i Sonic Youth - i którzy swoją - inspirowaną rytmiczną warstwą afrykańskich rytmów - muzyką zupełnie nie wpisali się w siąp portoskiej soboty. Problemy z wsiąkaniem w naszą świadomość mieli także Spiritualized - i to mimo ograniczenia prezentacji materiału ze Sweet Heart Sweet Light do niezbędnego minimum (2 numery = Janerkowski styl nie-promowania nowej płyty) i zagrania "coveru" "Walkin' with Jesus" z repertuaru Spacemen 3. Problemy z głębszą percepcją są jednak niczym w porównaniu z problemami z podstawowym odbiorem koncertów, a i tych nie brakowało niestety w Parque da Cidade. Najbardziej bolesne było oczywiście wspomniane już odwołanie Death Cab for Cutie, ale najwolniejsza kolejka świata, w której ustawiali się ludzie chcący posłuchać czegoś także w niedzielę, sprawiała, że nie tylko skasowane występy oddalały się na zawsze w kłujący deszczowy opar. Gdyby tego było mało - żelek z kolegami dostawał na boisku w ciry od naszych-zachodnich-sąsiadów, co frustrowało tych, których nie sfrustrował nie mający wstępu do strefy prasowej opad. Tym sposobem poirytowani byli wszyscy oprócz 1) lubiących deszcz, a jednocześnie olewających niedzielny program, 2) hipotetycznych suchych Niemców-dziennikarzy. Słabe momentum na wejście do najsłabszego festiwalowego dnia.

Zamiast strzępić język i opisywać zasłyszany jedynie w tle set Afghan Whigs lub pastwić się nad The Weeknd (sorry, antypatia całkowita), Saint Etienne (kiedyś naprawdę ciekawy skład, dziś niestety anglo-polo) czy walczącym z technologią Washed Out przechodzimy od razu do dwóch kluczowych koncertów zaburzając nieco ich chronologię.
John Talabot
Przebiegając spod głównej sceny pod tańczący namiot mieliśmy nadzieję, że nasze podejrzenia się nie sprawdzą, ale niestety - w dzień rozczaru intuicja jak na złość nie zawiodła. Z młodym Talabotem jest więc zupełnie jak z młodym Guinchem - płytowo świetnie, koncertowo tak sobie*. Interesujące jest jak szybko Riverola zda sobie sprawę, że podobnie jak jego sąsiad musi zaprosić na scenę nie tylko producenta-wokalistę Pionala (śpiewającego na fIN w „Destiny” i „So Will Be Now”), ale także muzyków, którzy przeniosą studyjne hooki na żywą płaszczyznę. Okazuje się bowiem, że (sorry Natalia) nie „im więcej ciebie tym mniej”, ale po prostu - więcej = więcej. Paradoksalnie nawet minimalistyczna z natury muzyka broni się w pełni dopiero odtworzona po bożemu - w pełnym (czy nawet pełniejszym) brzmieniu.

Żeby jednak nie dać fałszywego świadectwa naszych ogólnych wrażeń trzeba zaznaczyć, że John nie położył debiutanckiego materiału całkowicie i (notujecie byblyzmy?) na amen. Mimo tego, że jego występ - opatrzony nawet w programie etykietą „live” - wisiał gdzieś między standardowym koncertem a bogatszym DJ-setem (by the way - what a waste of time!) znający świetne numery z płyty mogli rozmarzyć się i rozradować słysząc je głośniej i odbierając w bardziej bezpośredni sposób. To dopiero droga do dobrego koncertowania, ale dobrze wiedzieć, że Talabot zaczął nią kroczyć.
The XX

Przed ruszeniem na sklejone ze sobą czasowo sety Riveroli i XX ćwierknęliśmy jeszcze nielicznym nieśpiącym, że oto przed nami „ciemne ciepłe nuty”. Obie pierwsze - i jak na razie jedyne - płyty bohaterów sobotniej nocy są bowiem niewątpliwie zbiorem gęstych, smolistych zabijaków. Lecz jeśli - jak pisaliśmy - ciągutki Katalończyka trochę w Porto rozmokły, to zagęszczenie wielkości na sekundę kwadratową utworu Londyńczyków nie zelżało ani trochę.

Po raz pierwszy widzieliśmy XX na Primaverze barcelońskiej. Byli wtedy nieopierzonymi debiutantami, którzy na wielkiej scenie Ray-Ban (kiedyś Rockdelux, w każdym razie tej ze schodami) dzielnie walczyli z przejawami apogeum pierwszej popularności. Nie chodzi tu zresztą jedynie o onieśmielenie, ale o wyjątkowo intymny, domowy, nocny charakter napisanych przez nich piosenek. Niektórzy wielcy obnażali się przed fanami lirycznie, XX robili to muzycznie grając numery kruche, niemalże wstydliwe. Minęły dwa lata i sporo się zmieniło, ale tu - w przeciwieństwie do potknięcia Beach House - siła, pewność i *większość* w sposób naturalny zajęły miejsce dawnego mikroświata.

