Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Talabot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Talabot. Pokaż wszystkie posty

środa, stycznia 30, 2013

Single roku 2012 / The best of 2012 - singles ( + teledysk roku / + video of the year)



Najlepszy teledysk roku / The best video of the year:

Javiera Mena - Luz de Piedra de Luna
Twórca: Canada - www.lawebdecanada.com







SINGLE:


Polecamy / recommended:

AlunaGeorge - Your Drums, Your Love
Andrea Balency Trio - Lover
Carly Rae Jepsen - Call Me Maybe
Cat Power - Ruin
Chromatics - Kill for Love
David Byrne & St. Vincent - Weekend in the Dust
Dum Dum Girls - Mine Tonight
Fiona Sit - 9:55 PM
Grimes - Oblivion
iamamiwhoami - Goods
Las Amigas de Nadie - Tronador
Olga - Nuestros colores (con Javiera Mena)
Paul Banks - The Base
Purity Ring - Belispeak
Santigold - Disparate Youth
Solange - Losing You
Tame Impala - Feels Like We Only Go Backwards
Tony Gallardo II - Tormento
Violeta Castillo - Afilados

... i wiele innych / ... and many others

Bardzo polecamy / Highly recommended:

Hey Chica! - Lo Que Nadie Ve
Holy Esque - Rose
Icona Pop - I Love It
Japandroids - Younger Us (poza top 5, bo ponownie, patrz: piosenki roku 2010)
Los Punsetes - Alférez Provisional
Nite Jewel - One Second of Love
quierostar & Mamacita - Destrucción total
Susanne Sundfør - White Foxes
Sofía Oportot - Señal
The XX - Our Song



TOP 20

20. La Bien Querida - Arenas Movedizas
19. Aldo Benítez - Efecto (con Javiera Mena)
18. Las Ligas Menores - Accidente
17. The Raveonettes - She Owns the Streets
16. Twin Shadow - Five Seconds
15. Grizzly Bear - Yet Again
14. The Tallest Man On Earth - There’s No Leaving Now
13. yiLet - Mi Verano de Invierno
12. Chairlift - Amanaemonesia
11. El mató a un policía motorizado - Mujeres bellas y fuertes

10. Jessie Ware - Running

posłuchaj

9. Kindness - Cyan

posłuchaj

8. Protistas - Granada

posłuchaj

7. Granit - Aresta

posłuchaj

6. John Talabot - Destiny (feat. Pional)

posłuchaj

5. El Perro del Mar - Walk On By


 
4. Bat For Lashes - Laura



3. Capullo - La Nueva Configuración



2. Linda Mirada - Secundario




1. Pegasvs - La Melodía del Afilador





czwartek, stycznia 10, 2013

2012 - the best of (LP + EP)



Ale zanim sedno, EP-ki:

Polecane / Recommended EPs

Andrea Balency Trio - Lover
El mató a un policía motorizado - La Dinastía Scorpio
Holy Esque - Holy Esque
Las Ligas Menores - El Disco Suplente
Outfit - Another Night's Dreams Reach Earth Again
Six by Seven - The Death Of Six By Seven
Sr. Amable - Himnos al desencanto 
Violeta Castillo - Horizonte


EP-ka roku / Best EP of the year

ex aequo:

yiLet - Mi Verano de Invierno



Granit - Granit






Polecane płyty / Recommended LPs

Beach House - Bloom
Cat Power - Sun
David Byrne & St. Vincent - Love This Giant
Dinosaur Jr. - I Bet On Sky
Muse - The 2nd Law
OLGA - Gracias tonales
Protistas - Las Cruces
Susanne Sundfør - The Silicon Veil




Top 20

20. miejsce ex aequo dla płyt, o których na pewno zapomnieliśmy
19. Purity Ring - Shrines
18. Chromatics - Kill For Love
17. The xx - Coexist
16. Jessie Ware - Devotion
15. Nite Jewel - One Second of Love
14. Maria Rodés - Sueño Triangular
13. Japandroids - Celebration Rock
12. Kindness - World, You Need a Change of Mind
11. Chairlift - Something


10. The Tallest Man On Earth - There's No Leaving Now
9. Twin Shadow - Confess
8. The Raveonettes - Observator
7. El Perro del Mar - Pale Fire
6. John Talabot - fIN





5. Grizzly Bear - Shields


Około godziny. Tyle czasu czekaliśmy (oparci o zdobyte w ostatniej chwili barierki) na koncert Grizzly Bear podczas Pitchfork Music Festival Paris 2012. Godzina to całkiem sporo czasu, w - niecałą! - godzinę można np. przeanalizować historię jednego z najlepszych zespołów obecnego stulecia. Zespołu, który wyszedł od płyt trudniejszych i bardziej hermetycznych i w ciągu kilku lat przeszedł do płyt "łatwiejszych" i bardziej otwartych, ale jednocześnie bardziej złożonych, misternych i dopracowanych. Muzycy Grizzly Bear poszli więc drogą równoległą do bitelsowskiej - wychodząc nie od czystej piosenkowej formy, lecz od poszukiwań atmosfery, ale idąc w tym samym kierunku - coraz większego doskonalenia kompozycji. Tak powstają wielkie dyskografie.

