Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dinosaur Jr.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dinosaur Jr.. Pokaż wszystkie posty

środa, czerwca 05, 2013

Optimus Primavera Sound 2013 - relacja



Optimus Primavera Sound to propozycja dla czujących pewną więź z mieszkańcem okolic Pilton, który spytany w „Glastonbury” Temple’a, czy wybiera się na festiwal odpowiada: „Tak!”, by po chwili dodać: „Ze strzelbą!”

Festiwale nie są dla samotników, festiwale nie zapewniają idealnych warunków do obcowania z muzyką, festiwale nie polegają wyłącznie na koncertach. To fakty, lecz jeśli tłum mniejszy wydaje ci się bardziej przyjazny niż tłum większy, chcesz - mimo wszystko - w parę dni posłuchać wielu artystów, a twoje ugłaskane i subtelne poczucie humoru nie pozwala ci śmiać się z ciskania w twoje ciuszki litrem piwa - rozważ Primaverę, a szczególnie jej młodszą, portugalską edycję.

Optimus Primavera Sound - bo tak oficjalnie nazywa się ta impreza - to festiwal odbywający się od zeszłego roku w Porto, w Parque da Cidade, na położonych nad Atlantykiem terenach zielonych. Primavera Sound - to oryginalny barceloński festiwal odbywający się w stolicy Katalonii od 2001 roku.
Portoska OPS sięga do korzeni hiszpańskiej imprezy i jest dziś jej bardziej kameralną odsłoną przypominającą festiwale z Parc del Forum (to tam, nad Morzem Śródziemnym odbywa się aktualnie PS) jeszcze z przełomu dekady (edycje 2008-2011*). Mamy tu o połowę mniej scen i mniej zespołów, a w związku z tym mniej bolesnych wyborów i możliwość skupienia się na pełnych koncertach bez sztafety, która pozwala urwać po kawałku z każdego występu. 
Obie Primavery skupiają się zresztą na muzyce i to z niej starają się czynić sedno imprezy. Twórcy programu od lat prowadzą w ramach festiwalu niepisaną akademię alternatywnej klasyki prezentując lub przypominając reaktywowanych mistrzów grających tu jako główne gwiazdy i prezentujących - często w całości - swoje najważniejsze albumy. Z drugiej strony trzymają oni jednak rękę na pulsie muzycznej sceny rozpisując program nowości między  scenę modnego/antymodnego, lecz wciąż istotnego i opiniotwórczego Pitchforka, a eksperymentalne i poszukujące środowisko angielskiego festiwalu All Tomorrow’s Parties.

Barcelońska i portoska Primavera to także festiwale miejskie, ściśle powiązane z miastami, w których się odbywają i angażujące przestrzeń miejską do roli współtwórcy wydarzenia. Dobór fantastycznych lokalizacji, które nie są ogrodzonym polem, na którym tydzień wcześniej rozstawiono sceny to podstawa, ale dodatkowe koncerty w różnych punktach miasta i inne imprezy towarzyszące to ważne dodatki.
Barcelona jest pod tym względem bardziej rozwinięta, ale Porto - jako miasto mniej oczywiście turystyczne i o wiele mniej buchające wydarzeniami artystycznymi - bardziej zaabsorbowane. I mimo tego, że w całej aglomeracji mieszka grubo ponad milion osób uczestnicy festiwalu mogą odnieść wrażenie, że są tu ważnymi gośćmi w centrum uwagi, biorącymi udział w jednym z kluczowych wydarzeń na kulturalnej mapie miasta.

Pisząc o wnikaniu w miejską tkankę trzeba ze smutkiem zaznaczyć, że w porównaniu z ubiegłorocznym debiutem OPS mieliśmy w tym roku mniej Porto w Porto. Kryzysowe cięcia sprawiły, że z programu wypadły niedzielne występy we wspaniałej (architektonicznie i  nagłośnieniowo) Casa da Musica, a program w Hard Clubie został bardzo ograniczony. Mamy jednak nadzieję, że to tylko słabość chwilowa i w kolejnych edycjach te świetne obiekty powrócą w pełnym wymiarze do festiwalowej rozpiski.
Kompromisów finansowych nie odczuliśmy na szczęście w sferze organizacji. Na linii Primavera - miasto wszystko wyglądało znakomicie, a komunikacja do i na festiwal po raz kolejny odbywała się wzorowo. Bez większych problemów obyło się także na terenie imprezy - koncerty rozpoczynały się punktualnie, zmiany były anonsowane odpowiednio wcześnie, przepływ ludzi między scenami przebiegał bardzo płynnie.