Wszystko zaczęło się odważnie, od nowego, uwodzicielskiego „Devotion” - jednego z utworów zapowiadających wrześniowe Coexist, a dalej popłynęło głównie nieco przearanżowanymi, mocniejszymi w gębie numerami z debiutu. Niekoniecznie chodzi tu nawet o faktyczne wzmocnienie (głośniej, bardziej, ostrzej), a właśnie o dobrze pojmowaną przebojowość, hardość wykonania. Potężne „Basic Space” z refrenem a capella jest tu chyba najlepszym, ale nie jedynym przykładem. Romy Madley Croft i Oliver Sim szokują dziś jakością wokalu i - przede wszystkim - umiejętnością prowadzenia nim całej linii melodycznej piosenki. 
Ilościowa przewaga utworów znanych jest w przypadku XX absolutnie zrozumiała, ale ich kompozycyjne sprzężenie z - bardzo podsycającymi apetyt na płytę nr 2 - nowinkami wymaga osobnej pochwały. I o ile nową jakość gry zapisaliśmy na konto duetu Romy-Oliver, o tyle za spójność całości brawa należą się Jamiemu Smithowi. Jego „solowe” (pochodzące z We're New Here - remixowego albumu zarejestrowanego z Gilem Scott-Heronem) "I'll Take Care Of U" wybrzmiało zresztą w drugiej części setu jako fragment "Night Time", bez problemu zaszczepiając się na gruncie grupowego występu.

Koncert The XX na głównej scenie Optimus Primavera Sound 2012 był bez wątpienia jednym z najlepszych momentów całego festiwalu. Zagrane na sam koniec „Stars” rezonowało z wielką siłą w okolicach sceny klubowej, ale także dużo dalej, w wielkiej niecce całkowicie opanowanej przez mocarność „refrenu”, który w depeszowskim stylu wyśmiewa zresztą wszelkie próby opisania wielkich doznań.

No need for talking
I already know
10/06/12 - dzień 4.
Deszczowa piosenka dnia ubiegłego opłaciła się tym, którzy przykolejkowali, by zakończyć festiwal w wielkim stylu. Wielkim muzycznie i architektonicznie, bo jak wspomnieliśmy na początku Casa da Música i Hard Club to miejsca żywe, niezwykle interesujące, stworzone do goszczenia wielkich artystów.


Nick Garrie

Pierwszym z nich (z punktu widzenia naszej niedzielnej chronologii) był Nick Garrie - człowiek-legenda - legendarnie zasłużony (o wspaniałym The Nightmare of J.B. Stanislas z przełomu lat 60. i 70. czytaj tutaj) i niczym stara legenda zapomniany, na skutek nieprzyjaznej fortuny i krzywdzących zbiegów okoliczności.

Koncert Garriego - którego ostatnia płyta - 49 Arlington Gardens - ukazała się w 2009 roku (40 lat po kultowym debiucie) był więc występem dla niewielkiej grupy osób, która a) zna i ceni jego twórczość lub b) nie dostała się na pierwszego, popołudniowego Manguma.
Podczas tegorocznej edycji San Miguel Primavera Sound w Barcelonie Garrie występował dwukrotnie - raz w całości odtwarzając The Nightmare of J.B. Stanislas, raz grając regularny - mieszany set. W Porto okazja do posłuchania mistrza była jedna, a układ piosenek chronologiczny, przekrojowy, opowiadający złamaną karierę piosenkami, które nigdy nie przedarły się do głównego nurtu. 

Otwierające spotkanie „Ink Pot Eyes” to bez wątpienia jeden z najlepszych utworów lat 60., brzmiący pięknie, wyjątkowo, niczym wydane w tym samym - 1969 - roku „The Thoughts Of Mary Jane” z debiutu wielkiego Nicka Drake’a. Jednak mimo tego, że najpiękniej zabrzmiały utwory ze Stanislasa - które słyszane na żywo, w mniejszej sali Casa da Música, jeszcze bardziej niż na płycie nabierały statusu zakopanych skarbów - dobrze było słuchać ich w szerszym kontekście. Po pierwsze - gawędziarski schemat spotkania z Garriem tworzył niezwykłą atmosferę, po drugie - w pewnym sensie nakazywał prosty, akustyczny gitarowy aranż tych piosenek, które tak właśnie - w oryginalnym zamyśle - miały być zarejestrowane na płycie. Dotarcie po prawie połowie wieku do pierwotnej wersji utworu-giganta to przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Za unikatową należy uznać również relację artysta-widz, z jednej strony wymuszoną ograniczonym gronem odbiorców, z drugiej nadal zaskakującą, biorąc pod uwagę wagę materiału. Autor „Deeper Tones Of Blue” (wideo poniżej) żartował, opowiadał (m.in. o podróżach po Europie i miłości do portugalskiej gitary), popijał piwo, w bezpretensjonalny sposób zapraszał do wokalnej współpracy, a po koncercie rozmawiał, dziękował, podpisywał płyty. A więc No need for talking / I already know? Chyba znów ciężko napisać coś trafniejszego.
You Can’t Win Charlie Brown
Best Youth
czyli silna reprezentacja krajowa

Wymienienie You Can’t Win Charlie Brown - autorów jednej z najlepszych płyt ubiegłego roku, zespołu, w którym gra nasz zaprzyjaźniony Portugalczyk, świetny także solowo Luís Costa - w nagłówku to niestety tylko wishful thinking, nie ecstatic listening. Przez wyjątkowo nieudaną (patrz: wstęp) organizację niedzielnych występów minęliśmy się z Charliem pędząc spod zatłoczonej, opasanej długą kolejką sali Hard Clubu w stronę Casa da Música, gdzie o 22:00 meldował się legendarny lider Neutral Milk Hotel.
Nie możemy nie wspomnieć jednak, że samemu Luísowi koncert bardzo się podobał, a przecież zadowolenie muzyków to podstawa zadowolenia słuchaczy. Tak naprawdę rzucamy jednak sucharami, by zatuszować żal i by łzy zawodu miały w co wsiąkać. Czekamy na nich bardzo i - jak pisałem kajając się za nieprzewidzianą absencję - widzimy się za rok, na głównej scenie.

Jedyną zaletą braku Browna okazała się być możliwość żywego posłuchania Best Youth - zespołu, o którym pisaliśmy jakiś czas temu na Orxaterii. Możliwość, którą zdążyliśmy - nie bez bólu - skreślić układając nasz karkołomny niedzielny plan koncertowy.
Muzycy z Porto okazali się na szczęście idealnym pocieszaczem. Numery z EP-ki Winterlies (i spoza niej) szyli przebojowo, zdecydowanie, bezkompromisowo, podbijając swoje studyjne atuty. Było soczyście, rześko i ponętnie, a poza tym - kto nie lubi kibicować gospodarzom?
Jeff Mangum



Gdybyśmy wybrali się na pierwszy koncert Manguma (16:00) uniknęlibyśmy nerwowego oczekiwania na one-and-only „Oh Comely” (utwór nr 1 setu popołudniowego, utwór nr 13 setu wieczornego), ale - jeśli wierzyć setlist.fm - nie usłyszelibyśmy takich cudów jak chociażby  „Song Against Sex” czy „Naomi” z On Avery Island, przed którym legendarny frontman (choć słowo to drastycznie nie pasuje do Manguma) NMH przepraszał za problemy ze strojeniem „gitary dziadka”.
Gdybyśmy zrezygnowali z koncertu Best Youth i udali się na występ Olivia Tremor Control** w celu zajęcia sobie miejsca blisko sceny bylibyśmy zawiedzeni, bo w ramach powitania usadzona w rzędach publiczność została zaproszona pod/na scenę.

Gdybyśmy w poniedziałkowy wieczór (gdzieś na wysokości meczu Francja-Anglia) nie wybrali się do Vila Nova de Gaia nie zobaczylibyśmy tam gwiazdy poprzedniego wieczoru i nie zrobilibyśmy mu szczeniackiego zdjęcia z ukrycia, w momencie gdy opuszcza miasto udając się w stronę wielkiego, zaprojektowanego przez Eiffla mostu łączącego Gaię z Porto.

Gdybyśmy zagadali do niego i poprosili o autograf czar niedostępności giganta mógłby prysnąć.

Gdybyśmy - w końcu - potrafili znaleźć słowa, które choć trochę przybliżą sposób, w jaki Mangum zawiera w swoim wokalu całe bogactwo aranżacji utworów Neutral Milk Hotel, a więc jednych z najwspanialszych utworów jakie kiedykolwiek powstały - opowiedzielibyśmy Wam o tym zamiast niezdarnie krążyć wokół tematu. 


No need for talking po raz pierwszy, po raz drugi, wykorzystane.

Z jednej strony trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie Primavery niż usłyszenie jednego z najcenniejszych numerów na świecie z odległości paru metrów, ale że festiwal jest jednak imprezą to również impreza powinna go kończyć. Koncert Kindness w Hard Clubie spełnił zresztą rolę świetnego katalizatora, który oczyścił nietypowy nastrój obcowania z geniuszami, rzucił w zapomnienie frustry organizacyjne i kazał cieszyć się najprostszym, rozrywkowym wymiarem muzyki.

Przyjemność proponowana przez całkiem opasły scenicznie kolektyw dowodzony przez Adama Bainbridge’a nie jest jednak rozrywką jarmarczną, celującą wyłącznie w podstawy piramidy potrzeb i gustów. Porównania debiutanckiego World, You Need a Change of Mind do dokonań Prince’a z jednej strony zobowiązują, z drugiej już teraz trafnie opisują rodzaj radochy oferowanej przez Kindness. Czysty pop romansuje tu z *muzyką dens*, tą starą i nową, nie ograniczając się jednak do wymiarów jakiegokolwiek gatunku. „Nic nowego” powiecie i będziecie mieć rację, ale oprócz sztandarowej screamadelici mamy tu przypadek wyjątkowo udanego przełożenia studio->scena. 

Wspaniałe, skradzione Replacements „Swingin’ Party” zachwyca tak samo jak na słuchawkach, ale „Cyan” (od którego zaczęli) czy „Doigsong” przebijają na żywo swoje studyjne wersje wynosząc je na poziomy live-sensacji 2012. Świetne chórzystki kapitalnie podkręcają numery rozpinając swoją sceniczną obecność między klasycznym Stop Making Sense Talking Heads, a chórkami Róisín Murphy (wplot w żywca „Sweet Love” Anity Baker niby oczywisty, ale jakże fantastyczny!). Na dodatek - bas szturcha wibracją, perkusja żyje własnym życiem, jednocześnie nie porzucając rytmu, a wszystko to w atmosferze zagrania in-yer-face nie zostawiającego marginesu na jakiekolwiek narzekanie, nawet w momencie gdy - podobnie jak The Sound - na owacyjnie wyklaskanym bisie z braku przećwiczonego repertuaru trzeba powtórzyć któryś z numerów.

Nie narzekamy więc i my, co jakiś czas uśmiechając się do wiadomości od perkusisty Kindness, który napisał, że on też bawił się świetnie.

Czy ktoś chciałby coś dodać?






* zapis naszej przedkoncertowej rozmowy z Díazem-Reixą tutaj
** współtworzonej przez JM jednej z trzech grup-filarów Elephant 6, razem z Apples in Stereo i Neutral Milk Hotel właśnie



Wszystkie zdjęcia i nagrania: Louder Than Bombs (o ile nie zaznaczono inaczej).