Około godziny - tyle czasu, wystarczy, by wysnuć o wiele więcej wniosków, bo temat wdzięczny i rozległy, ale w - niecałą! - godzinę można też posłuchać Shields, co też zalecamy - w dużych dawkach, bo nie przejada się ani trochę.
4. Linda Mirada - Con mi tiempo y el progreso


My: Gratulujemy nowej płyty, jest naprawdę znakomita i podoba nam się jeszcze bardziej niż debiut!

Linda: Dziękuję!

Cała przyjemność po naszej stronie.
3. Bat For Lashes - The Haunted Man


Natasha, you are so much more than a superstar.





2. Pegasvs - Pegasvs


Rzadko kiedy powstają debiuty tak mocne jako całość i muzyczne doświadczenie, o którym Luciana i Sergio mówią w naszym kwietniowym wywiadzie, na pewno miało tu ogromne znaczenie. Pegasvs to dzieło kompletne - świetnie skomponowane, ułożone, operujące emocją w najczystszej formie, a jednocześnie trzymające ją w ryzach porywających piosenek. Piosenek porywających żywiołowo i energetycznie + rozdzierająco i melancholijnie. I mimo tego, że każdą z nich uda nam się bez problemu zaliczyć do jednej z tych grup, siła Pegasvsa tkwi w tym, że całe to - konstelacyjnie rozległe - spektrum emocji znajduje się wewnątrz każdego utworu. Soczewki, kontrasty i mikroświaty mają najwyraźniej bardzo wiele wspólnego z sednem absolutu.




1. Capullo - Testigos del fin del mundo


Testigos del fin del mundo… cóż, ta piękna płyta ogniskuje w sobie to, co najlepsze w nowym, niezależnym latino. Mamy więc elektronikę podszytą orkiestrą, szczere sacrum emocji ze ślicznie przystylizowaną dicho-profanką stylu, filmy Buñuela z lat 50. i książki Cortazara z lat 60., latynosów w Paryżu i Europę w Meksyku, rozpikselowane wideo-fascynacje i kompozycyjne fascynatory, stany zjednoczone i stany osobne, dziewczyńskość i chłopięcość, ciepłe dni i zimne noce.

Piosenki są tu i pretekstem do opowiedzenia historii i historiami samymi w sobie, najciekawsze jest chyba jednak to, że mnóstwo rzeczy do wysłuchania to elementy, które są bardziej efektem oddziaływania tej płyty, a nie tego, co zostało na nią nagrane. Innymi słowy - zamiast tego, co autor miał na myśli słyszymy siebie na wspaniałym, świeżym i ożywczym podkładzie.

Oprócz tego - umieszczenie Capullo na pierwszym miejscu podsumowania roku to także funny-thing-to-do i to wcale nie dlatego, że ci młodzi Meksykanie nie zasługują na miano autorów najlepszego albumu 2012. To nasze przymrużenie oka, wskazujące na wielką umowność kolejności w tego typu rankingach, czy lepiej - umowności takich zestawień w ogóle. Oto komedia romantyczna wygrywa z poważnymi dramatami, longplej istniejący w świadomości słuchaczy zamieszkujących dalekie miejsce po przecinku triumfuje nad płytami wielkimi i płytami wielkich. Triumfuje i nie, bo i Natashę i Pegasvs widzimy także tu - na samych szczytach ubiegłego roku.

Ale OK, była laudacja, czas na prywatę, więc:

¡E! ¡Capullo! ¡Os dije que vuestro disco ocuparía un puesto alto en nuestro ranking!



poniedziałek, listopada 05, 2012

Pitchfork Music Festival Paris 2012 - relacja

W sobotę skończył się Pitchfork Music Festival Paris 2012. I szkoda, że się skończył. Czemu? O tym poniżej.

Na początku był chaos…

ale taki, że naprawdę marki niegodzien, albo lepiej odwrotnie - marka chaosu. W rozmowie z własną matką (a przecież - kogo jak kogo - ale własnej matki bym nie okłamał), powiedziałem, że wygląda to gorzej niż na pierwszym OFF-ie. Maile do organizatorów trafiały prosto w dziurę, która po każdym praniu skazuje skarpety na wieczną rozłąkę, a wiszące do dziś na podstronach informacje English Information Coming Soon zgrabnie podsumowują przydatność oficjalnej strony festiwalu. Sprawne obrączkowanie? Jak najbardziej nie. Mapka obiektu? W życiu. Analogowa wersja składu i rozpiski godzinowej? Maybe in the next world. Transport festiwalowy lub informacja o opcjach nocnego powrotu z miejsca imprezy? (Nice dream).

Kiedy jednak spodziewaliśmy się, że zaraz okaże się, że na obiekcie równocześnie odbywają się targi ślubne, rozpiskę szlag trafił, a zamiast faworytów publiczności na scenie pojawi się francuski indie-szansonista przechodzący okropnie spóźnioną fascynację britpopem niczym zbyt głośną mutację, na horyzont wjechały całym stadem same pozytywy.

Po pierwsze - obiekt właśnie - Grande Halle de la Villette - hala z XIX wieku, która jak się nazywa tak i wygląda, jest więc autentycznym, wyrazistym szklano-żelaznym kolosem pokrywającym powierzchnię 20 000 metrów kwadratowych. Po drugie - punktualność - bo występy zaczynały się w większości bez najmniejszej obsuwy, a obsługa dwóch, położonych po przeciwnych stronach sali, scen była najczęściej gotowa przed czasem. Po trzecie - rozplanowanie stref - bo koncerty na festiwalu można było oglądać spod samej sceny, ze środka hali albo z góry (!) - z umieszczonych po bokach estrad balkonów. Po czwarte - skład - bo nie wiem czy wspominałem, ale o imprezę muzyczną tutaj chodzi.