Co z muzyką? Bardzo mocny skład i kilka cudownych występów. Zacznijmy jednak od trzech zawodów. Pierwszy to brak Sixto Rodrigueza, który krótko przed barcelońską edycją odwołał swoje występy na obu festiwalach. Drugi to - po raz kolejny na Primaverze - złe nagłośnienie My Bloody Valentine. Widzieliśmy ich na Benicassim w 2008 - brzmieli bardzo dobrze. Potem - dwa razy w Barcelonie w 2009 - w Auditori - zamkniętym obiekcie również bdb, ale na otwartej przestrzeni Parku Forum - o wiele gorzej. Tu niestety znów wysokie tony wystrzelone w kosmos, każdy instrument osobno, brak shoegazowej szumiącej ściany dźwięku. Dziwne, bo nagłaśnianie bardzo różnych grup było i jest kolejną chlubą PS.
Trzeci zawód to słabsza jakościowo reprezentacja Portugalczyków, w zeszłym roku wspaniale obecnych za sprawą choćby Best Youth czy You Can’t Win Charlie Brown.

Przejdźmy jednak do łakoci wybierając to, co naszym zdaniem najlepsze. Pierwsza trójka to bez wątpienia: Svper, Blur i Savages. Grizzly Bear poza podium tylko dlatego, że po paryskim Pitchfork Music Festival mieliśmy ich na świeżo i dlatego nie zrobili na nas aż tak piorunującego wrażenia. 
Pierwszą piątkę zamyka Nick Cave i The Bad Seeds ex aequo z Los Planetas grającymi w całości „Una semana en el motor de un autobús”. Wyróżnienia? The Breeders grający „The Last Splash”, Dinosaur Jr., którzy po raz kolejny sprawili, że Cure’owskie „Just Like Heaven” zabrzmiało jak „Just Like Hell” i stali bywalcy Primavery czyli zespół Deerhunter. 

Parę słów o naszych zwycięzcach:

Svper - duet znany wcześniej jako Pegasvs i opiewany przez nas na łamach Orxaterii** - zagrał cudowny, hipnotyczny set otwierający występy na scenie Pitchfork. Motoryczny mechanizm uderzania w pełen sprzętu stół sprawiał, że odzywały się prawdziwe emocje. Świetny materiał przedstawiony w sugestywny sposób.
Blur - najgłośniejsza gwiazda obu edycji Primavery - nie zawiedli serwując znakomitą, przekrojową setlistę bez zbędnego utworu. Koncert był potężny, muzycznie porywający, a dodatkowo - jak wspomniałem w relacji dla radiowej Trójki - poruszający, szczególnie w momencie dedykowania pięknego wykonania „This is a Low” dotkniętym finansowymi i społecznymi skutkami kryzysu Portugalczykom. 


Savages = najprzyjemniejsza i największa niespodzianka festiwalu; żeński zespół, który na żywo udowodnił, że zasłużył na porównania do Siouxsie and the Banshees i wszelkie możliwe pochwały. Londyńska grupa dowodzona przez urodzoną we Francji Jehnny Beth - która na scenie wygląda i zachowuje się jak hybryda Iana Curtisa, Hillary Swank z „Million Dollar Baby” i Doll z Doll & the Kicks - podpaliła namiot Pitchforka i po Formanowsku zaprosiła wszystkich na ekstatyczne wpatrywanie się w ogień.

Ekstatyczne wpatrywanie się w artystyczny ogień powinno być zresztą jedną z idei muzycznego festiwalu. Także Wy, czujący, że nie odpowiadają Wam końskie zaloty bardziej masowych imprez, Wy, chcący bez spiny acz w skupieniu poobcować z muzyką, Wy, miłośnicy pięknych miast - spytajcie samych siebie, czy wybieracie się na Primaverę, a jeśli odpowiedź zabrzmi „tak”, bez wahania dodajcie: „z przyjemnością”.

---

* W 2009 przez barcelońską Primaverę przewinęło się ok. 76 000 osób, czyli nieco więcej niż przez portoską OPS w 2012 roku.

** Nasz drugi, przeprowadzony na festiwalu, wywiad z grupą ukaże się na naszych stronach już wkrótce.


niedziela, czerwca 02, 2013

Optimus Primavera Sound 2013 - #2-3

IMG_4139IMG_3853IMG_3856IMG_3858IMG_3862IMG_3888
IMG_3910IMG_3937IMG_6596IMG_4000IMG_4002IMG_4003
IMG_4027IMG_4028IMG_4030IMG_4101IMG_4115IMG_4121
IMG_4178IMG_4194IMG_4208IMG_4218

Prezentujemy Wam zdjęcia z drugiego i trzeciego dnia festiwalu i już teraz zapraszamy na pofestiwalową relację. Do przeczytania!

środa, sierpnia 29, 2012

NOWE PŁYTY: Dinosaur Jr., The XX i Animal Collective

Pytacie uprzejmie - czego ostatnio słuchamy, więc odpowiadamy szczerze:

Ich The Way I Feel Today to jedna z najlepszych płyt ubiegłego stulecia i nie ma w tym żadnej przesady. Podobnie jak w stwierdzeniu faktu, że Another Love Song - utwór z wydanego w 2000 r. The Closer You Get - to jedna z najlepszych i najmądrzejszych piosenek o miłości, jakie kiedykolwiek udało się napisać.

Dalej:

  • El mató a un policía motorizado - co miejscami jest nawet do 6 by 7 stylistycznie podobne, no a do tego brzmi prosto z Argentyny (najnowszy singiel - Mujeres bellas y fuertes z czerwca br.),

  • artystów ze zdecydowanie najciekawszego obecnie muzycznego terytorium, a więc - właśnie - z kręgu ibero-latino, o którym więcej staramy się pisać na Orxaterii.

Zarówno w Europie, jak i w Stanach są jednak nadal albumy, na które czeka się od momentu pierwszej plotki i to o nich dzisiejsze kilka zdań.


Początkowo ta notka miała nosić tytuł Po zawodach i opisywać dwa zupełnie różne rozczarowania, jakie towarzyszyły mi po odsłuchaniu Centipede Hz Animal Collective i Coexist The XX. Sytuacja jednak trochę się skomplikowała, a do strumienia najświeższych odsłuchów dołączyło nowe Dinosaur Jr.. Dołączyło, bo wpisuje się we wspólny mianownik, który miał lec u podstaw tekstu o przytoczonym powyżej porzuconym tytule.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że trudno o trzy bardziej różniące się od siebie albumy:

W przypadku grupy dowodzonej przez J Mascisa (1) sytuacja wygląda następująco: 27 lat od debiutu (z przerwą 1997–2005), praktycznie bez większej porażki, koncertowo nadal żwawo (patrz: np. występ na OFFie 2010), studyjnie niezwykle solidnie i konsekwentnie. Najnowszy dinozaur junior - I Bet On Sky (premiera 3.09.2012) - nie jest na pewno tak dobre jak klasyczne You’re Living All Over Me (1987), nie porywa też tak, jak choćby znakomite Farm sprzed 3 lat - ale z drugiej strony pokazuje, że o muzycznym wyginięciu nie może być mowy. Najciekawsze w przypadku Amerykanów (a narodowość ma tu spore znaczenie, bo amerykańskość - zbliżonego do ich sąsiadów z Pixies - brzmienia gitar jest tu wręcz podręcznikowa) jest jednak to, że taka konstatacja jest ze wszech miar paradoksalna. Oto bowiem mamy do czynienia z grupą, która swoje piosenki buduje na prostych gitarowych melodiach, szytych głównie efektownymi riffami, jękiem elektryka i umęczonym wokalem. Nic bardziej wtórnego? Ewidentnie tak, a jednak - nawet jeśli każda kolejna propozycja budzi natrętne wręcz skojarzenia z całą dotychczasową dyskografią, słucha się tego świeżo, rześko, przyjemnie i bez poczucia zmęczenia materiału. Na I Bet… dzieje się tak przede wszystkim na stronie A. Świetny jest początek - Don’t Pretend You Didn’t Know nawiązujący jakością do świetnego Pieces z 2009; wzruszają schematyczne Watch the Corners i Stick a Toe In. No ale… jeśli piszemy o wzruszeniu i matrycy, to czas najwyższy przejść do Londyńczyków (czy jak chciał sprawozdawca GW z Open’era - nowojorczyków (1)) z The XX.

To właśnie ze względu na XX porzuciłem zresztą tytuł o zawodach. Jeśli mam być szczery (a ja od dzisiaj…) - to miała być moja pozaiberyjska i pozalatynoska płyta roku. Tak założyłem słuchając jej wspaniałych zwiastunów podczas portoskiej Primavery i tak (edit: być może) jest do dziś, ale poprzeczka, która miała zawisnąć tak wysoko, że o ja cię pierdolę okazuje się wisieć na poziomie realnie przeskakiwalnym.
Za fasadą nieziemskiego Angels - utworu znanego wcześnie, tak prostego, że ciężko bardziej i tak dobrego, że ciężko lepiej, znajdujemy:

niezłe Chained,
bardzo dobre Fiction (również grane wcześnie i często) i…
ładne, kojące, szerokie przestrzenie, które w najmniejszym stopniu nie windują jednak całości na poziomy debiutu.

Teraz - czy to problem? Kwestia dyskusyjna. Oblanie drugiej płyty? Z pewnością nie. Czy szkoda? Z pewnością tak, bo to, co znaliśmy budziło jednak apetyt na płytę cementującą ich na pozycji jednego z kilku najlepszych tworzących obecnie zespołów. Z pewnością tak, bo wspomniane zapowiedzi kazały oczekiwać takich cudów jak zamykający Coexist Our Song - numer tak piękny, że aż wykańczający, emocjonalnie rozpinający słuchacza między beztroską kołysanki a troską absolutną - mierzenia się z jakąś nieogarnialną, kosmiczną emocją. Umieszczenie go na samym końcu może irytować (bo: nie można tak było od razu?), ale optymistów skłoni raczej do żarliwego oczekiwania płyty nr 3 przy akompaniamencie tych naprawdę pięknych i dobrych dźwięków, których mimo wszystko nie wypada nazwać zwykłym wypełniaczem.

Sporo zapychu znajdujemy natomiast na nie mniej wyczekiwanej płycie o wyjątkowo brzydkiej okładce. W przypadku Centipede Hz (czy jak sugerował jeden z użytkowników oficjalnego forum zespołu - Centipede Hurts!) jest to o tyle szokujące, że Animal Collective nie muszą niczego cementować, ani okopywać się na żadnej upatrzonej pozycji. Po nagraniu paru znakomitych płyt na przestrzeni całej ubiegłej dekady i ukoronowaniu jej w latach 2007–2009 niesamowitą trójcą wydawnictw Strawberry Jam-Merriweather Post Pavilion-Fall Be Kind EP ich status wybitnej, tworzącej niezapomniane (a często jednocześnie nie-do-zapamiętania) piosenki grupy jest tak niezachwiany, że jedno średnie Centipede może co najwyżej odbić się od postumentu.


Słowo średnie to - nomen omen - uśrednienie opinii, która szali oryginalności i charakterystycznego stylu po raz pierwszy musi przeciwstawić szalę wtórności i kompozycjnej niemocy. Wszystko co tu słyszymy brzmi jak stały repertuar środków, na których AC opierali swoje dźwiękowe i stylistyczne istnienie przepuszczony przez słabe, zdyszane tryby, bez scenariusza, z efektem mocno przypadkowym.

W bardzo dobrym dokumencie poświęconym grupie Blur (2) Damon Albarn wspomina debiutanckie Leisure (przedwczoraj 21. rocznica wydania!) mówiąc o czasach, w których powstało: “Na szczęście można było wtedy nagrać nie do końca dobrą płytę i nie być od razu straconym.”

Dziś - kiedy faktycznie - jedna studyjna porażka może mieć kolosalne znaczenie, zespoły 1) chwytają się sprawdzonych sposobów, lub wręcz odwrotnie 2) stawiają na brzmieniową rewolucję upraszczając (Futureheads) lub komplikując (Bloc Party) swój styl i w większości przypadków źle na tym wychodzą (Futureheads, Bloc Party i wiele innych). Pierwiastkiem, który łączy Dinosaur Jr., The XX i Animal Collective jest wolność pozostania poza tym krępującym wyborem.

Dinosaur Jr. zaczynali dawno i dziś nie muszą się tłumaczyć.

The XX nagrali zbyt dobry i głośny debiut, by jedną płytą wyrzucić się za burtu indie-mainstreamu (!).

Animal Collective mają na plusie tyle, że jeszcze długo będą mogli brać zaufanie słuchaczy na zeszyt.

Paradoksalnie wolność trzech grup okazuje się jednak mocno teoretyczna. Bez wyjątku wybierają one bowiem wariant pierwszy - dopisując kolejne rozdziały do rozbudowywanej z każdym albumem opowieści. To natychmiastowa rozpoznawalność jest tym, co łączy te diametralnie różne płyty. I różne poziomy zawodu, który - nawet usunięty z tytułu recenzji - ma tu jednak swoje pewne miejsce.

Dinosaur Jr. nagrali kolejny wariant swojego modelowego longpleja dostarczając nam parę dobrych rockowych melodii, które powoli stają się towarem deficytowym. Zawiedli oczekiwania wyjścia poza rutynę, których niby nie było, a które jednak czuć, kiedy po paru numerach sprawdza się, czy odtwarzacz losuje z dyskografii czy nadal gra nową płytę.


The XX - Angels - live, Optimus Primavera Sound 2012 (Porto); wideo: EclectismoM

The XX mieli przymonarszyć i przyklepać koronę, a zamiast tego nagrali XX 2.0. Coexist podobnie jak debiut rozszerza dźwiękową percepcje na tony, na które u innych często nie zwraca się uwagi. Ponownie buduje struktury na bazie pękatych beatów oraz produkcji (Jamie!) przeplatającej chłodne, wypolerowane wysokie tony z ciepłymi pomrukami dołu, na których możnaby posadzić jajo. Większość utworów znów opiera się na wokalnych dialogach Romy i Olivera, a dźwięki analagowe i cyfrowe są tak konkretne i charakterystyczne, że należałoby zgłosić je do ochrony patentowej. The XX zawiedli wygrywając wyścig bez bicia rekordu świata.

Animal Collective po raz kolejny wprawili w ruch swoje chórki, harmonijne wokalizy, pętle melodyczne i tła buzujące niczym hormony nastolatka kończącego katolicką szkołę. Cała para poszła jednak w gwizdek, a nowa maszyna jest ciężka, ogromna i spocona. W sieci natknąłem się na porównanie Centipede Hz z My Life In The Bush Of Ghosts Davida Byrne’a i Briana Eno. Porównanie nie na miejscu, bo o ile na albumie z 1981 roku wszystko jest dokładnie na swoim miejscu i między innymi dlatego tworzy tak mocną całość, o tyle tu wszystko nosi znamiona eksperymentalnego przypadku, z którego tym razem mało wyszło.

Animal Collective zawiedli.

Nie do wiary.

A jednak.

—

(1) w tym samym tekście autor pisze o Janelle Monae - “dziewczyna co najmniej tak dobra jak Michael Jackson” [sic!]. Edit: aaa dziś rocznica urodzin MJ!

(2 No Distance Left to Run autorstwa osób odpowiedzialnych za Shut Up and Play the Hits, o którym to filmie pisaliśmy w relacji z Nowych Horyzontów.

poniedziałek, sierpnia 09, 2010

OFF sobota 2010



Kiedy piszę te słowa na głównej scenie OFF Festivalu kończy się prawdopodobnie koncert The Flaming Lips. Koncert, którego nie możemy oglądać z przyczyn niezależnych od organizatora, występ, którego byłoby mi bardzo żal gdyby nie: słaba trasowa setlista (złożona głównie z przestrzelonego Embryonica) oraz tancerze na złoto i ogólny, skupiony bardziej na formie niż na treści, trend w karierze tego znakomitego zespołu. The Flaming Lips trzeba było oglądać po The Soft Bulletin, ewentualnie po Yoshimi, teraz trzeba czekać w nadziei. Czego żal bardziej? Na pewno The Tallest Man on Earth, który swoim The Freewhelin' Kristian Matsson dopisał się do listy najlepszych singerów/songwriterów nowego stulecia. Damon & Naomi? Też szkoda, bo sam fakt obcowania z muzykami Galaxie 500 to duża przyjemność. Żałujemy również Shearwater (ale PS09, a Rook > The Golden Archipelago), No Age (to już było x3, ale zawsze jest świetnie) oraz The Raveonettes i Dum Dum Girls, ale ich widzieliśmy odpowiednio w Madrycie (niezapomniany koncert na jedno gardło, który odbył się w ramach trasy po najlepszym w ich dyskografii Lust Lust Lust) i Barcelonie (świetna końcówka tegorocznej Primavery). Tak więc z hedonistycznego punktu widzenia średnio, z kolekcjonerskiego - wszystko w porządku.

Nasz tegoroczny OFF to sobotni wieczór i cztery koncerty. Hey, który potwierdził, że gra swoją najlepszą trasę po swoim najlepszym albumie (widzieliśmy już we Wrocławiu, ale nie pamiętam, czy opowiadaliśmy), stosunek przerywany z Farinellim północy - zespołem Mew (Are you my lady, are you?), ale przede wszystkim dwa występy, które muzycznie otworzyły i zamknęły nasz tegoroczny offowy wypad.



Najpierw Dinosaur Jr. - zespół, który wygląda jak warsztaty fryzjerskie w Radomiu i który zgodnie z przewidywaniami zagrał koncert niesłychanie dobry, surowy i mięsisty. Joseph Donald Mascis pokazał, że po pierwsze - można ukraść wieczór na pożyczonym (od The Black Heart Procession i No Age) sprzęcie, po drugie - można być Gandalfem i Sarumanem rockowej sceny naraz i po trzecie - że po ponad ćwierćwieczu od założenia zespołu to wciąż trias, nie kreda. Pokazał też jak skupiać na sobie uwagę bez najmniejszego mizdrzenia się do publiczności, którą pozdrowił "na Rokitę" słowami Pierdol się Lufthanso! (to ona nie dostarczyła efektów gitarowych i części sprzętu). Muzycznie było bajecznie - tak jak na płytach Dinosaur Jr. często bywa. Łojenie z duszą - ostre, głośne, krnąbrne (chociażby w coverze Just Like Heaven Cure, który na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na ogonie You're Living All Over Me), ciepło kapitalnie skrojonych numerów, kilka szybciej niż na płycie zagranych wymiataczy z Farmy (nie, nie Facebookowej) i bycie muzycznym Majstro przez duże M. Klasyka poza gablotą, riffy bez smyczy i zdeptane trawniki. No aż kupiłbym sobie te ich najki, gdyby tylko nie były takie brzydkie.


wideo: kpleb

No a potem to już Lali Puna, znaczy się Mjymce, nasi, ja? No. I tu już zupełnie inna historia i zamiast potwierdzenia jakości miła niespodzianka. Lalipuńczycy, zamiast zanudzać swoją średnią nową płytą, zagrali niezwykle do przodu, z żywą perkusją i znaną z płyt, ujmującą manierą wokalną Trebeljahr. Takie żywe wycinki ze Scary World Theory (tytułowy!) czy Faking the Books (Micronomic, a przede wszystkim Call 1-800-FEAR) to najlepsze, co może się przydarzyć po starciu uszu na Dinosaur. Piękny koncert, warto było.

Czyli co, OFF potwierdza klasę, Katowice jako miasto sprawdzają się średnio, ale na pewno lepiej niż Mysłowice, Trzy Stawy lepsze na festiwal niż Słupna, na forach bicie lansu, brylowanie i komiczne dysputy rankingowe, na polu namiotowym najpewniej lastfmowa wymiana statystyk, a przede mną mocno wzorowana na Primaverowej książeczka festiwalowa. Niezła, ale z koszmarnym tekstem OFF to po prostu sposób na życie. Przestańcie, to przecież taki fajny festiwal. Do zobaczenia za rok, my widzimy się o wiele wcześniej. Pozdrawiamy i do kontaktu.



EDIT (12.08): na offowym forum last.fm pojawił się koncert Dinosaur Jr. nagrany z radiowej Trójki, polecamy!

piątek, sierpnia 06, 2010

Dawać Madryt z powrotem na Morskie Oko! Wideo dnia #129



Kontynuując nowohoryzontowe emocje retrospekcimy Hasa i w końcu obejrzeliśmy boski "Rękopis znaleziony w Saragossie". Kto mądry od razu stwierdził, że to nie cudna Hiszpa tylko Jura Krakowsko-Częstochowska. Retiro (ach! patrzcie: Clientele i inne wpisy) to nie Retiro, ale też fajnie, bo wrocławska pergola przy Hali Ludowej (u know, u nesco). Najlepsza jest jednak rekonstrukcja madryckiego serca zbudowana na kąpielisku Morskie Oko, którą podobno przychodziły oglądać tłumy. Nic dziwnego! Kto wpadł na pomysł zburzenia dekoracji? Zabrać emeryturę!

Tęsknota za Madrytem znajdzie swoje ukojenie być może jeszcze w tym roku, na razie jednak wróćmy do spraw naglących, bo I kinda wasted your precious time, don't think twice - it's all right (wspominkowe btw). Czytam właśnie biografię Dylana autorstwa Howarda Sounesa i okazuje się, że Robert Allen był kłamliwym, aroganckim, butnym bezdomnym ćpunem kradnącym ludziom płyty. Noo, jakoś mi to fazy na The Freewheelin' (O-K-Ł-A-D-K-A!) nie rujnuje.

Wróćmy jednak do spraw naglących bardziej. Bo np. Guincho trzasnął płytę! Hamburguesa oooo-eee! Nie posiadam się z radości, tym bardziej, że Bombay podkręca nadzieję. To Schoolin' Everything Everything też fajne, ale jak coś zaczyna się 1:1 jak MY KZ, UR BF (patrz: piosenki 2009) to nie może skończyć się źle. Co jeszcze? Wspominane już nowe Arcade Fire, które naprawdę miejscami ociera się o wielkość, bajeczna płyta bez degustacji ogona, bo ani to Funeral ani Neon Bible. Pogadamy sobie o tym, ale dzisiaj zostaje nam OFF, na którego jedziemy w sobotę (sorry, Tindersticks).



Po pierwsze - setlist.fm - okrutna strona, która pozbawia mnie złudzeń na jeden choćby utwór z The Soft Bulletin podczas offowego setu The Flaming Lips. No chyba że wiecie - nie grać Creepa, tylko u ruskich na bis walnąć, znamy te numery. Jest za to Yoshimi (♥) i jest otwieracz At War with the Mystics, czyli jak to mówią młodzi ludzie teraz The Yeah Yeah Yeah Song. No i wszystko fajnie, ale wynagrodzenia za biuletyn i tak brak, pewnie, najlepiej wejść w wielką kulę i latać po ludziach, którzy płacą i żądają Race for the Prize.

Na szczęście dinozaur junior okazuje się być milszy i łupie dużo z ulubionej Farmy, a dodatkowo Little Fury Things i cover Cure (Just Like Heaven).

Pisaliśmy ostatnio, że prezentować będziemy tych co 1) na naszym OFFie, 2) nieopisani i w związku z tym została tylko Lali Puna, która (nie wiem jak) uchowała się na LTB bez notki. Nawiązujemy więc do ostatnich piań na temat Souvlaków i gramy piękny cover pięknego Slowdive. No a jutro z nosem zatkanym na forowe i portalowe dysputy o koncertach i kondycji muzyki, lastowe spędy, namiotowe integracje, 'atmosferę muzycznego święta', modne koszulki i lansrozmowy o futbolu i brytyjskiej inwazji idziemy posłuchać kilku koncertów. Do relacji!



poniedziałek, listopada 23, 2009

co nowego? + PS10




Przeziębiony leżę w łóżku. Jest 15:48, za ok. 12 minut (a może równo za 12 minut, jeśli Katalończycy będą chcieli zaprezentować swoją narodową=katalońską punktualność) skład przyszłorocznej Primavery ma się powiększyć. Czekam niecierpliwie, choć stwierdziłem, że nawet jeśli ogłaszanie zespołów miałoby się zakończyć na wiadomej już trójce na 'P': Pavement-Pixies-Panda Bear i tak pojechalibyśmy do parku Forum z wielką radością. Clubować w tym roku nie będziemy, ale może kiedyś uda się zrealizować cudowny plan Clubu w Madrycie i Soundu w Barnie. Trzeba kupić skarbonkę i ogradzać ją elektrycznym pastuchem.

Odwołali Grizlliego i St. Vincent. Cisną się na usta słowa, które po raz pierwszy usłyszane na wieki już niewinność odbierają. No ale niby ma być w najbliższym możliwym terminie. Zobaczymy.

W każdym razie, w związku z wieloma zawirowaniami, które uderzyły w nas w ostatnich tygodniach kurujemy się muzyką. Stare, piwniczne winyle przyjemnie skwierczą (nowe przyjemnie płyną). Przed chwilą np. słuchając wspaniałego The Dreaming Kate Bush pomyślałem, że mimo wielu różnic Natasha Khan jest dzisiejszym wcieleniem Bush. A na Two Suns jest narratorką z The Dreaming właśnie, która po podróży do przyszłości (przez taneczność 19haties po minimalizm nowoczesnej elektroniki) wraca na pustynię (patrz: 2+2 poniżej) i ujarzmia emocje w piosenki. Poniżej okładka nowego numeru magazynu Loud and Quiet. Fajna, nie?



[wciskam wytarty już klawisz F5, Katalończycy mają jednak sporo wspólnego z Hiszpanami, czekamy dalej]

Co jeszcze ostatnio nawinęliśmy na uszy?

M.in. moja ukochana płyta z dzieciństwa, Breakfast in America Supertramp (nie słyszę tych podśmiechów) kręci się całkiem często. Przypomniałem sobie jej wielkość i to jak w mocarny sposób przenosi do swojego całkiem osobnego świata. Jak obrazy Hoppera albo filmy braci Coen. Nie chodzi tu o "przechodzenie do świata bajek" ani np. "powrót do świata dzieciństwa". Tak otagowany towar okazuje się najczęściej tanią podpuchą, przygranicznym niemieckim gipsokrasnoludkiem. Chodzi o prawdziwe równoległe światy i prawdziwe emocjonalne spotkania. Płyta wielka nie może być pocztówką, powinna być podróżą albo przeprowadzką. Nie za dużo dzisiaj słów na 'p'?

Jeśli nie, to powiem coś o podsumowaniu rocznym, jeśli tak - niech będzie, że to ranking. Powoli się zbieramy, zaczynamy wszystko układać. Dosłuchujemy, odsłuchujemy, ja przenoszę wyżej Farm Dinosaur Jr. (cudowna płyta) i myślę gdzie tu powiesić plakat z okładką. A żeby nie było, że zdziadzieliśmy, teraz wybiegamy w przyszłość. W roku 2010 będzie się działo. Poniżej świetny nowy teledysk Vampire Weekend, a w głowie nowa płyta Beach House. Tak, już słuchaliśmy. Tak, dźwiękiem zajmuje się Chris Coady (płyta z naszego topu wszechczasów - 23 Blonde Redhead, mieszanie przy całym dorobku TV On The Radio, YYYs, Gang Gang Dance, Grizzly Bear...). Tak, to chyba jest ich najlepsza płyta.



No a teraz wracamy do Primavery: hmmm... to jednak przebiega na forum. Mnóstwo mówionej hiszpańszczyzny + katalońszczyzny. Linki do youtube'a. Postaram się coś z tego wyciągnąć. O, jednak będzie łatwo.

Zespoły potwierdzone:

- Panda Bear już na pewno tak = ufff! + urra!
- Ganglians też potwierdzeni (i dobrze)
- La Leyenda Del Tiempo (30 lat później)!!!
- Joker (hmmm)
- Dum Dum Girls (no i ok ; więcej w podsumowaniu EPek 2009)
- Delorean (brawo! tak miało być ; więcej w podsumowaniu EPek 2009)
- The Antlers (nooo, ok!)
- The Wild Beasts (oj dobrze!)
- The Fall (może czas się przekonać?)
- Bloody Beetroots (Samoobrona przyjedzie? edit: nie, lepiej, włoskie electro house!)
- The New Pornographers (taaaak! ale to był fajny koncert!)
- Bis (do nadrobienia)
- Here We Go Magic (do przesłuchania)
- Hope Sandoval & the Warm Inventions (edit: przesłuchane, mmmm!)
- The XX (hurrrrrraaaa!!!!)
- Wilco (hurrrrrraaaa!!!! nr 2)

Koniec, następne ogłoszenie pod koniec roku. Rewelacja.

PS. W Społem wyciągnięto już zakurzone choinki, a ciężarówka coca-coli rozjechała reklamową rozkładówkę. Święta znów przychodzą nie czekając nawet na grudzień. Zamiast kolęd polecamy Sama Cooke'a śpiewającego Billie Holiday. Nastrój śnieżny, jakość najwyższa czego o Oj maluśki powiedzieć się nie da. Chyba zaraz znów każę to sobie wyskwierczeć. Do przeczytania!