Wcześniejsze Primavery:



czwartek, grudnia 02, 2010

Wideo dnia #155



Nie dość, że podium Aladdin Sane, że mocarny Kabuki look, to jeszcze całkiem dziarsko się przy tym odśnieża. Crack, baby, crack!



PS edit: A nadexxpresja Albarna sprzed kilkunastu dni to nadal miła zimowa ofiara. Cho no cielę do domu.

czwartek, czerwca 03, 2010

Primavera Sound 2010 - dzień 1.




PS2010 | POCZTÓWKI | WIDEO | CZWARTEK | PIĄTEK | SOBOTA



EDIT: koncert Pavement z Primavery, pocięty i otagowany / Pavement PS2010 gig (originally recorded from WFMU.org by stu66) now divided into seperate mp3 tracks and tagged : DOWNLOAD



Tego festiwalu na P nie jest w stanie powstrzymać ani wulkan na E ani część narodu na A. Co roku jest inny - w 2008 z mieszanką różnych muzycznych cudów i kapitalną, praktycznie niefestiwalową atmosferą, w 2009 z niebywale czułą reakcją na to nowe w muzyce, w 2010 ze składem gigantem. I nawet jeśli czasami tęskniliśmy do tej bardziej dźwiękocentrycznej, mniej hipsterskiej, a bardziej listenerskiej atmosfery sprzed dwóch lat (choć oczywiście bez przesady, to wciąż good ol' Primavera!), mankamenty większej popularności barcelońskiego festu niknęły w natłoku genialnych koncertów. Było rocznicowo i z rozmachem, z nie zostawiającym czasu na oddech rozkładem jazdy, z historią i współczesnością rozrywkowego grania w pigułce. Niczym praktyczna realizacja idealnego podręcznika do muzyki, zapraszam więc do pianina i jak powiem teraz to teraz.

1,2,3,4, jeszcze nie teraz.

1,2,3,4.

Teraz.

THE BOOKS, których nie było.

A w zasadzie byli, ale zamiast o 19:00 to o 00:30, co krzyżowało ich trochę z Broken Social Scene, a trochę z Pavement. Wielka szkoda, bo The Lemon of Pink to mistrz w swojej klasie, a koncert The Books miał być jednym z najciekawszych czwartkowych wydarzeń. A tak - lektura do nadrobienia.

SURFER BLOOD i TITUS ANDRONICUS - 19:15, 20:30, scena PITCHFORK

Na Surfer Blood zależało nam bardzo umiarkowanie - Astro Coast średnie, twarz lidera z nutą niemowlęctwa (nie chcę myśleć co będzie when he's sixty four), kupony na napoje do kupienia. Zajrzeliśmy więc na chwilę i (zgodnie z przewidywaniami) nie wkręcając się pooglądaliśmy bez obrzydzenia (bo z daleka) ten poprawny rockowy set. Muzyka letnia - niestety w każdym znaczeniu tego słowa.


Titus Andronicus ; fot.: louder than bombs

Bum tarararara za oknami noc
Czego chcesz dziewczyno ja wiem - Tarzana!


Krótka rundka po Forum, a zaraz potem Titus Andronicus. Tu już znacznie ciekawiej, bo jarmarczny powerpop na początek dnia nie jest zły. Patrick Stickles - człowiek o aparycji powiększonego Rumcajsa i scenicznej manierze Tarzana właśnie - żywiołowo zapodawał (ach, co za wspaniały świat!), a i rytmiczne popisy reszty zespołu oglądało się bardzo przyjemnie. Jednak w porównaniu ze środowym Los Campesinos!, zespół z New Jersey (buuu! Go Knicks go!) wypadł słabiej, co zresztą nie dziwi, bo wieśniaki mają płyty lepsze niż Titus. Na +, ale bez większych emocji, poza tym nie do końca, bo przed 21:00 trzeba było iść na scenę Ray-Ban.


wideo: louder than bombs

THE XX - 21:15, scena RAY-BAN


The XX ; fot.: louder than bombs

Pierwsze duże wydarzenie tego festiwalu. The XX zagrali koncert bardzo intymny, o charakterze wybitnie niefestynowym, pozbawionym zbytniego mizdrzenia się, pytania o samopoczucie i żółwika z pierwszym rzędem. Nie chodzi zresztą wyłącznie o brak wodzirejskich ciągot, ale o samą muzykę, którą Londyńczycy rozłożyli nad tym wielkim sceniszczem przytulny namiot. Zaczęło się tak jak płyta - instrumentalnym intrem, które jednak nie przeszło w pozytywkowe VCR, ale zapisało się jako asysta dla największego chyba przeboju grupy - Crystalized. Granie tak dużych koncertów po pierwszej płycie to spory problem (przede wszystkim kompozycyjny), ale nawet tutaj obyło się bez wpadki. Świetnie zagrała jedna z moich ulubionych piosenek - Do You Mind (coverowy b-side z Islands, oryginał tu, xx tu), bardzo dobrze wypadła pokryta skwiercząco-pulsującą folią bąbelkową wersja Infinity. Występ ze stonowaną, podskórną, ale naprawdę dużą siłą rażenia.


wideo: louder than bombs

BROKEN SOCIAL SCENE - 23:15, scena RAY-BAN


Lisa Lobsinger (Broken Social Scene) ; fot.: Daniel Villanueva

Pastwiłem się trochę nad nowym BSS, więc może po tak fantastycznym koncercie czas na Forgiveness Rock Review? Nie do końca, bo nadal uważam, że proporcje między świetną stroną A (EJ! side) a średnią stroną B (PHI! side) są tak gigantycznie zachwiane, że punkty za kompozycję odejmują się same. Nie wiem, czy członkowie Broken Social Scene uważają podobnie, w każdym razie na koncertach, jeśli chodzi o nowości, grają same michałki. Zaczęli swoim nowym robust-hitem - krzepkim, jurnym, szerokim w biodrach World Sick i to właśnie w treściwym, ultramelodyjnym przypierdoleniu należy się doszukiwać źródeł wrażeń-mutantów, które wynieśliśmy z tego występu. Nawet w utwory z pozoru pościelowe/plażowe/zwiewne tchnięta została nowa siła fatalna (cudowne wykonanie 7/4 Shoreline). Tam natomiast, gdzie już na płycie buzowało muzycznymi hormonami, na żywo czwartkową kumulacją emocji rozsadzało wielką czachę sceny Ray-Ban (Cause=Time!). I niby brakowało Anthems i wielu innych hymnów, ale ciężko byłoby je tu naturalnie wpasować, bo zbyt mocno poszli, żeby wracać po ballady.


wideo: louder than bombs

My wracamy za to na moment do nowej płyty, bo warto wspomnieć o tourującej obecnie z BSS Lisie Lobsinger (Reverie Sound Revue, polecaliśmy tutaj). Można narzekać, że nie gra ani Feist, ani Emily Haines, ani Amy Milan, ale no ej, mięso też byś chciał? Poza tym, to właśnie Lobsinger wywindowała (i nie later, a dokładnie wtedy) najlepszy utwór z Forgiveness Rock Record - mrowiące All to All - do top 5 najlepszych wykonów całego festiwalu. Gdyby tego było mało, mamy jeszcze gościnny występ Spiral Stairs (na ciętą ripostę nie trzeba było długo czekać - więcej w opisie Pavement) i Owena Palletta (wiadomo, ziomek). Ale tego nie jest mało - oszałamiający, znakomity, porywający występ. Brawa brawa brawa.

PS W ogóle postać Brendana Canninga. Koleś gra jak mieszkaniec kosmosu, a wygląda jak połączenie Jarvisa z finalistą Wielkiej gry. Mocne doznania estetyczne każdego rodzaju.

setlista

PAVEMENT - 01:00, scena SAN MIGUEL


Stephen Malkmus (Pavement) ; fot.: Shannon McLean

Im dłużej trwał koncert Broken Social Scene, tym bardziej oddalała się perspektywa zobaczenia choćby fragmentu The Books. Skończyło się na tym, że na główną scenę festiwalu trzeba było przejść od razu. Pavement - główna gwiazda wieczoru - przyciągnęli pod San Miguela tłumy. Bardzo słusznie, bo zgodnie z oczekiwaniami zagrali cudownie, a sam fakt słuchania na żywo tych wszystkich pomnikowych kompozycji spowodował całkowite odrealnienie wydarzenia. Po spanglishowej strzałeczce (Oh-la, Quei tahl?) skwitowanej autoironicznym śmiechem ruszyli z dwójki przeznanym i prześwietnym Cut Your Hair. Skończyli Stop Breathin', a w międzyczasie pojawiło się nieziemskiej urody Elevate Me Later, więc zagłębie cudów z Crooked Rain, Crooked Rain (2,3,4) pojawiło się w całości. Oprócz tego dużo Slanted, co ucieszyło mnie niezmiernie. Zagrali m.in. cudowne Here, rewelacyjne In the Mouth of a Desert (z wyj-alongiem zamiast sing-alonga), a przy samym początku masakrujące Trigger Cut. Nie zabrakło też Wowee Zowee - świetnie zabrzmiało We Dance (!), Father to a Sister of Thought, a podczas Kennel District na scenie pojawił się Kevin Drew, który tym samym zrewanżował się Kannbergowi (Kennel to zresztą jego piosenka) za partie w Texico Bitches podczas gigu Broken Social Scene. Poza tym znakomicie wypadły otwieracze dwóch późniejszych płyt Pavement - Stereo i Spit On a Stranger.


wideo: louder than bombs

Wracając do domu pomyślałem sobie, że jakikolwiek by ten występ nie był, uczestnictwo w nim jest wydarzeniem historycznym. Myśl w błoto, to był kapitalny koncert. You sleep with electric guitars? W takie wieczory człowiek nabiera ochoty.

setlista
mp3 stream (WFMU)

DELOREAN - 02:45, scena PITCHFORK


Delorean ; fot.: louder than bombs

Wykrakałem z tym Sleigh Bells i w końcu czasu starczyło tylko na to, żeby zrobić sobie zdjęcie z Alexis (coś jak w parkowej scenie z Reprise, ale z otwartą przesłoną obiektywu). A potem Delorean - wielka niewiadoma, bo po przygodach z Guinchem (który btw wydaje teraz serię epek - Piraci z... nie, z Ameryki Południowej ; opiszemy z pewnością) wiedzieliśmy, że w przypadku tego typu dobrych hiszpańskich wydawnictw, koncert to nadal spora zagadka. Mieszkający obecnie w Barcelonie Baskowie nagrali jedną z najlepszych płyt 2010 i jedną z najlepszych EPek 2009. To zobowiązuje i na szczęście Delorean na żywo nie zawiedli. Na zamknięcie czwartkowej odsłosny sceny Pitchfork zagrali świetny, wybuchowy set (rozumiecie tę terro-niejednoznaczność, nie?). Przez cały roztańczony czas lecieli inteligentną ibizą (sample-chórki!) zanurzoną głęboko w inspiracjach Animal Collective (jeden z nich wygląda nawet jak Geologist). I choć z pewnością nie wysmażyli całego ogromu smaczków z Subizy, zachowali jednak (a może i dzięki temu) czystość rozrywkowej, natchnionej, napędzanej popową elektroniką jazdy. Bardzo udany live, jeszcze lepsza płyta - to co, najmilsi? Do zobaczenia w podsumowaniu roku. A na razie w kolejce Primaverowy piątek. Pewnie już jutro.


wideo: louder than bombs

piątek, maja 28, 2010

PS10 - pocztówka nr 2



Krótko - pierwszy dzień tegorocznej Primavery przyniósł kilka małych zawodów organizacyjnych i atmosferycznych (nie, nie mówię o tym małym deszczu) oraz kilka wielkich zachwytów koncertowych. Główne doznania to piękny set The XX, naprawdę miażdżący występ Broken Social Scene (szturm na listę bestof live) z gościnnym udziałem Owena Palletta (dziś, 16:00), wspaniałe Pavement i świetne Delorean. A to nie wszystko. Więcej oczywiście w naszej pofestiwalowej relacji. Klipy (m.in. Pavement & Kevin Drew - Kennel District i Lisa Lobsinger śpiewająca z BSS jeden z kawałków roku - bajeczne All To All) w trakcie wgrywania.



sobota, maja 15, 2010

Wideo dnia #084



Szafa grająca LTB na dzisiaj: Nieodżałowana Aaliyah i jej Hot Like Fire w wykonaniu The XX.



PS10 - 16 - The XX

czwartek, kwietnia 22, 2010

Wideo dnia #061



To chyba jedyna okazja, żeby na tym blogu pojawiły się nazwy takie jak Jak oni śpiewają albo Taniec z gwiazdami, które nabiją nam setki odwiedzin i połechtają ego. Jaka to melodia? Jedna z moich ulubionych zeszłorocznych piosenek. The xx - Islands.



piątek, stycznia 22, 2010

podsumowanie 2009 - płyty



Po kolei:

* płyty przesłuchane i szybko zapomniane -> tutaj

* płyty nieco lepsze, ale poza rankingiem -> tutaj



- nagroda specjalna -

JAMES YORKSTON & THE BIG EYES FAMILY PLAYERS
Folk Songs



Album zbyt odmienny, aby konkurować z innymi w zwykłym rankingu. Trochę pisaliśmy już tutaj, ale warto dodać, że to świetne wskrzeszenie folkloru i zadziwiająca bezstratna konwersja zapomnianych piosenek do muzycznego świata XXI wieku. Tak twórczą art-wiochę ma na swoim koncie tylko naród czeski, ale umówmy się: odrodzenie narodowe < Folk Songs. Znakomita płyta.



-- miejsca 50-31 --

50. JULIAN PLENTI - Julian Plenti Is...Skyscraper
49. THE MARY ONETTES - Islands
48. IAN BROWN - My Way
47. JUNIOR BOYS - Begone Dull Care
46. SUNSET RUBDOWN - Dragonslayer
45. RAIN MACHINE - Rain Machine
44. ASOBI SEKSU - Hush
43. TOWA TEI - Big Fun
42. SCOTT MATTHEW - There Is an Ocean That Divides and With My Longing I Can Charge It With a Voltage That's so Violent to Cross It Could Mean Death
41. HOPE SANDOVAL & THE WARM INVENTIONS - Through the Devil Softly
40. GANGLIANS - Monster Head Room
39. THE RAVEONETTES - In and Out of Control
38. THE ANTLERS - Hospice
37. MUSE - The Resistance
36. ARCTIC MONKEYS - Humbug
35. POLVO - In Prism
34. THE DODOS - Time To Die
33. THE CLIENTELE - Bonfires on the Heath
32. YEAH YEAH YEAHS - It's Blitz!
31. EL PERRO DEL MAR - Love Is Not Pop

--- pierwsza trzydziestka ---

No i zaczynamy odliczanie. Multimedialne załączniki na dole.



30. THE DECEMBERISTS - Hazards of Love



krótko: Jedno z większych rozczarowań tego roku broni się kilkoma utworami i nieco blackriderowym klimatem. Za długo i zbyt słabo kompozycyjnie, ale z drugiej strony bez katastrofy i z jedną perełką (The Wanting Comes In Waves).

posłuchaj no: The Hazards of Love 1, The Wanting Comes In Waves / Repaid



29. REAL ESTATE - Real Estate



krótko: Plaża, dzika plaża... Na razie jest nieźle, ale potrzeba drugiej płyty, aby przekonać się czy w przyszłości "twarz przy twarzy" czy raczej "la, la, la, la"

posłuchaj no: Suburban Dogs



28. WILCO - Wilco (The Album)



krótko: Wilco bez dreszczyka z Yankee czy skondensowanej słodyczy (tubka Gostyń, anybody?) Sky Blue Sky, ale z albumem dość solidnym i z bardzo przyjemnymi momentami.

posłuchaj no: Wilco (The Song), Everlasting Everything



27. DAN DEACON - Bromst



krótko: Występ na Primaverze żenujący, a szkoda, bo Bromst to płyta miejscami fascynująca. Gęsta faza w ostrym lesie czy jakoś tak.

posłuchaj no: Build Voice, Snookered



26. DOLL AND THE KICKS - Doll and the Kicks



krótko: OK, teraz kilkadziesiąt minut Doll, potem filmiki i jedziemy. Skojarzenia z Tour of Refusal nie do wywabienia, stąd spory sentyment. Płyta porządna, muzycy sympatyczni, grupa rokująca, "zal."

posłuchaj no: If You Care, Pictures, Superstar



25. CHARLOTTE GAINSBOURG - IRM



krótko: Nie urzekła mnie ta płyta aż tak jak 5:55, ale myślę, że w ogólnej opinii będzie uchodzić za ten lepszy album Charlotte. Beck jak najbardziej, filmowy flow również, bardzo ok.

posłuchaj no: IRM, Heaven Can Wait, Time of the Assasins



24. THE FLAMING LIPS - Embryonic



krótko: Nice try, nice try...

posłuchaj no: The Sparrow Looks Up at the Machine, I Can Be a Frog (feat. Karen O), Worm Mountain (feat. MGMT)



23. DIRTY PROJECTORS - Bitte Orca



krótko: Pisałem już, że chyba za mało grania na tyle gadania, co nie znaczy, że tej płycie nie należy się uwaga. Gdy nie denerwuje - olśniewa, proporcje rozstrzygnęły o jej miejscu w rankingu. Świetna okładka!

posłuchaj no: Cannibal Resource, Stillness Is the Move



22. jj - jj n° 2



krótko: Rozpływałem się już nad Are You Still in Vallda?, więc żeby się nie powtarzać - materiał nierówny, bardziej EPkowy niż płytowy, ale z highlightami, które windują całość prawie do pierwszej dwudziestki.

posłuchaj no: From Africa to Malaga, Ecstasy, Are You Still in Vallda?



21. ATLAS SOUND - Logos



krótko: Całościowo nie jest to płyta tak dobra jak Let The Blind... (czy nie mędzę dziś zbytnio?), ale za to ma bardziej uderzające fragmenty, przede wszystkim oba duety. Ten z Pandą na poziomie pawilonowym.

posłuchaj no: Walkabout (feat. Noah Lennox), Criminals, Quick Canal (Laetitia Sadier)



20. WILD BEASTS - Two Dancers



krótko: Kiedy po fantastycznym remizohicie Budki Suflera wydawało się, że wszystko w temacie tancerzy dwojga zostało już powiedziane, okazuje się, że nie i że można dołożyć takimi piosenkami, że tańczyć zaczyna znacznie większa grupa ludzi. Nie jest to jeszcze balowanie w niebie, ale potańcówka na schodach też bywa bardzo przyjemna.

posłuchaj no: Hooting and Howling, All the King's Men



19. HEY - Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!



krótko: Najlepsza płyta w dyskografii Hey. Świetnie wypada na żywo (grają w całości i po kolei), brzmi zachodnio i jeszcze bardziej oddala Hey od naszywek na plecakach, podpisów na gipsie i rycin w ławkach.

posłuchaj no: Piersi ćwierć, Chiński urzędnik państwowy, Boję się o nas



18. FUCK BUTTONS - Tarot Sport



krótko:



posłuchaj no: Surf Solar, Olympians



17. NITE JEWEL - Good Evening



krótko: Technikolorowe marzenia o kosmosie, szumiący, podwodny smooth operator. Czasami dystyngowanie, czasami kusząco niegrzecznie. Bardzo dobra płyta.

posłuchaj no: What Did He Say, Let's Go (The Two of Us Together), Lover



16. JAPANDROIDS - Post-Nothing



krótko: Blame Canada? Pfff... Po retrospektywie Maddina na Nowych Horyzontach i świetnym debiucie Japandroids można spokojnie stwierdzić, że she's not the one to blame. Zgłaszam kandydatury Briana i Davida na maskotki zimowych igrzysk i chcę mieć z nimi breloczek.

posłuchaj no: The Boys Are Leaving Town, Young Hearts Spark Fire, Crazy/Forever



15. VIVIAN GIRLS - Everything Goes Wrong



krótko: No, bardzo ładny tytuł, z tym że nie pasuje. Jest lepiej niż na debiucie, treściwiej i bardziej przekonująco.

posłuchaj no: The End, Out For The Sun, Before I Start To Cry




14. THE PAINS OF BEING PURE AT HEART - The Pains of Being Pure at Heart



krótko:



posłuchaj no: Come Saturday, Young Adult Friction, This Love Is Fucking Right!



13. ST. VINCENT - Actor



krótko: Jedna z moich najulubieńszych nowych artystek pozostaje w grze broniąc się bez problemu płytą nr 2. Jest to album szorstszy (brzmienie ważniejsze niż zasady stopniowania przymiotników) od genialnego Marry Me - tracimy więc (moim zdaniem niestety) pajęczynowe zamki Piranesiego na rzecz struktur mocniejszych i często niepokojących. Żeby nie było - świetna płyta, ale kdo Vám tak rozcuchal tmavé vlasy, hę?

posłuchaj no: Actor Out of Work, Laughing With a Mouth of Blood, The Party



12. LILY ALLEN - It's Not Me, It's You



krótko: Złoty środek między radiową przebojowością a popem szlachetnym. Album kojący, przebojowy, zabawny, nieprzekombinowany i bezpretensjonalny. Wrażenie popowego ślizgania się po powierzchni ustępuje miejsca przyjemności słuchania, bo zamiast pędzących panczenistów oglądamy raczej jazdę figurową na lodzie. Płyta uroczo dziewczęca, a jednocześnie drwiąca z konwencjonalnego pojmowania kobiecości. Wyrazisty, brudny róż.

posłuchaj no: 22, I Could Say, Chinese



11. DINOSAUR JR. - Farm



krótko: Dinosaur Jr. podejmują się karkołomnego zadania wskrzeszenia wielokrotnie (i nieskutecznie) reanimowanej już gitarowej (grunge'owo zabarwionej) tradycji i wychodzą z tego obronną ręką. Słuchamy płyty naszpikowanej świetnymi numerami z przeświadczeniem, że muzycy w punkcie X odnaleźli skrzynię muzycznych skarbów. Przemiła i poruszająca wycieczka sentymentalna.

posłuchaj no: Pieces, I Want You To Know, Said The People



10. MORRISSEY - Years of Refusal



krótko: Najsłabsza część najnowszej trylogii Morrissey'a (po fenomenalnym You Are The Quarry i nieziemskim Ringleaderze). Najsłabsza nie znaczy słaba, bo wbrew powszechnemu marudzeniu Refusal to płyta i dobra i ciekawa. Sercem albumu jest bez wątpienia Birthday z wokalizą godną największych muzyków naszych czasów. No a poza tym silne wrażenia z Tour of Refusal - trasy bardzo ciężkiej, granej z zaciśniętymi zębami, ale przez to wyrazistej i fascynującej.

posłuchaj no: Something Is Squeezing My Skull, Mama Lay Softly on the Riverbed, It's Not Your Birthday Anymore



9. EDITORS - In This Light and on This Evening



krótko: Najlepsza płyta w dorobku Editors gwarantuje im miejsce w dziesiątce. Największe nagromadzenie muzycznych substancji smolistych to w ubiegłym roku właśnie In This Light. Z jednej strony gęsta miejska elektronika, z drugiej mroczne peryferia w klimacie kolejowych podróży z grupą Kraftwerk. Mieszanka intrygi z podskórną przebojowością funkcjonuje tu bardzo dobrze.

posłuchaj no: Bricks and Mortar, Papillon, The Boxer



8. GRIZZLY BEAR - Veckatimest



krótko: it's unquestionably a lovely record and it deserves to be heard on land, sea, indoors and out (Uncut)

posłuchaj no: Two Weeks, Cheerleader, Foreground



7. THE BIRD AND THE BEE - Ray Guns Are Not Just the Future



krótko: Z jednej strony fortepianowa czerń, kino noir, najlepsze musicale świata i stare plakaty filmowe, z drugiej smoothie roku, ciepły deszcz, piknik w parku i domek na plaży. Ryzykowne zderzenie owocuje wspaniałą płytą bez zgrzytów. Repeat all i kilka zagapień na tramwajowych przystankach.

posłuchaj no: My Love, Love Letter to Japan, Witch



6. CAMERA OBSCURA - My Maudlin Career



krótko: Siła dobrej piosenki. SiłaDOBREJpiosenki. S i ł a d o b r e j p i o s e n k i. siładobrejpiosenki. SŁ DBRJ PSNK. siła DOBREJ piosenki.

posłuchaj no: James, Forests and Sands, Honey in the Sun



5. FEVER RAY - Fever Ray



krótko: Solowy debiut Karin Dreijer Andersson łączy w sobie baśniowe okrucieństwo braci Grimm z leśnym skandynawskim chłodem, szokującymi obrazami Bacona i subtelnością dobrego japońskiego horroru. Różne formy przerażenia razem tworzą oszałamiającą muzyczną historię. Mroczna elektronika na najwyższym poziomie.

posłuchaj no: If I Had a Heart, Seven, Triangle Walks



4. PHOENIX - Wolfgang Amadeus Phoenix



krótko: Siła dobrej piosenki. SiłaDOBREJpiosenki. S i ł a d o b r e j p i o s e n k i. siładobrejpiosenki. SŁ DBRJ PSNK. siła DOBREJ piosenki. [2]

posłuchaj no: Lisztomania, Rome, Armistice



3. THE XX - The xx



krótko: Bez dwóch zdań jest to debiut roku. Wypielęgnowane utwory są zarazem sterylne i bardzo ciepłe, wręcz otulające. Pierwsze przesłuchanie to spory szok, bo nowe rekordy osobiste padają dosłownie co chwilę. Nie mówię już nawet o całych piosenkach, ale o tworzących je motywach. A gdyby tego było mało, są jeszcze teksty - mądre, dobrze napisane, pozbawione patosu i boldujące życiowe oksymorony:

I don't have to leave anymore
What I have is right here
Spend my nights and days before
Searching the world for what's right here

Underneath and unexplored
Islands and cities I have looked
Here I saw
Something I couldn't over look

I am yours now
So now I don't ever have to leave
I've been found out
So now I'll never explore


posłuchaj no: Crystalized, Islands, Shelter



2. BAT FOR LASHES - Two Suns



krótko: Jak krótko to krótko - Bat For Lashes + LTB = <3 (a więcej w co drugim poście z końca ubiegłego roku)

posłuchaj no: Daniel, Pearl's Dream, Travelling Woman



1. ANIMAL COLLECTIVE - Merriweather Post Pavilion



krótko: Płyta roku, płyta dekady, płyta czegośtam. Słowa nie oddadzą złożoności, wielkości i siły tego albumu. Podjarki, niedojarki, wychwalania i wychałania nie prowadzą do niczego ciekawego. A nic ciekawego to przeciwny do Pawilonu biegun. Po kilku rewelacyjnych albumach, m.in. poprzednim, kapitalnym Strawberry Jam, AC tworzą genialne dzieło sztuki, które jest syntezą wszystkiego co piękne w muzyce. Zresztą, nie tylko w niej.

posłuchaj no: no posłuchaj, posłuchaj!



30 AV-załączników: