Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wilco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wilco. Pokaż wszystkie posty

czwartek, czerwca 21, 2012

Optimus Primavera Sound 2012 - relacja - dzień 2.

PRIMAVERA SOUND W PORTO | WSTĘP + DZIEŃ 1. | DZIEŃ 2. | DNI 3. i 4.

8/06/12 - dzień 2.

Linda Martini
Jest coś bezgranicznie niepokojącego w połączeniu ciężkiego post-rocka (math-rocka, alternatywnego heavy-rocka, who-cares-rocka?) z portugalszczyzną - językiem fado, saudade i innych smut, które strąca banana z nawet najbardziej roześmianej gąbki. I nawet jeśli trudno odmówić muzykom z Lizbony energii i talentu, słuchanie ich na żywo jest jak wysłuchiwanie bury od dyrektorki w ciemnej, zimnej klasie. Muzyka na uznawanej za ich opus magnum płycie Olhos de Mongol - tytułem nawiązującej do twórczości  Henry’ego Millera - podąża za jego, jakże przyjemną, myślą: „Chcę zostawić bliznę na żywym ciele świata.” Masochistom głodnym apokaliptycznej zjebki dobrej jakości polecamy jednakże ze wszech miar.

>> cały występ do obejrzenia na YouTube <<

We Trust

FOTO: Filipa Oliveira www (Palco Principal flickr)


"Time (Better Not Stop)" - utwór numer dwa na pierwszej płycie podwójnego albumu FNAC Novos Talentos 2011 - to pierwsza piosenka jaką usłyszeliśmy po przybyciu do Porto. Świetny singiel grupy We Trust nie dotarł jednak do naszych uszu poskręcanym w kieszeni kablem słuchawek, ale przez głośniki na stacji benzynowej - jedynym miejscu, w którym można było jeszcze kupić coś na kolację. Fakt pojawienia się We Trust na playliście radia puszczanego na niewielkim BP mówi co nieco o warunkach alternatywy w kraju o populacji prawie czterokrotnie mniejszej niż Polska, ale zostawmy na boku muzyczną socjologię. Pojawienie się paru akordów "Time..." w jednej chwili objawiło wielką siłę i rozpiętość emocji, jakie mogą wywołać dźwięki. Nagle - za sprawą lokalnego i znanego nam tematu - czuliśmy się powitani i zadomowieni. Tu kakao, tu kapcie, tu łazienka, a tu będziecie spać.

Oprócz wyjątkowości nocnej sytuacji dużą rolę w całym zdarzeniu odegrał jednak sam charakter granej przez We Trust muzyki, który - o czym za chwilę - z dużym sukcesem udało się przenieść na główną scenę Primavery. Kaskady gorących wieloinstrumentowych harmonii, ciepła barwa wokalu, retro-melodyjność, koktajlowe dęciaki - wszystkie te elementy sprawiają, że album These New Countries to płyta-farelka, album-termofor. Mózg projektu (słowo fatalne, lecz w tym przypadku - jak na złość - idealne) André Tentúgal nie bez powodu pisał o pracy nad utworami w następujący sposób:

Moim celem podczas nagrywania nigdy nie było doświadczanie egocentryczne, nawet jeśli to ja napisałem i zaaranżowałem te piosenki. Moją ideą był kolektyw, sama nazwa - WE TRUST - jasno to pokazuje. Chciałem, by proces tworzenia przypominał wakacje spędzane z przyjaciółmi. Przez dwa lata pracowałem bez przerwy i naprawdę potrzebowałem odpoczynku. Możliwość zrobienia tej płyty okazała się możliwością znalezienia zasłużonego spokoju. Myślę, że to nastawienie znajduje swoje odbicie w samych numerach. Każdego dnia przez studio przewijali się moi znajomi, w każdym z tych utworów czuć naszą wolność tworzenia.



Jeśli regułą jest, że gdy recenzenci piszą przede wszystkim o „wspaniałym klimacie” i „pięknych popowych obrazkach”, same kompozycje są na tyle mało interesujące, że trudno skreślić o nich kilka mięsistych zdań, We Trust jest jedynie wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. W przypadku These New Countries mamy do czynienia ze zbiorem naprawdę bogatych, chwytliwych, harmonijnie współgrających, radiowych numerów, z których każdy mógłby ucieszyć i popowych koneserów i klientów BP na całym świecie.

Najmilszą niespodzianką, jaką sprawił nam Tentúgal - i to w koncertowej relacji trzeba podkreślić przede wszystkim - jest natomiast sposób, w jaki przeniósł swój udany debiut na deski festiwalowej sceny. Niejednokrotnie na łamach LTB pastwiliśmy się (i mogę zdradzić, że pastwić się będziemy) nad świetnymi ibero-artystami, którzy wychodząc przed ludzi grzeszą kompleksem i półśrodkami - zestawem, który scenicznie zabija nawet najlepszą muzykę. W przypadku We Trust mieliśmy do czynienia z koncertem z prawdziwego zdarzenia - szerokie, albumowe instrumentarium, sekcja dęta (wizerunkowo jak z Formana, do zjedzenia małą łyżeczką), brak jakiegokolwiek spłaszczania aranżacji, kontakt z widownią. Od rozpoczynającego całość „Within Your Stride” (świetny wybór otwieracza), przez  silnie Pinkowskie „Reasons”* aż do pożegnalnego (nie widniejącego na sfotografowanej przez nas setliście), startującego jak piosenki New Pornographers okresu „Challengers” (niedoceniona płyta!), „Freedom Bound” czuć było radość grania, i pełne zaangażowanie, które pozwoliło wydobyć na powierzchnię melodyjny potencjał materiału. Starczy powiedzieć zresztą, że mimo napiętego planu dnia, to właśnie „Don’t talk to me the way you are, don’t talk to me, don’t talk to me” brzmiało nam w głowach - wśród nocnej ciszy, w festiwalowym autobusie. 

Niezwykle udany koncert, szczerze - jeden z najlepszych występów całej portoskiej Primavery.
Yo La Tengo
W naszej relacji z Barcelony 2009 pisaliśmy:
Muzycznie piękny koncert, może tylko zbyt mało intymny, ale tak to już bywa na scenie Estrella Damm (chociaż ubiegłoroczne Animal Collective zmiotło wszystko i o braku intymności nie mogło być mowy). W każdym razie zobaczenie ich na żywo to świetna sprawa. Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Warto było czekać.
Czekaliśmy więc dalej na bardziej intymne Yo La Tengo.
Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Warto było czekać.

Między innymi na „Sugarcube”, którego nigdy dość. Między innymi na „Pass the Hatchet, I Think I'm Goodkind” - utwór, którego zabrakło na Primaverze 09, otwierający świetne I Am Not Afraid of You and I Will Beat Your Ass i wkopujący się głęboko w pamięć koncertowym ultra-zapętleniem (Wayne Coyne z Flaming Lips nie bez powodu szalał z boku sceny). Między innymi na inną perełkę, której nie usłyszeliśmy trzy lata temu - przesłodkie „Little Eyes”.
Ale przede wszystkim warto było czekać na urzekające „My Little Corner of the World” z gwizdaną partią wykonaną przez członków ekipy technicznej zespołu.
Patrzcie i płaczcie:
Rufus Wainwright
Chairlift
FOTO: Ricardo Almeida (www), Festivais de Verão (Portugal)
Z perspektywy czasu stwierdziliśmy, że niepotrzebnie siedzieliśmy na kocu na Rufusie i słuchaliśmy tych jego przyjemnych numerów. Nie żeby były złe - Wainwright nie schodzi poniżej pewnego poziomu, a przełączenie jego lecącej w radiu piosenki jest działaniem nierozsądnym. Kompozycje Amerykanina (wyznającego między numerami „I’m so tired of you America” i proszącego ewentualnych obecnych krajan, by nie głosowali na Mitta Romney’a) rozleniwiły nas jednak do tego stopnia, że spóźniliśmy się trochę na grających pod namiotem Chairlift.
To już natomiast duże zaniedbanie, bo poszerzony na potrzeby koncertu do rozmiarów kwintetu duet Polachek-Wimberly okazał się najprzyjemniejszą niespodzianką całego festiwalu. „Gdyby ktoś powiedział mi przed Primaverą…” itp. i-te-ble, ale faktem jest, że po autorach bardzo fajnego, lecz naiwnego *numeru z reklamy Apple’a* nie spodziewałem się aż takich cudów. Tymczasem działo się, a portoska prezentacja sprawiła, że wgryzłem się bardziej w ich tegoroczne „Something” i doszedłem do prostego wniosku - to jeden z najlepszych albumów pierwszej połowy 2012 roku. Caroline Polachek imponowała mi już wcześniej - okładką do Journal of Ardency - EPki, którą wybraliśmy najlepszą małą płytą 2010, gościnnym wokalem w najlepszym utworzem Washed Out - „You and I”, czy - niech Wam będzie - wokalnymi zabawami we wspomnianym „Bruises”. To jednak, co pokazuje na żywo każe wymieniać ją na jednym wdechu chociażby ze znakomitym Bat For Lashes. Podobnie zresztą jak w przypadku Natashy Khan, Polachek jest w Chairlift siłą napędową - to ona jest wyrazista, charyzmatyczna, mocna głosowo, naturalna scenicznie i to ona winduje te oparte na kanonach simple pleasures utwory na "już trochę inny poziom". A jest - jak mówią tenisiści - „z czego ciągnąć”. Sidewalk Safari? Jeden z zaczynów roku. I Belong In Your Arms? Wielkie pole do wokalnych popisów. Amanaemonesia? Jeden z najseksowniejszych numerów ostatnich lat. Długo można by opowiadać o tym, jak bardzo sprawdza się to wszystko w środowisku żywym i jak entuzjastyczne przyjęcie zgotowano Chairlift na klubowej scenie. Żeby jednak nie przedłużać wystarczy powiedzieć jedno:
You just can’t beat polish-jewish heritage.
The Flaming Lips
1) Kiedy robiłem dla Offensywy tę telefoniczną relację z Primavery:


finały plejofów NBA 2012 jeszcze się nie zaczęły, ale wiadomo było, że zagra w nich Oklahoma City Thunder - zespół z rodzinnego miasta Flaming Lips, zespół, dla którego Wayne Coyne zmasakrował jedną ze swoich najlepszych piosenek - kosmiczne „Race for the Prize”. Pojawienie się świetnej OKC w finałach ligi nie było może wielkim zaskoczeniem, ale fakt, że tak młoda (zbudowana na gruzach Supersonics), atrakcyjna, nieopierzona ekipa powalczy o mistrzostwo imponował i nakazywał trzymać za nich kciuki.
2) Kiedy piszę tę „papierową” relację na Louder Than Bombs Oklahoma - dość sensacyjnie - przegrywa z Miami Heat 1-3 i w wyjazdowym meczu walczyć będzie o przetrwanie.
3) Kiedy na początku ubiegłego dziesięciolecia poznałem Flaming Lips grupa wydała właśnie bardzo dobry album Yoshimi Battles the Pink Robots z kapitalnym numerem tytułowym. Wcześniej - w 1999 roku - rzutem na taśmę wydała jedną z najlepszych płyt jeszcze wcześniejszej dekady - wspaniałe The Soft Bulletin. I mimo tego, że podopieczni Coyne’a zaczynali swoją karierę w połowie lat 80. nie byli wtedy nudnymi starymi wyjadaczami, i mimo swoich gruzów zachwycali błyskiem nuty.

4) Kiedy piszę tę „papierową” relację na Louder Than Bombs Flaming Lips rozmieniają się na drobne, nagrali irytujące, przekombinowane Embryonic, na scenie torpedują efekciarstwem, stylowo rażą - choćby i zamierzoną - pretensjonalnością.
5) Zawodnicy Oklahomy zapowiedzieli, że w dzisiejszym meczu dadzą z siebie wszystko i biorąc pod uwagę ich grę sezonową należy im ufać.
6) Mimo całego męczącego blichtru, gwiazdorzenia („This is the most beautiful festival of the whole fucking summer!”, „Oh! All the love from Portugal is here!”) i pozy, Flaming Lips nadal mają coś w sobie, a gdy grają „Yoshimi” i fragmenty Bulletin trzeba gał nie mieć, by nie wilgotniały.
1+2+3+4+5+6 = ?
Wilco
Learn adjectives with Wilco!
PS To było nasze trzecie Wilco. Tu jest pierwsze (najlepsze), tu jest drugie. Zbyt wiele się nie zmieniło.
Beach House
Powiem to od razu i będę miał z głowy - koncert Beach House to największy zawód tegorocznej Primavery. Problem z bani nie oznacza jednak kamienia z serca, a ten ciąży przykro, bo chodzi przecież o jeden z najlepszych zespołów XXI wieku.

Bardzo dobrze pamiętam cudowny występ duetu z Baltimore z 2008 roku. Był przyjemny barceloński listopad, a niewielka Sala [2] wypełniona była dość nienachalnie. Zespół promował wtedy Devotion - swój ostatni cichy album przed wypłynięciem na przestwór oceanu. I jeśli miałbym wybrać najbardziej magiczne koncerty, w jakich miałem okazję uczestniczyć, ten kameralny, nieśmiały set znalazłby się z pewnością w ścisłej czołówce zestawienia.
Wbrew podejrzeniom Szanownego Czytelnika nie uważam jednak, by nagrywając Teen Dream zespół się sprzedał, stracił wiarygodność, stał się częścią mało barwnego mainstreamu. Wystarczy zerknąć zresztą na listę naszych ulubionych płyt 2010 - to białe na samym szczycie podium to Beach House. Co więcej - przejście z piwnic na salony, które dokonało się przy pomocy tak świetnych utworów jak „Walk in the Park” czy  „10 Mile Stereo” (miażdżące, także na Primaverze 2010) uznaję za wzorowe, bezbolesne, podręcznikowe.
O co więc chodzi? O fakty i mity. Fakty są takie, że mimo tego, iż Bloom (2012) to dobra płyta, trudno nie zauważyć, że nie wspina się na poziom któregokolwiek z poprzednich wydawnictw Baltimorczyków. Promowanie jej na koncercie jest naturalne, ale okazuje się, że żywość eksponuje tylko jej słabości (gorsze melodie, słabe refreny), a ukrywa zalety (ściskające za serce motywy, np. ten z „The Hours”) spłaszczając jednocześnie i rozwlekając brzmienie. 
Mity głoszą natomiast, że to ich najlepsze dzieło, które sprawia, że dobrze na nich iść, modnie z nimi śpiewać (nieśpiewalny praktycznie z punktu widzenia publiczności, oparty na przeciągnięciu samogłoski refren „Norway”? Proszę bardzo!) i trzeba o nich dobrze mówić.


Po raz pierwszy podczas koncertu Legrand i Scally’ego nie byłem pochłonięty muzyką. Po raz pierwszy miałem prawo do mendzenia. Beach House zrobili krok w złą stronę. Uwielbiam ich nadal i czekam aż wrócą.
M83
FOTO: Filipa Oliveira www (Palco Principal flickr)

A żeby nie nudzić już w opisie tego absolutnie nienudnego dnia napiszę krótko - oni pasują za to do modnego śpiewania i wszechobecności. To jest music for the masses w bardzo dobrym tej frazy znaczeniu. To, czyli żywe granie, bo jeśli chodzi o albumy, to w przypadku Gonzaleza & Co. sprawa jest bardziej skomplikowana, a klimatyczne i jakościowe zróżnicowanie niesłychanie duże.

Na szczęście - podobnie jak w wyżej wywołanym listopadzie 2008 (też Barcelona, Sala Razzmatazz 3) - podejście muzyków M83 do koncertów zbiega się z podejściem Ojgena Polanskiego do futbolówki, lecz tu za słowami idą czyny. „Napierdolić ci?” spytało więc to wymuskane chłopię, a ja nadstawiłem jedynie uszy w oczekiwaniu na przyjemność, która jakże szybko nadeszła.

* co ciekawe - Tentúgal - pracował z Arielem jako reżyser teledysków




Wszystkie zdjęcia i nagrania: Louder Than Bombs (o ile nie zaznaczono inaczej).

Wcześniejsze Primavery:



czwartek, maja 31, 2012

Primavera Sound TV

 

Nasza barcelońska Primavera po raz pierwszy od czterech lat wygląda jak na zdjęciu powyżej, ale to po to, by (nasza) pierwsza portoska Primavera wyglądała inaczej. Już dziś zapowiadamy obszerną relację, a na razie - na przystawkę - polecamy Primavera Sound TV.

PS Ależ oni (Wilco) grają Impossible Germany!

(posted from Blogsy)

 

piątek, czerwca 04, 2010

Primavera Sound 2010 - dzień 2.





PS2010 | POCZTÓWKI | WIDEO | CZWARTEK | PIĄTEK | SOBOTA



Piątek był dniem wyrzeczeń i urzeczeń. Wyrzeczeń, bo co prawda trudne wybory były naszą baguetiną powszednią, ale 28. dzień maja sprawił, że bieganie między scenami przestało być metaforą i nabrało kształtu realnego truchtu. Po takiej rozgrzewce można było spokojnie ubrać się w obcisłe, przypiąć sobie numerek i wystartować w niedzielnym biegu El Corte Ingles. Wypadło Wire, wypadło Japandroids - to, przyznacie, poświęcenia XXL. Urzeczeń natomiast, bo kilka piątkowych koncertów to magia i chęć krzyczenia:



i jak trafnie napisał Britt Daniel (jeden z piątkowych bohaterów): I felt so permanently alive. I saw the light. A że potem, w środku nocy, bardziej odpowiednim stał się cytat z Newmana - You had to send a wrecking crew after me, I can't walk right - to już zupełnie inna sprawa.

OWEN PALLETT - 16:00, scena AUDITORI (ROCKDELUX)


Owen Pallett ; fot.: Christoph!

Taka kolejka do Auditori skojarzyła mi się z mocarnym My Bloody Valentine z Primavery 09, ale występ, który rozpoczął nasz koncertowy dzień to zupełnie inna historia. Owena widzieliśmy już w czwartek podczas genialnego koncertu Broken Social Scene (ej, zobaczcie to zdjęcie, już zacząłem szukać wolnego miejsca na ścianie), ale jako fani Patricka Wolfa sprzed zderzenia z dyskotekową kulą, chcieliśmy zobaczyć jego muzyczny równoleżnik. Mogłoby się wydawać, że Auditori jest za duże na tak miniaturową momentami muzykę, ale ta ogromna przestrzeń nie tłamsiła, a unosiła Pallettowskie piosenki. Najlepiej wypadł chyba materiał z Heartland i bardzo udany cover Odessy Caribou. Pisałem na pocztówce, że skończyło się to wszystko ogromną falą braw, która kilkukrotnie rozpieprzyłaby wskazującą łapę z Od przedszkola do Opola (- A jak tatuś woła na kotka? - Chodź tu, sierściuchu jebany!). I nawet jeśli nie czułem się tak dobrze by wstawać z miejsca, sam dołożyłem trochę klaskanych decybeli. Naprawdę dobry koncert.


wideo: mlibis

HOPE SANDOVAL & THE WARM INVENTIONS - 17:25, scena AUDITORI (ROCKDELUX)

Tylko dwie piosenki przy drzwiach, bo zaraz trzeba było biec na pornoli. Wrażenie pozytywne - głos z Fade Into You słyszany na żywo podkopuje ziemię pod nogami.

THE NEW PORNOGRAPHERS - 18:15, scena SAN MIGUEL


The New Pornographers ; fot.: evitale
[nasz ulubiony Primaverowy set zdjęć /
our favourite Primavera photo set - evitale]


To piosenka o waszym kraju i muzyce techno powiedział AC Newman i The New Pornographers zaczęli swój świetny występ otwierający w piątek główną scenę festiwalu. To nie xx, więc kwestii lidera było znacznie więcej, między innymi taka: Barcelona to moje ulubione miasto na świecie. Nie, nie, zespoły kłamią, ale to szczera prawda. Albo taka: o, jaki ładny widok, co to? i późniejsza dyskusja, czy chodziło o ludzi czy o morze. To morze, które Bradford Cox pomyli w sobotę z oceanem, podczas swojego setu również wychwalając Barcę i Primaverę (to najlepszy festiwal na świecie). OK, wracamy do Pornographers, którzy zaprezentowali się naprawdę świetnie grając set bardzo hiciorski, ze stosunkowo małą ilością utworów z Together (i alleluja). Tak jak w Madrycie pojawili się bez Neko i pornosa-marudy Destroyera, który pewnie nie cieRpi festiwali. Mimo braków kadrowych koncert przemiły i definiujący nazwę imprezy. Podobno w każdej sekundzie średnio ponad 28 tysięcy internautów na całym świecie ogląda materiały pornograficzne w internecie. Obejrzyjcie i Wy.


wideo: louder than bombs

BEST COAST - 19:15, scena PITCHFORK


Best Coast ; fot.: scannerfm

Muzyka Bethany Cosentino pachnie mleczkiem do opalania, jej tegoroczna EPka powinna być przepisywana w przypadku niedoboru jodu, a uzdrowiska powinny nazywać muszle koncertowe jej imieniem. Poza tym, dzięki tej sympatycznej dziewczynie mignęliśmy na Pitchforku, czym wyczerpaliśmy zapotrzebowanie na lans co najmniej do końca roku i możemy spokojnie snuć się po mieście w ciemnych dziadach i bez ray-banów na nosie. Świetny, orzeźwiający występ i serio, w przypadku jakiejkolwiek klimatycznej depresji, zamiast Zabłockiej solanki termalnej wybierzcie Kalifornijską piosenkarkę kapitalną.


wideo: louder than bombs

SPOON - 20:20, scena SAN MIGUEL


Spoon ; fot.: louder than bombs

Cóż za dziwna setlista, czyżby doradzał im Steven Patrick? Chyba jednak nie, bo ten koncert tylko częściowo odzwierciedlał Mozz-filozofię - graj to, czego nie lubią. W przeciwieństwie do bardzo przebojowego zestawu The New Pornographers występ Spoon nie przymilał się, nie łasił i zamiast płynąć, wytrącał z muzycznej równowagi. Niby pojawiało się dużo utworów koncertowo zdatnych, a The Ghost Of You Lingers zawsze wymiata, ale czy kompozycyjnie zestawiony z utworami raczej szorstkimi nie prowadzi do małego zatoru? Żeby nie było - to naprawdę był dobry koncert, ale to chyba kwestia tego, że Spoon po prostu nie grają innych. Rzecz w tym, że za co innego nachwalić się ich nie mogliśmy. Niefestiwalowy, niechlujny, drapiący występ do dłuższego przetrawienia.

PS A, brak Bradforda oczywiście nie pomagał.


wideo: louder than bombs

BEACH HOUSE - 21:40, scena ATP


Beach House ; fot.: louder than bombs

Aaaa, to tak to wygląda. To takie emocje towarzyszą oglądaniu koncertu zespołu, który czarował i podobał się (bardzo!) już wcześniej (Barcelona, sala [2]), a teraz gra triumfalną trasę po najlepszej płycie w swojej karierze. Obcowanie na żywo z narodzinami i wzrostem czegoś gigantycznego sprawia, że zamiast pisać jakąkolwiek relację możemy sobie równie dobrze posolić ubranie. Jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem, hypersensitive dream pop zagrany i ułożony perfekcyjnie, od początku do końca na najwyższych rejestrach emocji, z abstrakcyjnie wręcz cudowną końcówką w postaci 10 Mile Stereo. Teen dream, one soul, one prize, one goal, one golden glance of what should be. To bez wątpienia był rodzaj magii.


wideo: louder than bombs

WILCO - 22:30, scena SAN MIGUEL


Wilco ; fot.: evitale
[nasz ulubiony Primaverowy set zdjęć /
our favourite Primavera photo set - evitale]


Po genialnym Beach House i po wspomnieniach madryckich uniesień poprzeczka dla Wilco była zawieszona na poziomie dobrego dnia Isinbajewej. A tu duża scena, rozprężona atmosfera, gastro-wycieczki festiwalowiczów i średnie (to chyba jedyny taki przypadek w tym roku) nagłośnienie. Mimo tego, w pewnym sensie, Wilco obronili się swoim solidnym materiałem, no bo jak tu się nie wzruszyć przy Jesus Etc. albo siedzieć cicho przy Shot in the Arm. Koncert oglądany z boku i przy fali pierwszego zmęczenia. Trudno oceniać.

PANDA BEAR - 23:00, scena VICE


Panda Bear ; fot.: louder than bombs

Pierwsza wizyta na scenie VICE i pierwsze rozczarowanie tegorocznej Primavery. To nie tak, że jeśli ludzie nie usłyszą Jak pory roku Vivaldiego zmienia się światło to światło zmienia im się na czerwone i wychodzą. Rączki były umyte, zepsute wizualizacje olane i zaraz miał się zacząć świetny koncert. Tymczasem, zamiast wyważonych bram muzycznej percepcji otrzymaliśmy uchylone drzwi do laboratorium, w którym Lennox bawił się nowym materiałem na etapie probówek i eksperymentów. Radość podczas przepięknego Ponytail nie wynikała więc tylko z wyświechtanej mamoniowskiej teorii piosenki, ale przede wszystkim z tego, że w końcu pojawiła się kompozycja udana - poruszająca i porywająca. Dziwny, hermetyczny koncert, który pozostawił mnie z niedosytem i wątpliwościami dotyczącymi nowego materiału wielkiego muzyka.


wideo: louder than bombs

PIXIES - 01:15, scena SAN MIGUEL


Pixies ; fot.: feticeira_org

Jak mówił pewien sfrustrowany polonista i nie PIknikowy nastrój, tylko pikniKOwy nastrój. I właśnie kwesta piknikowej atmosfery i rozłożenia akcentów uszczknęła wielkości temu występowi. Z Pixies na Primaverze było trochę jak z U2 w Chorzowie. Niby potężnie i mocarnie, ale trochę stadionowo i bezdusznie. Niby koncert-siłacz, a ciężko powiedzieć żeby jak żur smakował mi. Ten przekrojowy set - to dopiero była historia muzyki, ale emocje instant ulatywały rozpuszczone w wielkim tłumie.


wideo: stoptheroc

YEASAYER - 02:30, scena VICE

A na koniec duży zawód nr 2. Zamiast oczekiwanej energetyzującej biby otrzymaliśmy koncert napuszony i zmanierowany. Zamiast zapasów muzycznego farszu, sporo muzycznego fałszu. Ślepa uliczka na mapie prawdziwych muzycznych emocji i po dobrej płycie zmiana mojego nastawienia z yeasayera na człowieka raczej kręcącego nosem. Słabe show na koniec znakomitego dnia.

sobota, maja 29, 2010

PS10 - pocztówka nr 3



Pierwszy dzień PS10 (znany jako 'świetny czwartek') zakończył się bardzo surrealistycznie - chóralnym wykonaniem Juxtaposed With U przez niektórych członków okropnie zatłoczonego autobusu. Piątek, który też już za nami, to chyba najbardziej nafaszerowany bakaliami dzień w historii tego festiwalu, a bakalie, jak to bakalie, rozkładają się równo lub nie. Siatka godzinowa gęstniała wczoraj w oczach wymuszając nieprzyjemne wybory. Jednym słowem tragedia antyczna ery facebooka albo tweetujący Hamlet. Być na Japandroids czy nie być - oto jest głupie pytanie, ale co jeśli częstotliwość tego typu pytań wzrasta do poziomu większego niż jedno na godzinę? Trzeba wybierać, ale mimo wspomnianych dylematów mogę z pewnością stwierdzić - to jeden z trzech najlepszych dni w całej naszej historii z Primaverą.


Pallett gra Odessę (niestety kolejka długa - odległość duża - jakość słaba)

Zaczęło się od Owena Palletta, któremu publiczność wypakowanego po sufit Auditori zgotowała owacje na stojąco. Chyba słusznie, bo Pallett wykonał set uroczy i, hm, podniosły, ale bez momentu nadęcia czy zbędnej pompy. No i (podobno po raz pierwszy) scoverował świetnego singla Caribou. Potem lekka obsuwa i Hope Sandoval (czasu starczyło na dwie piosenki), a później świeżo wyciśnięty sok z The New Pornographers (bardzo zwarty, soczysty, przebojowy zestaw). Sun było nadal high (a I był na muzycznym haju), gdy przebiegliśmy w kierunku sceny Pitchfork by zobaczyć część bardzo dobrego występu Best Coast. Dalej kolejna głowa programu, czyli Spoon i ich dziwny koncert (mistrzyni suspensu Mary Higgins Clark zaprasza na dokładną relację pofestiwalową).


Beach House

Ściemniało się i chmurzyło nad sceną ATP, na którą weszli Beach House i zgodnie z oczekiwaniami i nadziejami zagrali jeden z najpiękniejszych koncertów jakie dane mi było widzieć (jak to mówiła pani lat 50-60 po Pet Shop Boys na Summer of Music - no, to już na trzech koncertach byłam). Więcej o tym cudzie za niecały tydzień (oszybydeszczdzwoni).


Beach House - Walk In The Park

Co potem? Średnio nagłośnione Wilco z atmosferą raczej niesprzyjającą, ale nie bez pięknych momentów (opiszemy). No i chwilę później szczyty tragedii wyborów - brak Wire (nieeee!) i Japandroids (słyszeliśmy tylko Wet Hair). Szczęśliwym trafem Les Savy Fav grali akurat Yawn Yawn Yawn, kiedy my zdążaliśmy wśród krzaczorów na scenę Vice gdzie zawiódł niestety Panda Bear. Monotonnym, okołoTombojowym chyba, materiałem sprawił jedyną sporą przykra niespodziankę tego dnia. Nie było strasznie, było średnio (oprócz pięknego Ponytail i kilku przebłysków), ale no średnio na Pandzie, taaato!


Pixnik

Na sam koniec piknikowe Pixies z gigantyczną frekwencją i zadziwiająco dobrą formą Blacka (też opiszemy) oraz kolonijno-orientalny pop Yeasayera, który na żywo okazał się niestety kolejnym rozczarowaniem tego dnia. Poniżej lista klipów z czwartku i piątku, wszystko powoli się wgrywa i na relację będzie gotowe. Tymczasem śniadanie wzywa i queso curado ku radości swej spożywać będę amen.

poniedziałek, maja 17, 2010

Wideo dnia #086



Automaty na strych, ludzie witają ponownie. Bóstwo pogody na haju miesza wschód z zachodem i Suwałki stają się polską stolicą ciepła. My przeskakujemy zagrożone kaprysami bezwzględnej ramówki Tortoise i przechodzimy do kolejnego zespołu. Gdy na dworze mokro, szaro, ślisko, Wilco.



PS10 - 18 - Wilco

środa, grudnia 12, 2007

PODSUMOWANIE 2007 - miejsca 20-11








21. (ex aequo) 17 Caribou – Andorra (yoko: 19, slejw: 26)

W She's The One wokalnie udziela się Jeremy Greenspan. No no... Ale to nie (tylko) dlatego Andorra znalazła się w naszym podsumowaniu. To album, który pod postacią świetnych utworów podaje sterylność i przytulność w idealnych proporcjach. Kolejny kandydat do pójścia w górę podczas re-rankingu w 'Musztardzie po obiedzie'.




19. 20 Super Furry Animals Hey Venus! (yoko: 15, slejw: 27)

Yoko pisała już o fajności SFA, zresztą siedząc w muzycznym świecie ciężko nie zauważyć miodności, która otacza wszystkie ich płyty. Hey Venus! bardzo rzadko zbliża się choćby w okolice mojego ulubionego Rings Around The World, ale wciąż są to dobre, bardzo dobre i świetne PIOSENKI. PIOSENKI s ą ważne.




18. 23 Nosowska – UniSexBlues (yoko: 21, slejw: 18)

Pierwsza polska płyta w zestawieniu, zdecydowanie najlepszy album w solowej dyskografii Katarzyny Nosowskiej. Świetnie zaaranżowany, kapitalnie przetwarzany na koncertach, naszpikowany rewelacyjnymi tekstami (ale to już norma, tak w Polsce pisze jeszcze tylko Lech Janerka). Brawo.




17. 27 Wilco – Sky Blue Sky (yoko: 23, slejw: 12)

Kolejna piękna okładka i najprostszy chyba album w zestawieniu. Jak to brzmi na żywo mogliście już u nas przeczytać. Wersja studyjna to mniej energii, ale niezwykły kunszt i elegancja grania + proste utwory, z którymi strasznie łatwo się zaprzyjaźnić. "Sing me a song"... o to chodzi.




16. 28 Muchy – Terroromans (yoko: 17, slejw: 17)

Świetna polska płyta - to pojęcie powoli przestaje być abstraktem, świętym nigdym, przesadą. O debiucie Much pisaliśmy już i tu i tu, cóż więc dodać? W piątek będę miał okazję przekonać się jak materiał z Terroromansu brzmi na żywo (zespół widziałem na koncercie raz, było nieźle). Dam znać.




15. 32 Bloc Party - A Weekend In The City (yoko: 14, slejw: 16)

A Weekend In The City to spora zmiana. Silent Alarm był zbiorem potencjalnych singli, piosenek jawnie niewyżytych i rozsierdzonych, jednym z najbardziej energetycznych wydarzeń na rockowej scenie w ostatnich latach. Album nr 2 jest inny. Obiektywnie nie tak dobry, ale posiadający m.in. popowo idealny I Still Remember, barokową James-Bond-song (to cytat z Kele Okereke), czyli otwierający całość Song For Clay (Disappear Here) czy chociażby Kreuzberg zamykający esencję Berlina w 5 minutach z kawałkiem.




14. 33 LCD Soundsystem - Sound Of Silver (yoko: 16, slejw: 13)

A to kolejna świetna płyta LCD Soundsystem. Panie Murphy, szacun - All My Friends czy Us vs Them wymiatają po całości i KAŻĄ tańczyć, a Someone Great (trochę autobiografizmu, co?) porusza jak najbardziej wzruszające ballady-na-akustyku w historii. Już widzę, że to trochę wstyd, że Sound Of Silver poza pierwszą dziesiątką. Ale, panie Murphy, proszę się nie martwić. Time is on your side.




13. 37 The National – Boxer (yoko: 10, slejw: 15)

Niezwykle piękna płyta, która czasem ugina się pod ciężarem kompozycyjnej niemocy, ale (miejscami) wciąż pozostaje jedną z najśliczniejszych rzeczy jakie ostatnio słyszałem. Gęsta, ciemna, ale ani ostra ani mroczna. Oprócz tego Sufjan Stevens w utworze Ada, świetne teksty (polecam sprawdzić, np. Slow Show czy Apartment Story) i kolejna okładka do szuflady z napisem "te najlepsze".




12. 40 Modest Mouse - We Were Dead Before The Ship Even Sank (yoko: 13. slejw: 9)

John Martin Maher (bo tak naprawdę nazywa się Marr) wiedział co robi zasilając szeregi Modest Mouse. To obecnie jeden z najsilniejszych dźwiękowych kolektywów. Ciężko jest nagrywać płyty po stworzeniu takich dzieł jak Moon And Antarctica czy Good News For People Who Love Bad News, ale MM nie wydają się być speszeni. Stąd mnóstwo świetnych numerów (z singlowym Dashboard) na czele + urzekające, sorbetowe piosenki jak Little Motel czy Fire It Up.




11. (ex aequo) 43 Maximo Park - Our Earthly Pleasures (yoko: 11, slejw: 8)

Ich koncert był jednym z jaśniejszych punktów warszawskiego Summer of Music, ich debiut jest kapitalny, a pojęcia "problem drugiej płyty" w słowniku zespołu nie znajdziemy. Trzeba powiedzieć to jasno i głośno: Paul Smith to jeden z najznakomitszych młodych tekściarzy, a soczystymi kompozycjami zespół sypie jak z rękawa. Dodatkowe plusy za rozkładający na łopatki Nosebleed, wdzięk i "Thanks for listening to this music - it's yours" w książeczce. To my dziękujemy.



Tak kończy się druga część naszego podsumowania. W trzeciej pierwsza dziesiątka i kometarze moje i yoko przy każdym tytule. Zapraszamy.

wtorek, listopada 13, 2007

live!

Hej.

Zamiast objadać się tabletkami trzeba było od razu pojechać na te dwa madryckie koncerty, o których zaraz. 'Hiszpańska publiczność' to synonim słowa 'wymiatać'. Nie dość, że (w większości, zdarzały się oczywiście małe wyjątki) dens nie polega tu na rozbryzgiwaniu piwa i waleniu łokciami w sąsiadów (zaleciało Juwenaliami, co?), to jeszcze ludzie znają i śpiewają teksty. A niektórzy, uwaga, tylko śpiewają (naśladując dźwięki i tworząc na potrzeby koncertu własny anglo-podobny język). Ważny jest efekt - miażdzący.

INTERPOL - 8.11.2007 - La Riviera


fragment zagranej na bis Stelli

setlista

Pioneer To The Falls
Obstacle 1
NARC
C'mere
The Scale
Say Hello To The Angels
Mammoth
No I In Threesome
Slow Hands
Rest My Chemistry
The Lighthouse
Evil
The Heinrich Maneuver
Not Even Jail
***
Hands Away
Stella Was A Diver And She Was Always Down
PDA



Zaczęło się od świetnego występu Blonde Redhead. Koszmarne nagłośnienie zostało wynagrodzone przez sceniczne zachowanie Kazu Makino (to trzeba zobaczyć) i niezwykły oniryczny nastrój krótkiego setu. Potem niezbyt długa przerwa i na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru.



Tu trzeba wyjaśnić sobie jedną sprawę. Zaczęło się od Pioneer, podczas całego występu muzycy zagrali 7 piosenek z nowego albumu. Płyty, jak się okazuje, stworzonej by ją grać na żywo. Wiem, że tworzenie zjebek (przyczepiło się do mnie to słowo od czasu lektury "Na krawędzi" dawno temu, sorry) i pozycja muzycznego znawcy (rozkminiającego co jest skąd zerżnięte i dlaczego) to fajna zabawa, ale muzyka obroni się też przed masową mądralokrytyką. Our Love To Admire triumfuje na scenie, chociaż nie wskazywały na to YouTube'owe przecieki (No I... w jakimś amerykańskim programie kazało się bać). Ale koniec tej bełkotliwej obrony Interpolu nr 3. Nevermind. Do rzeczy.

Po pierwsze, jak mówiłem - wszyscy uczestniczą. Niesamowite musi być czuć na sobie głos 2500 ludzi (tyle mieści La Riviera) śpiewających twoją piosenkę. Uhh... Po drugie - poczucie spełnienia po The Lighthouse, bo strasznie chcieliśmy usłyszeć to na żywo. Warto było czekać - punkt G closera OLTA strzela w publiczność mlecznym światłem i przepala nerwy. Boskość się wdziera do dyskotekowego klubu z palmami.
Po trzecie - zapasy, które zgromadziliśmy na dwóch koncertach w Berlinie. Pewnie, gdyby nie one, byłoby nam strasznie żal, że nie usłyszeliśmy Leifa Eriksona (którego podobno czasem grają na tej trasie) czy Specialist. A tak... :-)

Orgazmicznie, bardzo dobrze muzycznie, Kessler szaleje, Carlos (poimo naszego rozpaczliwego apelu) nie 'zgolił wąsa', Banks jednak wokalnie bardzo daje radę, Fogarino tłucze aż miło a klawiszowiec ma kapelusz. Jakby to powiedziała Pani Serwusowa: "Jak dla mnie bomba".

WILCO - 9.11.2007 - La Riviera

Najpierw support - zespół The Sunday Drivers z Toledo. Przesympatycznie grający - cukier w kostkach, drink z parasolką, lato miłości zimą. Posłuchajcie sobie, myślę że warto.

A później...


Jesus Etc.

Np. Hummingbird z wyśpiewanym w całości refrenem:

Remember to remember me
Standing still in your past
Floating fast like a hummingbird
.

Albo niebieskie, kończące zasadniczy set On and On and On ze Sky Blue Sky (tytułowy utwór też wypadł pięknie).

No a Jesus Etc. właśnie? A kapitalne Shot in the Arm (tak bardzo na to czekałem po przesłuchaniu Kicking Television)? A mnóstwo improwizacji łącznie z zasugerowanym przez publiczność "Ole, ole, ole, ole!"? ;-)

No.

Ale generalnie to:

Radość grania.
RADOŚĆ GRANIA.

RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.
RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.
RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.RADOŚĆ GRANIA.

Właśnie. RADOŚĆ GRANIA.



To tyle na razie. Do kontaktu :-)

Aha, coś fajnego znalazłem dziś: