Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aff. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, listopada 21, 2011

2. American Film Festival - relacja




Wczoraj dobiegła końca druga edycja American Film Festival – imprezy prezentującej świetne, niezależne kino, filmy drążące, niepokojące, zachwycające, inne i wymagające.

Wczoraj dobiegła końca druga edycja American Film Festival – imprezy prezentującej słabe, drażniące, pseudo–zabawne i pseudo–ambitne filmy dla osób, które chcą poczuć się lepiej.

Oba zdania są niepotrzebne, a "niepotrzebne" trzeba jak wiadomo "skreślić". Przed Wami kilka słów wyrażających odczucie, że druga opinia – na szczęście już dziś bardziej pokreślona – powinna całkowicie zniknąć z festiwalowego blankietu.

PFF, czyli organizacja

Dwójka z przodu nazwy wrocławskiego festiwalu może być myląca. Grzechy, które wybaczamy (lub nie – przyp. nielub. dzieci autor) dwulatkowi nie powinny uchodzić na sucho nastolatkowi, a wiek Gutkowego AFF–u bez wątpienia należy podbić wiekiem jego Nowych Horyzontów. Horyzonty – jedna z przyjemniejszych, potrzebniejszych i ważniejszych imprez kulturalnych w Polsce – zmieniały się przechodząc od kazimiersko–cieszyńskiej tradycji festiwalu klubowego, polowego, harcerskiego do tradycji nowoczesnej, popartej potężnym branżowym zapleczem i nawiązującej do trendów, które (upraszczając) nazwać można zachodnimi. Jako jeden ze zwolenników dorastania festiwalu nigdy nie marudziłem (czytaj: nie mumblowałem), że kino za duże, system rezerwacji  niestabilny i wymagający treningu na sieciowych grach zręcznościowych, a sponsorzy (grzejący się w niezależnym ciepełku) zbyt nachalni. Jeśli jednak zaciskamy zęby i nabieramy w usta paczkę krówek, liczymy na profity dla wygodnickich. AFF stawia natomiast na tarę, na zgodność odważników między imprezą małą i młodą a rozwiniętą i wspieraną przez starszego brata. Mamy więc brak sieci w kinie Helios (T–mobile, sponsor NH, jest tu nieobecny), słabe, niechlujne, a często po prostu złe tłumaczenia (skrajne przypadki w "Coś ryzykownego"), problemy z komunikacją i chybiony system odbierania darmowych papierowych wejściówek wydawanych rano karnetowiczom przez 3–4 osoby, które nie mogą wydrukować biletów dla kogoś, kto nie ma możliwości spędzania poranków w pozawijanej kolejce. Uwierz, AFF–ie, jeśli zabraliśmy komuś jego karnet (i dowód!) i trzymamy go na Fritzla z ziemniakami, to nie przyjdzie on do kina i nie będzie chciał pobrać kolejnych świstków. Product managerowie i account administratorzy niepotrzebnie grają więc w grę w awizo spopularyzowaną przez Pocztę Polską. Nie na tym ta impreza polega.

Kwestia multipleksowego (choć oswojonego już i wpasowanego) Heliosa, który stał się gospodarzem NH i AFF to zagadnienie osobne, związane z zakulisową kłótnią Gutek Film i Odry – instytucji zarządzającej Dolnośląskim Centrum Filmowym. Fakt, że kino (częściowo) studyjne żre się z (częściowo) studyjnie nastawionym dystrybutorem jest (częściowo) przykry, (częściowo) śmieszny. Częścią cierpiącą na całym zamieszaniu są oczywiście widzowie, którzy jednak – na pocieszenie – dostali w tym roku większy filmowy wybór.