Widełki mody

Kuratorem Pitchfork Music Festival (w USA, od 2006 roku) i Pitchfork Music Festival Paris (od 2011 roku) jest Pitchfork - założony w 1995 roku w Minneapolis, a obecnie Chicagowski portal muzyczny, który w szerokich kręgach słuchaczy muzyki niezależnej uznawany jest za wyrocznię muzycznej mody, ale który jednocześnie, przez coraz szersze kręgi uznawany jest za zmanierowany, tendencyjny, zbyt nachalny. Na temat ocen przyznawanych płytom (skala od 0.0 do 10.0) krążą legendy, a na temat sposobów i metod ich przyznawania powstają prace naukowe (vide: chociażby pitchformula.com). Czegokolwiek by jednak o Pitchforku nie mówić, należy zaznaczyć, że czytają go - wielbiące lub nienawidzące - masy (oczywiście w skali niezależnej!), a jego wpływ na kształtowanie opinii, gustów i scen jest niezaprzeczalny. 

Powyższe słowa wprowadzenia mają za zadanie pomóc w określeniu grupy artystów, która gra w drużynie Pitchforka, a w związku z tym prezentuje się na jego festiwalach. Kiedy bowiem osoba niespecjalnie osłuchana w tzw. muzyce indie spyta: no i kto tam gra? i nie zadowoli się nic jej nie mówiącymi nazwami, dołoży nam pytaniem o wiele trudniejszym, a więc: no a jaka to muzyka? Określenia gatunkowe możemy sobie wówczas podarować, ponieważ wymieniając kolejne odnogi rozczochranych gałęzi popu i rocka wrócimy do pytania numer jeden. Jaka odpowiedź będzie więc najmniej kulawa i najwłaściwsza? Pewnie taka, że to muzyka spoza absolutnie głównego, radiowego nurtu, ale z drugiej strony nowoczesna, w różnym stopniu niezależna i modna. Modna, a więc - i tu dochodzimy do jednego z powodów niemożności pełnej odpowiedzi - różnorodna i niejednogatunkowa, bo dziś słuchać modnie, to słuchać eklektycznie. W składzie paryskiej imprezy mieliśmy więc i typowy pop-rock i słodki dance-pop i rap i hip-hop i eksperymenty i nowe R&B i lo-fi i hi-fi i bardzo szeroko pojętą elektronikę. Aż dziw (lecz szczęście), że nie dołożono do tego powracającego do łask muzycznych mód metalu, którego dziś w dobrym tonie posłuchać między ambientem a azjatyckim popem.

Wszyscy i wszystko

Szczęśliwie - XXI-wieczny słuchacz mógł spokojnie pominąć szczątkową analizę rozpisaną na parę powyższych akapitów - i przy pomocy sieciowych odsłuchów i opinii sam określić swoje - mniej lub bardziej idealne - pokrycie z siatką festiwalu. Jeśli natomiast ów intymna czynność nakazała mu - czy to z przyczyn wizerunkowych czy artystycznych - stawić się w Grande Halle - nie miał powodów do narzekań. My narzekniemy tylko na początku, by potem rozpłynąć się już kompletnie aż po ostatnie zdanie relacji. 

Wróćmy na chwilę do wywołanego na początku pierwszego OFF-a. Wróćmy, bo oprócz słabiutkiej pre-organizacji oba wydarzenia łączy też formuła opierająca się na zasadzie wszyscy oglądamy wszystko. Nie ma tu biegania między scenami i trudnych wyborów, odpuszczania kogoś dla kogoś i wciskania czegoś między coś. Wszyscy.oglądamy.wszystko, a w międzyczasie odkrywamy nowych artystów, na których osobne koncerty pewnie byśmy się nie wybrali. Dobrze? Dobrze, ale pod warunkiem nastawienia na muzykę. Festiwal z założenia jest imprezą odciągniętą nieco od przeżyć czysto artystycznych, jednak wymuszone na większości imprez wielością scen i jednoczesnością grania nastawienie na zespoły wywołuje naturalne powstanie grup zainteresowań. Tu - hm - wszyscy.oglądamy.wszystko, z tym że nie wszyscy oglądamy. Jednak w związku z tym, że nie jest to artykuł o: 1) zachowaniach stadnych, 2) potwierdzaniu niekorzystnych stereotypów o mieszkańcach pewnych krajów lub kontynentów (czy też np. krajów zajmujących większość swojego kontynentu), spuszczamy na ten element zasłonę milczenia. Milczenia, a więc stanu, w którym niektórzy znajdują się chyba wyłącznie przebywając w stanie sennego spoczynku.

Gramy (nowe!)

Graj nowe, a powiem ci jakim zespołem jesteś - to zdanie, przed którym drży wiele zespołów (Hello, Placebo! Hello, Coldplay! Hello, tysiące innych!) było najwyraźniej kluczem selekcjonerów paryskiego festiwalu. I choć to kryterium jak najbardziej oczywiste, w przypadku Pitchfork Music Festival Paris okazało się o tyle ważne, że wiele zespołów, które zobaczyliśmy stoi za najlepszymi albumami całego 2012 roku. Dzień 1. - Japandroids - najlepsze gitary roku, John Talabot - ścisła czołówka całego rocznego podsumowania. Dzień 2. - The Tallest Man on Earth - (ponownie) triumfator w kategorii najlepszy wnuk Dylana. Dzień 3. - Purity Ring - jeden z najciekawszych debiutów roku, Twin Shadow - kapitalnie obroniona płyta numer dwa, Grizzly Bear - wystarczy posłuchać Shields.

Jednym słowem - zdaje się, że rdzeń składu trafił z formą, czy - może trafniej - to właśnie obecna forma kwalifikowała grupy do prezentacji materiału na koncertach. Nie chodzi tu zresztą jedynie o jakość samej płyty, ale o ogólny stan obecny, a więc o aktualny inwentarz środków wywołujących dreszcze. Przykładem niechaj będzie tu bardzo dobry występ Animal Collective, których najnowsze Centiped Hz jest ich najsłabszym albumem od wielu lat lub bardzo dobre show Robyn, której ostatnie długograje ukazały się dwa lata temu.

Wchodząc w szczegóły i krocząc drogą chronologiczną na pewno należy podkreślić, że: 

Japandroids - mimo że stworzeni do roznoszenia małych scen, takich jak ta w warszawskiej Hydrozagadce - poradzili sobie bez problemu ze swoim krótkim i mocnym serwisem. Że przez cholerny huragan Sandy do Paryża nie dotarł zespół Chairlift i że znając Chairlift z płyty i z koncertu zdecydowanie jest czego żałować. Że John Talabot szokująco szybko doszedł do bardzo wysokiego poziomu występów oraz że wśród dzikich odgłosów Depak Ine Riverola i Pional wyglądali jak beznamiętni piraci z Karaibów przed rozedrganym tłumem. Że znów okazało się, że hipsterskie i pozahipsterskie zachwyty Jamesem Blakiem nie są do końca zrozumiałe (krytyko, nadchodź! joby, przybywajcie!). Że M83 wystąpili razem z klasycznym składem instrumentalistów, których jednak prawie nie było słychać.



Krocząc podobną drogą przez dzień drugi i trzeci koniecznie trzeba dodać:

(2) że zespół Outfit posiada kilka piosenek średnich i niezłych oraz jedną piosenkę bardzo dobrą, której to piosenki w Paryżu nie zagrał. Brawa! 
Że niestety tłuczone wszędzie Wildest Moments Jessie Ware jest naprawdę niezłym popowym numerem i dobrze brzmi na żywo (trudno!). Że rozpoczęty - tak jak There’s No Leaving Now (2012) - To Just Grow Away, a zakończony King of Spain koncert The Tallest Man on Earth był bez wątpienia jednym z najbardziej poruszających występów festiwalu, między innymi dlatego, że mało kto tak precyzyjnie, a jednocześnie naturalnie znajduje środek między wycofanym wzruszeniem, a charyzmatyczną przebojowością. Że The Walkmen zagrali The Rat (yeah!) i nie zagrali niczego z pięknego debiutu Everyone Who Pretended To Like Me Is Gone sprzed 10 lat (łeee!). Że Chromatics zagrali bardzo dobry koncert i byli pierwszą bardzo miłą niespodzianką. Że Robyn jest fajna, fajnie tańczy i bardzo się cieszy na własnym koncercie. I że Fuck Buttons nie są już tak fajni jak kiedyś, za to Animal Collective są, szczególnie gdy wśród gumowych dmuchawców i nadmuchiwanych utytych hatifnatów grają starocie typu Brothersport i Peacebone.

(3) Że Purity Ring to kolejny ciekawy zespół z Kanady i druga bardzo miła niespodzianka. Że Twin Shadow wypadł fantastycznie - niezwykle luźno, potężnie i sugestywnie. Że Liars zawiedli i to bardzo.

Że Grizzly Bear zagrali najlepszy koncert całego festiwalu.

I że teraz już wiecie dlaczego szkoda, że w sobotę skończył się Pitchfork Music Festival Paris 2012.


niedziela, listopada 04, 2012

Pitchfork Music Festival Paris 2012 - the best of

Poniżej filmowo-skrótowe podsumowanie świetnego Pitchfork Music Festival Paris 2012 / na relację zapraszamy już niedługo!


YouTube-playlist - The best of (8 videos) - below.

And the winner is... :
Grizzly Bear

Top 5 :
Grizzly Bear, Twin Shadow, The Tallest Man on Earth, John Talabot, Animal Collective

Najmilsza niespodzianka / Wow! :-) :
Purity Ring, Chromatics

Największy zawód / What?! :-( :
Liars







sobota, listopada 03, 2012

Pitchfork Music Festival Paris - The best of - 1.11 + 2.11


Najlepszym koncertem pierwszego dnia festiwalu był występ Johna Talabota.

> John Talabot - Depak Ine - live, Pitchfork Music Festival Paris 2012 (YouTube)

Najlepszym koncertem drugiego dnia festiwalu był występ The Tallest Man on Earth.

> The Tallest Man on Earth - To Just Grow Away - live, Pitchfork Music Festival Paris 2012 (YouTube)

Najlepszym koncertem trzeciego dnia festiwalu powinien być występ Grizzly Bear, ale może Twin Shadow ukradnie misiowi co misiowe?

Do napisania + polecamy się na twitterze/facebooku!

piątek, października 26, 2012

Pitchfork Music Festival Paris 2012


Już dziś zapowiadamy relację z paryskiego festiwalu, który rozpocznie się w przyszły czwartek i potrwa do soboty. W Grande Halle de La Villette zobaczymy między innymi:



  • Purity Ring - zespół przechwalony przez organizatora-nazwodawcę (cóż za rzadkość, prawda?), ale wciąż niezły i ciekawy.
  • Liars and it’s no lie.
  • Twin Shadowa - który nagrał jeszcze lepszą od debiutu płytę numer dwa i wygląda dziś zdecydowanie lepiej niż kiedyś (kiedyś vs. teraz).
  • I naszych ulubieńców z Grizzly Bear, którzy bez wątpienia nagrali jedną z najlepszych płyt tego roku, o której postaramy się napisać więcej.

A pełna rozpiska tutaj.


wtorek, czerwca 26, 2012

Optimus Primavera Sound 2012 - relacja - dzień 3. i 4.

PRIMAVERA SOUND W PORTO | WSTĘP + DZIEŃ 1. | DZIEŃ 2. | DNI 3. i 4.

9/06/12 - dzień 3.

Miejscowi twierdzili, że tak przeciągły deszcz w czerwcu to rzadkość, ale przecież gdzie event tam i ewenement. Opis trzeciego dnia festiwalu zaczynamy od pogody nie bez powodu. Po pierwsze - miała ona wpływ na jego przebieg, po drugie - w pewnym sensie odzwierciedlała jego charakter. W czasie deszczu dzieci się nudzą, bo w czasie deszczu dorośli słabiej grają.
W utrudnionych warunkach pogodowych dzień rozpoczęli Gala Drop - Lizbończycy, którzy współpracowali m.in. z Pandą i Sonic Youth - i którzy swoją - inspirowaną rytmiczną warstwą afrykańskich rytmów - muzyką zupełnie nie wpisali się w siąp portoskiej soboty. Problemy z wsiąkaniem w naszą świadomość mieli także Spiritualized - i to mimo ograniczenia prezentacji materiału ze Sweet Heart Sweet Light do niezbędnego minimum (2 numery = Janerkowski styl nie-promowania nowej płyty) i zagrania "coveru" "Walkin' with Jesus" z repertuaru Spacemen 3. Problemy z głębszą percepcją są jednak niczym w porównaniu z problemami z podstawowym odbiorem koncertów, a i tych nie brakowało niestety w Parque da Cidade. Najbardziej bolesne było oczywiście wspomniane już odwołanie Death Cab for Cutie, ale najwolniejsza kolejka świata, w której ustawiali się ludzie chcący posłuchać czegoś także w niedzielę, sprawiała, że nie tylko skasowane występy oddalały się na zawsze w kłujący deszczowy opar. Gdyby tego było mało - żelek z kolegami dostawał na boisku w ciry od naszych-zachodnich-sąsiadów, co frustrowało tych, których nie sfrustrował nie mający wstępu do strefy prasowej opad. Tym sposobem poirytowani byli wszyscy oprócz 1) lubiących deszcz, a jednocześnie olewających niedzielny program, 2) hipotetycznych suchych Niemców-dziennikarzy. Słabe momentum na wejście do najsłabszego festiwalowego dnia.

Zamiast strzępić język i opisywać zasłyszany jedynie w tle set Afghan Whigs lub pastwić się nad The Weeknd (sorry, antypatia całkowita), Saint Etienne (kiedyś naprawdę ciekawy skład, dziś niestety anglo-polo) czy walczącym z technologią Washed Out przechodzimy od razu do dwóch kluczowych koncertów zaburzając nieco ich chronologię.
John Talabot
Przebiegając spod głównej sceny pod tańczący namiot mieliśmy nadzieję, że nasze podejrzenia się nie sprawdzą, ale niestety - w dzień rozczaru intuicja jak na złość nie zawiodła. Z młodym Talabotem jest więc zupełnie jak z młodym Guinchem - płytowo świetnie, koncertowo tak sobie*. Interesujące jest jak szybko Riverola zda sobie sprawę, że podobnie jak jego sąsiad musi zaprosić na scenę nie tylko producenta-wokalistę Pionala (śpiewającego na fIN w „Destiny” i „So Will Be Now”), ale także muzyków, którzy przeniosą studyjne hooki na żywą płaszczyznę. Okazuje się bowiem, że (sorry Natalia) nie „im więcej ciebie tym mniej”, ale po prostu - więcej = więcej. Paradoksalnie nawet minimalistyczna z natury muzyka broni się w pełni dopiero odtworzona po bożemu - w pełnym (czy nawet pełniejszym) brzmieniu.

Żeby jednak nie dać fałszywego świadectwa naszych ogólnych wrażeń trzeba zaznaczyć, że John nie położył debiutanckiego materiału całkowicie i (notujecie byblyzmy?) na amen. Mimo tego, że jego występ - opatrzony nawet w programie etykietą „live” - wisiał gdzieś między standardowym koncertem a bogatszym DJ-setem (by the way - what a waste of time!) znający świetne numery z płyty mogli rozmarzyć się i rozradować słysząc je głośniej i odbierając w bardziej bezpośredni sposób. To dopiero droga do dobrego koncertowania, ale dobrze wiedzieć, że Talabot zaczął nią kroczyć.
The XX

Przed ruszeniem na sklejone ze sobą czasowo sety Riveroli i XX ćwierknęliśmy jeszcze nielicznym nieśpiącym, że oto przed nami „ciemne ciepłe nuty”. Obie pierwsze - i jak na razie jedyne - płyty bohaterów sobotniej nocy są bowiem niewątpliwie zbiorem gęstych, smolistych zabijaków. Lecz jeśli - jak pisaliśmy - ciągutki Katalończyka trochę w Porto rozmokły, to zagęszczenie wielkości na sekundę kwadratową utworu Londyńczyków nie zelżało ani trochę.

Po raz pierwszy widzieliśmy XX na Primaverze barcelońskiej. Byli wtedy nieopierzonymi debiutantami, którzy na wielkiej scenie Ray-Ban (kiedyś Rockdelux, w każdym razie tej ze schodami) dzielnie walczyli z przejawami apogeum pierwszej popularności. Nie chodzi tu zresztą jedynie o onieśmielenie, ale o wyjątkowo intymny, domowy, nocny charakter napisanych przez nich piosenek. Niektórzy wielcy obnażali się przed fanami lirycznie, XX robili to muzycznie grając numery kruche, niemalże wstydliwe. Minęły dwa lata i sporo się zmieniło, ale tu - w przeciwieństwie do potknięcia Beach House - siła, pewność i *większość* w sposób naturalny zajęły miejsce dawnego mikroświata.

Wszystko zaczęło się odważnie, od nowego, uwodzicielskiego „Devotion” - jednego z utworów zapowiadających wrześniowe Coexist, a dalej popłynęło głównie nieco przearanżowanymi, mocniejszymi w gębie numerami z debiutu. Niekoniecznie chodzi tu nawet o faktyczne wzmocnienie (głośniej, bardziej, ostrzej), a właśnie o dobrze pojmowaną przebojowość, hardość wykonania. Potężne „Basic Space” z refrenem a capella jest tu chyba najlepszym, ale nie jedynym przykładem. Romy Madley Croft i Oliver Sim szokują dziś jakością wokalu i - przede wszystkim - umiejętnością prowadzenia nim całej linii melodycznej piosenki. 
Ilościowa przewaga utworów znanych jest w przypadku XX absolutnie zrozumiała, ale ich kompozycyjne sprzężenie z - bardzo podsycającymi apetyt na płytę nr 2 - nowinkami wymaga osobnej pochwały. I o ile nową jakość gry zapisaliśmy na konto duetu Romy-Oliver, o tyle za spójność całości brawa należą się Jamiemu Smithowi. Jego „solowe” (pochodzące z We're New Here - remixowego albumu zarejestrowanego z Gilem Scott-Heronem) "I'll Take Care Of U" wybrzmiało zresztą w drugiej części setu jako fragment "Night Time", bez problemu zaszczepiając się na gruncie grupowego występu.

Koncert The XX na głównej scenie Optimus Primavera Sound 2012 był bez wątpienia jednym z najlepszych momentów całego festiwalu. Zagrane na sam koniec „Stars” rezonowało z wielką siłą w okolicach sceny klubowej, ale także dużo dalej, w wielkiej niecce całkowicie opanowanej przez mocarność „refrenu”, który w depeszowskim stylu wyśmiewa zresztą wszelkie próby opisania wielkich doznań.

No need for talking
I already know
10/06/12 - dzień 4.
Deszczowa piosenka dnia ubiegłego opłaciła się tym, którzy przykolejkowali, by zakończyć festiwal w wielkim stylu. Wielkim muzycznie i architektonicznie, bo jak wspomnieliśmy na początku Casa da Música i Hard Club to miejsca żywe, niezwykle interesujące, stworzone do goszczenia wielkich artystów.


Nick Garrie

Pierwszym z nich (z punktu widzenia naszej niedzielnej chronologii) był Nick Garrie - człowiek-legenda - legendarnie zasłużony (o wspaniałym The Nightmare of J.B. Stanislas z przełomu lat 60. i 70. czytaj tutaj) i niczym stara legenda zapomniany, na skutek nieprzyjaznej fortuny i krzywdzących zbiegów okoliczności.

Koncert Garriego - którego ostatnia płyta - 49 Arlington Gardens - ukazała się w 2009 roku (40 lat po kultowym debiucie) był więc występem dla niewielkiej grupy osób, która a) zna i ceni jego twórczość lub b) nie dostała się na pierwszego, popołudniowego Manguma.
Podczas tegorocznej edycji San Miguel Primavera Sound w Barcelonie Garrie występował dwukrotnie - raz w całości odtwarzając The Nightmare of J.B. Stanislas, raz grając regularny - mieszany set. W Porto okazja do posłuchania mistrza była jedna, a układ piosenek chronologiczny, przekrojowy, opowiadający złamaną karierę piosenkami, które nigdy nie przedarły się do głównego nurtu. 

Otwierające spotkanie „Ink Pot Eyes” to bez wątpienia jeden z najlepszych utworów lat 60., brzmiący pięknie, wyjątkowo, niczym wydane w tym samym - 1969 - roku „The Thoughts Of Mary Jane” z debiutu wielkiego Nicka Drake’a. Jednak mimo tego, że najpiękniej zabrzmiały utwory ze Stanislasa - które słyszane na żywo, w mniejszej sali Casa da Música, jeszcze bardziej niż na płycie nabierały statusu zakopanych skarbów - dobrze było słuchać ich w szerszym kontekście. Po pierwsze - gawędziarski schemat spotkania z Garriem tworzył niezwykłą atmosferę, po drugie - w pewnym sensie nakazywał prosty, akustyczny gitarowy aranż tych piosenek, które tak właśnie - w oryginalnym zamyśle - miały być zarejestrowane na płycie. Dotarcie po prawie połowie wieku do pierwotnej wersji utworu-giganta to przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Za unikatową należy uznać również relację artysta-widz, z jednej strony wymuszoną ograniczonym gronem odbiorców, z drugiej nadal zaskakującą, biorąc pod uwagę wagę materiału. Autor „Deeper Tones Of Blue” (wideo poniżej) żartował, opowiadał (m.in. o podróżach po Europie i miłości do portugalskiej gitary), popijał piwo, w bezpretensjonalny sposób zapraszał do wokalnej współpracy, a po koncercie rozmawiał, dziękował, podpisywał płyty. A więc No need for talking / I already know? Chyba znów ciężko napisać coś trafniejszego.
You Can’t Win Charlie Brown
Best Youth
czyli silna reprezentacja krajowa

Wymienienie You Can’t Win Charlie Brown - autorów jednej z najlepszych płyt ubiegłego roku, zespołu, w którym gra nasz zaprzyjaźniony Portugalczyk, świetny także solowo Luís Costa - w nagłówku to niestety tylko wishful thinking, nie ecstatic listening. Przez wyjątkowo nieudaną (patrz: wstęp) organizację niedzielnych występów minęliśmy się z Charliem pędząc spod zatłoczonej, opasanej długą kolejką sali Hard Clubu w stronę Casa da Música, gdzie o 22:00 meldował się legendarny lider Neutral Milk Hotel.
Nie możemy nie wspomnieć jednak, że samemu Luísowi koncert bardzo się podobał, a przecież zadowolenie muzyków to podstawa zadowolenia słuchaczy. Tak naprawdę rzucamy jednak sucharami, by zatuszować żal i by łzy zawodu miały w co wsiąkać. Czekamy na nich bardzo i - jak pisałem kajając się za nieprzewidzianą absencję - widzimy się za rok, na głównej scenie.

Jedyną zaletą braku Browna okazała się być możliwość żywego posłuchania Best Youth - zespołu, o którym pisaliśmy jakiś czas temu na Orxaterii. Możliwość, którą zdążyliśmy - nie bez bólu - skreślić układając nasz karkołomny niedzielny plan koncertowy.
Muzycy z Porto okazali się na szczęście idealnym pocieszaczem. Numery z EP-ki Winterlies (i spoza niej) szyli przebojowo, zdecydowanie, bezkompromisowo, podbijając swoje studyjne atuty. Było soczyście, rześko i ponętnie, a poza tym - kto nie lubi kibicować gospodarzom?
Jeff Mangum



Gdybyśmy wybrali się na pierwszy koncert Manguma (16:00) uniknęlibyśmy nerwowego oczekiwania na one-and-only „Oh Comely” (utwór nr 1 setu popołudniowego, utwór nr 13 setu wieczornego), ale - jeśli wierzyć setlist.fm - nie usłyszelibyśmy takich cudów jak chociażby  „Song Against Sex” czy „Naomi” z On Avery Island, przed którym legendarny frontman (choć słowo to drastycznie nie pasuje do Manguma) NMH przepraszał za problemy ze strojeniem „gitary dziadka”.
Gdybyśmy zrezygnowali z koncertu Best Youth i udali się na występ Olivia Tremor Control** w celu zajęcia sobie miejsca blisko sceny bylibyśmy zawiedzeni, bo w ramach powitania usadzona w rzędach publiczność została zaproszona pod/na scenę.

Gdybyśmy w poniedziałkowy wieczór (gdzieś na wysokości meczu Francja-Anglia) nie wybrali się do Vila Nova de Gaia nie zobaczylibyśmy tam gwiazdy poprzedniego wieczoru i nie zrobilibyśmy mu szczeniackiego zdjęcia z ukrycia, w momencie gdy opuszcza miasto udając się w stronę wielkiego, zaprojektowanego przez Eiffla mostu łączącego Gaię z Porto.

Gdybyśmy zagadali do niego i poprosili o autograf czar niedostępności giganta mógłby prysnąć.

Gdybyśmy - w końcu - potrafili znaleźć słowa, które choć trochę przybliżą sposób, w jaki Mangum zawiera w swoim wokalu całe bogactwo aranżacji utworów Neutral Milk Hotel, a więc jednych z najwspanialszych utworów jakie kiedykolwiek powstały - opowiedzielibyśmy Wam o tym zamiast niezdarnie krążyć wokół tematu. 


No need for talking po raz pierwszy, po raz drugi, wykorzystane.

Z jednej strony trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie Primavery niż usłyszenie jednego z najcenniejszych numerów na świecie z odległości paru metrów, ale że festiwal jest jednak imprezą to również impreza powinna go kończyć. Koncert Kindness w Hard Clubie spełnił zresztą rolę świetnego katalizatora, który oczyścił nietypowy nastrój obcowania z geniuszami, rzucił w zapomnienie frustry organizacyjne i kazał cieszyć się najprostszym, rozrywkowym wymiarem muzyki.

Przyjemność proponowana przez całkiem opasły scenicznie kolektyw dowodzony przez Adama Bainbridge’a nie jest jednak rozrywką jarmarczną, celującą wyłącznie w podstawy piramidy potrzeb i gustów. Porównania debiutanckiego World, You Need a Change of Mind do dokonań Prince’a z jednej strony zobowiązują, z drugiej już teraz trafnie opisują rodzaj radochy oferowanej przez Kindness. Czysty pop romansuje tu z *muzyką dens*, tą starą i nową, nie ograniczając się jednak do wymiarów jakiegokolwiek gatunku. „Nic nowego” powiecie i będziecie mieć rację, ale oprócz sztandarowej screamadelici mamy tu przypadek wyjątkowo udanego przełożenia studio->scena. 

Wspaniałe, skradzione Replacements „Swingin’ Party” zachwyca tak samo jak na słuchawkach, ale „Cyan” (od którego zaczęli) czy „Doigsong” przebijają na żywo swoje studyjne wersje wynosząc je na poziomy live-sensacji 2012. Świetne chórzystki kapitalnie podkręcają numery rozpinając swoją sceniczną obecność między klasycznym Stop Making Sense Talking Heads, a chórkami Róisín Murphy (wplot w żywca „Sweet Love” Anity Baker niby oczywisty, ale jakże fantastyczny!). Na dodatek - bas szturcha wibracją, perkusja żyje własnym życiem, jednocześnie nie porzucając rytmu, a wszystko to w atmosferze zagrania in-yer-face nie zostawiającego marginesu na jakiekolwiek narzekanie, nawet w momencie gdy - podobnie jak The Sound - na owacyjnie wyklaskanym bisie z braku przećwiczonego repertuaru trzeba powtórzyć któryś z numerów.

Nie narzekamy więc i my, co jakiś czas uśmiechając się do wiadomości od perkusisty Kindness, który napisał, że on też bawił się świetnie.

Czy ktoś chciałby coś dodać?






* zapis naszej przedkoncertowej rozmowy z Díazem-Reixą tutaj
** współtworzonej przez JM jednej z trzech grup-filarów Elephant 6, razem z Apples in Stereo i Neutral Milk Hotel właśnie



Wszystkie zdjęcia i nagrania: Louder Than Bombs (o ile nie zaznaczono inaczej).

Wcześniejsze Primavery:



środa, lutego 22, 2012

Płyta i EPka miesiąca (styczeń + luty) - John Talabot i Granit

PŁYTA MIESIĄCA - JOHN TALABOT - fIN



Jeśli skuszeni pączkującymi w sieci zachwytami wpiszecie w przeglądarkę adres www.johntalabot.com Waszym oczom - zamiast strony enigmatycznego muzyka - ukaże się witryna jednej z barcelońskich placówek edukacyjnych. Położona w pięknej - zielonej, górzystej, ustronnej i praktycznie wolnej od turystów dzielnicy Sarrià szkoła nie ma jeszcze w menu zakładki "znani absolwenci", ale wszystko wskazuje na to, że informatyk będzie musiał wrócić z urlopu. "fIN" triumfalnie zdobywa niezależne salony (24? więcej!) i utrzymuje się w czołówce płyt 2012 serwisu rateyourmusic.com, na którego stronach jest też jednym z najlepiej ocenianych albumów w historii gatunku Balearic Beat. Debiutancka długogrająca płyta barcelończyka rozpycha się jednak w towarzystwie dudniących składanek z palemką, a łańcuch iberyjskich wysp z ich charakterystyczną muzyczną kulturą służy jej głównie do wspięcia się na wyższe poziomy.

Otwierający album, gęsty, zmierzchający na naszych uszach "Depak Ine" nawiązuje tytułem do nazwy leku o działaniu przeciwdrgawkowym wystawiając się tym samym na ciętą czarną ripostę, że na albumie, który zapowiada w dużej mierze chodzi o drgawki. "Destiny", w którym Talabota wspomaga madrycki producent Pional można w ciemno wpisać na listę najlepszych numerów tego roku, a "Journeys" z wokalem znanego z Delorean Ekhiego zgrabnie tłumaczy pożyczoną od Jarmuscha nazwę monachijskiej wytwórni, nakładem której płyta się ukazała (tak, Permanent Vacation). No a jeśli przenieśliśmy się już myślami na północ Europy dodajmy jeszcze, że jak na mieszkańca stolicy Katalonii przystało, młody artysta nagrał album bardzo kosmopolityczny. Orient "Last Land" czy skandynawskie, Knife'owskie "Missing You" to tylko przykładowe tropy. 

Istnieje duża szansa, że na dniach zaprezentujemy Wam tłumaczenie wywiadu z Talabotem, który ukazał się 20.02 w dzienniku El País. Bądźmy dobrej myśli!




EPka MIESIĄCA - GRANIT - GRANIT EP


Jednocześnie, nie opuszczając Barny, polecamy Wam EPkę duetu "Granit". Granit to Alba Blasi i Cristina Checa. Ta pierwsza wskazuje w wywiadach na bardzo słyszalną inspirację Beach House, ta druga udzielała się wokalnie na "Pop Negro" El Guincha. Ubiegłoroczny konkurs na EPkę roku nie został nawet rozpisany, w tym już w lutym mamy kandydatki do medalu. Ujmująca muzyka.