4x1



Pierwszym widocznym plusem AFF–u wydaje się bowiem poszerzenie i polepszenie oferty programowej. Retrospektywy czterech różnych twórców to pomysł dobry, ale wymagający dopracowania. Wielki Wilder powinien być bardziej kompletny i poparty serią poważnych prelekcji. Umówmy się – jego filmy (szczególnie znane hity tworzące rdzeń przeglądu) albo już się widziało albo zobaczy się bez problemu gdzie indziej. Trzeba grać więc dobrymi taśmami i kompetentnym opracowaniem, pełną osią i kontekstowym omówieniem. Nie można puszczać Straconego weekendu ze starej, zgranej wersji z wybrakowanymi wtopionymi polskimi napisami, które zabijają tak istotny dla twórczości mistrza cięty dowcip słowny. Nie można sprawy opisu twórczości opierać na zblokowanym ilością wyrazów w kolumnie tekście w tygodniku i katalogu. Podobnie sytuacja wygląda z cyklem filmów o jazzie i pokazami specjalnymi – tu też plusy za pomysł, minusy organizacyjne, bo wszystko bez omówienia, dość przypadkowe, z jednym tylko mocniejszym punktem – Generałem Bustera Keatona z żywą muzyką (jak zawsze) zręcznego i czującego kino tapera Marcina Pukaluka.

Kolejną wątpliwą inicjatywą jest związana z kolejna retrospektywą Indie Star Award – nagroda dla... No właśnie – dla twórcy w miarę niezależnego, w miarę jednak kojarzonego i takiego, który zdecyduje osobiście pojawić się we Wrocławiu. System lojalnościowy – wymiana podróży do średniej wielkości kraju w Europie za egzotyczne odznaczeni – raczej się nie sprawdzi, a w zasadzie nie sprawdził się już dziś. Niezwykle słabym Czarnym koniem Todd Solondz zasłużył na przemilczenie, nie przegadanie. Dobrze, że reżyser nie podróżuje klasą ekonomiczną (to oficjalny powód jego nieobecności na ceremonii otwarcia), zawsze mógłby się przecież przysiąść i opowiedzieć równie nieudaną historię.

Prześwietlany numer trzy to zwycięzca  z Cannes – Terrence Malick, którego filmy oblatują anteny stacji telewizyjnych zbierając dużo gwiazdek w dodatku do Wyborczej i proporcjonalnie mało widzów przed ekranami. Pomysł podsumowania kariery Malicka można jednak zaliczyć do udanych i "ometkować" jako trzymanie ręki na pulsie wydarzeń świata filmu. Podobnie należy oceniać pełny przegląd twórczości Joe Swanberga – filmowca, który na Nowych Horyzontach mógłby (jako kolejny modny) wypakować sale, a który na AFF spotyka się z odbiorem niszowo–polskim, nie amerykańskim.

Buszowanie po dockach



Wspomnieliśmy o pączkujących retrospektywach, ale skupić musimy się na sekcjach sztandarowych, prezentujących świeżą, dopiero co skreśloną mapę niezależnego (czy może lepiej – mniej zależnego) kina amerykańskiego. Na pochwałę zasługuje na pewno dobór dokumentów – zróżnicowanych tematycznie, formalnie i jakościowo i rzucających świadomość widza w odległe od siebie miejsca. Proponujących wgląd nie tylko w już interesujące światy (Z pierwszej strony. Rok w „New York Timesie”, Coś ryzykownego, American Grindhouse), ale także wydobywających (Marwencoll) lub kreujących (Sum) nowe, filmowo dziewicze – bo nietknięte twórczym (!) okiem kamery – rzeczywistości. Nawet jeśli nie mieliśmy w tym roku filmu, którego siła uderzeniowa byłaby porównywalna z tą rozsadzającą ubiegłorocznego laureata (Dwóch świetnych Escobarów), nie mamy powodów do gosh–ów i heck–ów. Owszem, wiele tytułów aż prosi się o bardziej oryginalną edycję, ale tak naprawdę ciężko tu o rewolucję. "Nowy", dokumentalny elementarz nakazujący najazdy z góry na satelitarne mapy, gry animacyjne, ilustrowanie wydarzeń fragmentami filmów (często starych lub animowanych), podkreślanie, wycinanie i mieszanie obrazów powoli się przejada, ale z drugiej strony nadal stanowi tę o wiele ciekawszą od podpisowo–gablotowej matrycę.

Dwa wyjścia i mocna dwójka – konkurs fabularny

Praca widza konkursu wspomnianych już Nowych Horyzontów to robota odkrywkowa, przekopy przez filmy szokująco złe, przytłaczające, formalnie zmasakrowane, filmy, o których potem można usłyszeć: "Wyszłam z niego dwa razy!" Dotychczasowe edycje festiwalu pokazały jednak, że górniczy trud okazuje się opłacalny, bo gdzieś na dnie kryją się filmy, o których nie zapominamy wlepiając im na IMDb dobre 6/10 i wywalając ze świadomości na zawsze.

Pełniąca Obowiązki konkursu na AFF – sekcja Spectrum – zmusza nas niestety do pracy przy biurku – teoretycznie mniej niebezpiecznej, ale za to nie oferującej najczęściej ani wielkich emocji ani ukrytych skarbów. Rozpiętość nowohoryzontowych ocen to często szczyty amplitudy, poziom fabularnych propozycji amerykańskiego festiwalu to niższa klasa średnia i podsłyszane po jednym z seansów "mocne dwójki" (w festiwalowej skali 1–6). Kiepskie, nudne, często irytujące obrazy błąkają się po salach wywołując śmiech, który wydają z siebie trzewia popcornowe, zadowolone z siebie, że zrozumiały "ambitniejszy" gag. Nie o snobizm i stratyfikację idzie, ale o inną widownię i sposób podchodzenia do niej prezentowany przez organizatorów. To przed nimi stoją bowiem ważne decyzje i dążenia. Dążenia bądź do równania do bzdetnej średniej, niezależnej bardziej od śmiesznych żartów i dobrych scenariuszy niż dużych pieniędzy bądź do dosłownego i przenośnego odkrywania Ameryki. Decyzje odważne i słuszne lub asekuranckie, a w związku z tym sankcjonujące chociażby zwycięstwo konkursu przez bardzo słabe Gdziekolwiek dzisiaj czy zalewanie ekranów pseudo–pastiszami, w których reżyser zamiast powiedzieć nam, że też bawi go jakaś konwencja (i zaoszczędzić nam dwóch godzin mąk) nieustannie puszcza do nas oko i śmiejąc się ze swoich dowcipów pyta: "Ale rozumiemy się, prawda?"

Personal highlights



Tak to już jest, że najbardziej krytyczni jesteśmy wobec najbliższych. Ta myśl, którą z powodzeniem rzucić mógłby któryś z bohaterów średniego Spectrum ma usprawiedliwić nieco powyższą litanię narzekań. Bo AFF to mimo wszystko festiwal dobry, rokujący i potrzebny. Oprócz chwalonych dokumentów jego druga edycja przyniosła kilka świetnych filmów, które bezsprzecznie stanowią jedne z najciekawszych obrazów światowego kina 2010/2011. Zobaczyliśmy między innymi patetyczne, ale mocne Z dystansu Tony'ego Kaye'a – (w końcu!) udane (bolesne) łamanie (kołem) konwencji "kina nauczycielskiego", film–kolaż, u którego podstaw leży udręka, rozpad i "Zagłada domu Usherów" Poego, nie piekielna acz bohaterska, podbita sekcją smyczków droga do resocjalizacji. Rozbawił nas nowy Kevin Smith, który w nietypowym dla siebie Czerwonym stanie bierze na warsztat kliszową tematykę amerykańskiego fanatyzmu religii i władzy i formuje ją nie w sensacyjny moralitet, ale w soczystą, zabawną, opartą na tłustych dialogach akcję. Coś do zachowania w pamięci znalazło się też w momentami drażniącym, ale pięknie sfilmowanym Jess + Moss – obrazie, który nie będzie nowym "Pożegnaniem Falkenberg", ale który w rozmarzony sposób (vide: przede wszystkim dream pop, np. spod znaku M83) rozwija przed nami taśmy analogowej pamięci. Podobne częściowe wyróżnienie to Septien – ziarnisty, deszczowy obraz, ciekawy także postaciowo i aktorsko.

A mistrz i grand prix? Cóż, jeśli Wilder jest poza konkursem, to – bez większych wątpliwości – Conrad Jackson, Parker Croft i Emilia Zoryan, czyli Do rana – film poruszający prostymi falami emocji, a więc osiągający cel, który spalał mu nieudolnych konkurentów. To właśnie "Falling Overnight" nie spadł z liny balansu między pięknem a kiczem, naturalnym aktorstwem a "naturalnym aktorstwem", prostym pomysłem a banałem. To tu, niczym w "Między słowami" Coppoli czuliśmy, że "jeszcze słowo!" a konstrukcja runie, a jednocześnie podskórnie wyczuwaliśmy komfort, że nic złego stać się nie może, bo film tworzą "nasi ludzie".

Granica między subtelnym wzruszeniem a mdłym ciepełkiem może być jeszcze cieńsza niż między wybitnym odkryciem a grafomańskim eksperymentem. Z pełną świadomością godzę się więc na ciszę cyrku i samotne spacery na linie, bo nawet upadek na złą stronę gwarantuje obcowanie z granicą, z czymś dobrym, świeżym i pociągającym. Idź tą drogą AFF–ie i nie wjeżdżaj w nudny  g ł ą b  kraju.

__

Lista filmów, które obejrzeliśmy w ramach festiwalu (obejmuje zarówno tytuły, które widzieliśmy po raz pierwszy, jak i powtórki, nie zawiera natomiast programowych filmów, które widzieliśmy poza festiwalem): Czarny koń, Damsels in Distress, Blue Valentine, Czerwony stan, Jack Goes Boating, Z dystansu, Generał, Do rana, Gdziekolwiek dzisiaj, Jess + Moss, Septien, Talerz i łyżka, American Grindhouse, Coś ryzykownego, Dragonslayer, Marwencol, Nawiedzeni: Prawdziwa historia liczących karty chrześcijan, Sum, Tabloid, Z pierwszej strony: Rok w „New York Timesie”, Alexander the Last, Caitlin gra Caitlin, Podwójne ubezpieczenie, Stracony weekend, Garsoniera, Śpiewak jazzbandu.

O pierwszym AFF-ie czytaj tutaj.

wtorek, października 26, 2010

1. American Film Festival - relacja



- I never bothered you. You want to kill me. I devoted my life to you. To movies. To music. To theater. I'm 17 years old. I like sex. I like to turn people on. And that's what the theater is: sex. It's like getting laid.
- Um, what did you do to her?

Opening Night


I skończył się nam niestety festiwal, a wielka szkoda, bo już zaczynały się objawy zbliżone do tych nowohoryzontowych - reżyserowanie we śnie, filmy na jawie, masowe squatowanie kinowych przestrzeni. Czy impreza się udała? Noo raczej! Grupa uczniów, która przybyła do Heliosa na "ej, co jest, Piranię 3D!" nie potwierdzi tej tezy, ale jak powiedział pewien bardzo prosty bohater filmu Cassavetesa: "prości ludzie to zakała tego świata!"

A poniżej kilka słów o każdej z festiwalowych sekcji, zaraz potem jedziemy chronologicznie.

HIGHLIGHTS i POKAZY SPECJALNE - teoretycznie największe hity, duże sale, pocieszenie dla niepocieszonych, odartych na 5 dni z centralnie położonego multipleksu,
SPECTRUM - duże nadzieje i spore rozczarowanie, przegląd filmów w większości średnich + zasłużone zwycięstwo dobrego Winter's Bone i dwie szokujące porażki,
AMERICAN DOCS - rewelacja, najlepsza sekcja festiwalu, filmy fascynujące, świetnie zrobione, porywające bardziej niż większość filmografii pięknej,
ON THE EDGE - dla hardkorów z Nowych Horyzontów i na odtrutkę po wspomnianych dennych momentach Spectrum,
DEKADA NIEZALEŻNYCH - nadrabianie zaległości,
ZAGRAJ TO JESZCZE RAZ, SAM - klasyka wielkoformatowa na wielkim ekranie, kino elementarne,
JOHN CASSAVETES - filmy często niesłychanie drażniące, dziwne, czasem fantastyczne, zawsze spite i spalone.

ŚRODA - 20.10



OBYWATEL KANE 10/10

26 lat, 25 + 1. Tyle lat miał Orson Welles w 1941. - roku powstania Obywatela Kane'a - filmu totalnego. Jedno Wam powiem: Rosebud.

WYTRYCH 5/10

Zupełnie niezrozumiała nagroda Next na ostatnim Sundance. Komedia romantyczna, która ani razu nie osuwa się w żenadę, ale bawi niezauważalnie nieprzerywając snu.

BLANK CITY 9/10

Świetny dokument o punkowym kinie nowojorskim późnych lat 70. Pożyczane i kradzione super ósemki, opowieści Jima Jarmuscha o supportowaniu przez jego Del-Byzanteens m.in. New Order + na marginesie, a mimo to przede wszystkim - genialni Television i Talking Heads na scenie CBGB's.



KOBIETA POD PRESJĄ 5/10

Pierwszy film Cassavetesa, który widzieliśmy. Porucznikowi Colombo oko lata między męczącą pracą a jeszcze bardziej męczącą, psychicznie chorą żoną. Niewątpliwie jeden z najbardziej irytujących obrazów jakie pamiętam, z masą szaleństwa, napięcia niezamierzonego komizmu. Podobno wielkie dzieło, z którym jednak nie złapaliśmy żadnego kontaktu.

DŹWIĘKI REWOLUCJI 6/10

Niezły, choć najsłabszy z widzianych przez nas dokumentów. Interesująco, ale z męczliwym patosem o muzyce zaprzęgniętej do walki. Fajne piosenkowe przerywniki (The Roots!), mimo późnej pory bez zmrużenia oka.

CZWARTEK - 21.10



ZABRISKIE POINT 7,5/10

Przekombinowany Antonioni wciąż urzeka, ale bez porównania mniej niż w genialnych czarno-białych początkach czy klasykach takich jak Zawód: reporter czy Powiększenie. Choć upajanie się kamery końcową bonanzą faktycznie bezcenne.

CIENIE 7/10

Debiut Cassavetesa - bardzo zabawna, świeża i soczysta improwizacja oraz kluczowa uwaga drugiej połowy redakcji LTB, że film w czerni i bieli to nienajlepsze medium do podejmowania tematu segregacji rasowej.

ZAPADA NOC 6/10

Koszmaru rasisty ciąg dalszy - film obyczajowy z mocnym społeczno-rasowym kręgosłupem. Niezłe, dobrze zrobione.

THE KILLER INSIDE ME 5/10



Wyczucie seksualności Winterbottoma nadal na najwyższym poziomie (9 Songs!) - Alba i Hudson w aranżu sado-maso-noir to estetyczne szczyty. Do tego świetna rola Casey'a Afflecka, który w każde "sir" i "ma'am" pakuje tony szaleństwa i patologii. Co z tego jeśli głównym środkiem wyrazu tego niekonsekwentnego thrillera jest nieuzasadnione okrucieństwo. Efekciarska średniawa, spore rozczarowanie.

SYNEKDOCHA, NOWY JORK 8/10



Dream team - Kaufman i Hoffman (czytaj: nasi) w fantastycznej, zabawnej, ruszającej opowieści o wszystkim. Film łączy twórcze cierpienia bohatera Adaptacji, multiplikację Malkovicha i epicki lot Eternal Sunshine of the Spotless Mind, a Kaufman po raz pierwszy sprawdza jak to jest reżyserować obłędny scenariusz Kaufmana. Jak słusznie zauważa Jan Topolski "wszechogarniająca metafora (...) wielki film, do wielokrotnego oglądania."

PIĄTEK - 22.10



BRZDĄC 10/10

Człowiek z płaskostopiem tak wielkim, że kiedy wychodzi z wanny i staje mokrymi stopami na kafelkach, ktoś musi przyjść i rozhuśtać go, by mógł wyjść z łazienki. To z Twarzy, ale brzmi jak z tekstu o Chaplinie. Wyżyny slapsticku, niecała godzina magii kina.

THE WRECKING CREW 9/10

A to kolejny muzyczny dokument, tym razem o grupie muzyków z Los Angeles, którzy grali różową panterę, mission impossible, Good Vibrations, numery Sinatry-taty i Sinatry-córki, którzy nawymyślali mnóstwo klasycznych motywów, nagrywali zabójcze numery w zabójczym tempie i nie są podpisani pod swoimi największymi dokonaniami. Szokująca muzyczna historia extrasów do wynajęcia, którzy współtworzyli większość Waszej ulubionej starej muzyki. Pasjonujące.



There's a Bergman film in the neighborhood.
I don't feel like getting depressed tonight.

Faces


PREMIERA 8/10



Cassavetes inspirujący Almodovara, a sam czerpiący z Bergmanowskiej teatralności filmu. Gena Rowlands w bardzo sugestywnej roli wiecznie pijanej, obłąkanej gwiazdy + sam Cassavetes na szczytach swojego aktorskiego talentu.

CHŁOPAK DO TOWARZYSTWA 1/10

Koszmarek. Niesłychanie zły film na poziomie Śmiechu warte. Absolutna kaszana scenariusza, żenujące postacie, fatalne aktorstwo. Cytowany Fitzgerald przewraca się w grobie za każdym gównianym gagiem. Jakim cudem wyświetlano to na festiwalu?

ISKRA BOŻA 6/10

Found footage na cześć opowieści o Frankensteinie. Klimatyczne, ze świetnym początkiem (dwie pierwsze czarno-białe sekwencje) i hipnotyczną muzyką. Jak zestaw wyjątkowo udanych wizualizacji do Waszego music playera.

SOBOTA - 23.10



TWARZE 9,5/10

Nasz zdecydowany faworyt całej retrospektywy Cassavetesa. Czarno-biały, wybitnie sfilmowany, bardzo ciekawie skomponowany, ale przede wszystkim prawdziwie wstrząsający i bolesny film. Do wydania na DVD i dodawania do białych ślubnych kozaczków.

SZCZĘŚLIWY POETA 3/10

Kolejne męki na bakier z konsekwencją wydarzeń. Oprócz tego słabe żarty, słaby scenariusz, kiepskie wykonanie i tylko to wege-żarcie apetyczne.

DWÓCH ESCOBARÓW 9,5/10

Zasłużony zwycięzca sekcji dokumentów. Film o narkotykach, piłce nożnej, okrucieństwie, uwielbieniu i nienawiści mas. Słusznie porównywane do Szekspirowskiej tragedii epickie, trzymające w ciągłym napięciu dzieło. Również dla futbolowych ignorantów (Hiya!), bo chodzi tu głównie o stany krańcowe emocji. Obowiązkowo i wielokrotnie.

PLEASE GIVE 7,5/10



Wsparcie dla słabego Spectrum przyszło z działu Highlights. Tak wyobrażaliśmy sobie sekcję przeglądową. Nicole Holofcener o kobietach na Manhattanie. Inteligentnie, zabawnie, zręcznie i z urzekającą na potęgę Rebeccą Hall.

MUZYKA DLA TRUPOSZY 2/10

Zapowiadało się dobrze i to powinno nas zaniepokoić. Niezrozumiały gniot, irracjonalne próby wypełnienia go emocjami i ból zmarnowanego pomysłu. Jedyna zaleta - oryginalny tytuł All My Friends Are Funeral Singers - zniknęła in translation.

NIEDZIELA - 24.10



RIDE, RISE, ROAR 9/10

Trudno robić dokument o Byrnie po najlepszym muzycznym filmie w historii, jakim bez wątpienia jest Stop Making Sense (I have a tape I want to play). Ride, Rise, Roar to jednak trochę inna bajka - zapis trasy po płycie Everything That Happens Will Happen Today duetu Byrne/Eno. Od razu widać, że 1) niezmiennie wysoka forma geniusza nie spada, 2) Byrne'a nadal bardzo interesuje sceniczna choreografia. Znakomity koncert i materiał, którego nie można było zepsuć.



PS A na dodatek - najlepsze wykonanie Air jakie słyszałem!

Blondes! What is it with you blondes? You all have some Swedish suicide impulse, huh?

Minnie and Moskowitz


MINNIE I MOSKOWITZ 5,5/10

Naciągana odpowiedź Cassavetesa na gatunek screwball comedy. Gena Rowlands i Seymour Cassell w roli kartofla z wąsem w podkówkę. Dość absurdalna historia tuszowana przykrym przesłaniem. Niczym całkiem znośny popołudniowym film na TCMie czy innym Universalu.

TARNATION 7,5/10

Tarnation, czyli nadrabiamy erowe zaległości. Debiut Jonathana Caouette - Takiego pięknego syna urodziłam w wersji dla hardkorów - bolesny, ale bardzo zgrabnie zrobiony family portrait, ekshibicjonizm podniesony do rangi sztuki ze świetną ścieżką dźwiękową.

WINTER'S BONE 7,5/10

I na koniec zwycięzca sekcji Spectrum (łatwe zadanie) i tegorocznego Sundance (trudniejsze zadanie), czyli Do szpiku kości Debry Granik. Film, któremu stylistycznie i fabularnie bardzo blisko do Frozen River Courtney Hunt - obrazu, który również spodobał się na festiwalu w Utah (główna nagroda jury Sundance w 2008 roku). Zimne, nieprzyjemne, szorstkie Missouri, wszystkie odcienie szarości, same najbrzydsze państwa świata i misternie tkana atmosfera strachu. Dobre zakończenie festiwalu, który pokazał mnóstwo dobrego, przede wszystkim dokumentalnego, kina amerykańskiego.

See ya za rok, szwagry!

poniedziałek, października 18, 2010

Wideo dnia #148



Uh-oh. Uh-oh. Here we go again. Dzisiaj zapowiedź anonsowanego już wcześniej American Film Festiwalu i relacji zeń - wyreżyserowany przez Jima Jarmuscha teledysk do najlepszego numeru z Little Creatures. Do przeczytania w przyszłym tygodniu!



wtorek, września 21, 2010

Wideo dnia #143



Karnety na American Film Festival kupione! Teraz miesiąc czekania, a potem 5 dni ciągłego stosunku z filmem i Stanami, które, zamiast z celulitem, lepiej i przyjemniej kojarzyć z celuloidem. Pełny program dostępny jest na stronach festiwalu, nasz skrócony program znajdziecie kilka linijek niżej. Już podczas ostatniej edycji Nowych Horyzontów staraliśmy się spisywać wybrane, mocniejsze wrażenia, tym razem przewidujemy pełnowymiarową relację - po pierwsze dlatego, że rozszerzamy nowe działy, po drugie, że sporo z filmów, na które się wybieramy mniej lub bardziej współtworzy muzyka.

- cykl: retrospektywa Johna Cassavetesa - na pewno nowojorskie lata 50. w Cieniach + Premiera, która zainspirowała napędzającą scenę Wszystko o mojej matce Almodovara ; (Dziecko Rosemary na dużym ekranie kusi, więc jeśli starczy czasu...),
- cykl: Dekada niezależnych i Zagraj to jeszcze raz, Sam - też w ramach wielkoekranowych powtórek,
- cykl: On the Edge - czyli poziom dziwności erowego konkursu ; The Owls - kryminał z czterema znudzonymi lesbijkami w rolach głównych - oj tak, reszta do przemyślenia,
- cykl: Highlights i jego 3/5 z naszą zieloną metką, czyli 1) The Killer Inside Me - thriller noir Winterbottoma (9 Songs), 2) Please Give Holofcener, 3) Scott Pilgrim vs. the World - komiks filmowy z OSTem Broken Social Scene, Metric, Becka i wielu innych.



- No i ostatnie (oprócz pokazów specjalnych), najciekawsze bloki - Spectrum i American Docs, a w nich m.w.in. (czytaj: między wieloma innymi): We Are The Sea z muzyką Sama Beama, The Road z muzyką Cave'a i Aragornem w roli głównej, Blank City (nowojorska punkowa scena filmowa przełomu lat 70. i 80.), muzyka walcząca w Soundtrack for a Revolution, Tommy Tedesco i The Wrecking Crew oraz Ride, Rise, Roar - "kinetyczny kop dźwiękowy", "koncertowy dokument z trasy Byrne’a z lat 2008/2009, promującej Everything That Happens Will Happen Today".

A jeśli już mowa o postaci Byrne'a - ostatnio (oprócz częstych odsłuchów Blue Mitchell, która to płyta idealnie wpasuje się w panujące warunki meteo) repeat-faza obejmuje "scenę CBGB", przede wszystkim zaś Television (norma) i Talking Heads (z naciskiem na duet Fear of Music - Remain in Light). Gramy:



When Talking Heads started, we called ourselves Thinking Man's Dance Music.
Tina Weymouth