Tradycyjnie lubując się w anonsach po raz kolejny zapowiadamy ranking utworów Waitsa. Po aktualnym wyborze z Toma - to jest przyrepeatowaniu Mule Variations i w trakcie ciągłego wyznawania skończonego dzieła Black Rider - czas na zadymiony knajpiany protest-album po antytoniowym piętnastym listopada. Nighthawks at the Diner z okładką inspirowaną malarzem, którego obrazy można oglądać w madryckim muzeum, o którym wspominaliśmy już w związku z The Clientele.Platinum blondes and tobacco brunettes. Lite another cigarette.
PS A do listy na 2011: EPka Dum Dum Girls (z piękną okładką i coverem The Smiths) oraz nowa PJ Harvey (ze stories from Kongresowa w pamięci).
EL GUINCHO - PRZEWODNIK | CZĘŚĆ 1. | CZĘŚĆ 2. | Alegranza - SUPLEMENT
Kiedy okazało się, że El Guincho wydaje w tym roku następczynię rewelacyjnej Alegranzy ciężko było stwierdzić czy 'on znowu to zrobi' czy 'niczego nie będzie'. Po zadaniu pieprzu multikolorowej papudze i twórczym, porywającym papugowaniu tropikalnych rytmów, po wylądowaniu na trzecim miejscu naszego płytowego podsumowania 2008 przyszedł czas na płytę-ośmiornicę - pieśni 8 + głowa - album nr 3 (licząc mało znane Folías) w dorobku Díaz-Reixy. Poniżej nasz jakże niekompletny przewodnik po Pop Negro i Guinchu w ogóle:
MUZYKA
Sposób tworzenia muzyki przez Guincha przypomina sposób tworzenia pączków przez swedish chefa
- jest radosnym strzałem w tradycję. Z jednej strony są to dźwięki tworzone przez kanaryjskiego zioma (miejsce urodzenia: Las Palmas de Gran Canaria) z wybitnym czuciem subtropików, z drugiej czuć bliskość Hiszpanii i przeprowadzkę do Barcelony. O ile wspomniana Alegranza była wahnięta w stronę wyspiarskiej pstrokacizny, Pop Negro minimalnie przechyla się w stronę osiągnięć spanishpopu, wielkich motywów tanecznych (Saura!) i gęstego miejskiego beatu. Trochę mniej tu Pandy, do którego odwoływano się w recenzjach 2008 roku, trochę więcej soundtracków starych filmów i hitowego zacięcia.
KANARY
The Canary Islands are in the middle of the world and the middle of nowhere. They’re right next to the Sahara desert. Below you’ve got Senegal, above you’ve got Morocco. It’s really far down—the islands belong to Spain, but it’s a three and a half hour flight to Barcelona. (El Guincho, Fader)
+ między innymi:
- ulubiony sklep płytowy - Moebius (http://www.tiendamoebius.com/), - zespół Los Gofiones, czyli twórcy Guincha piosenki wszech czasów - Isa de Salón (ściągnij tu, poczytaj tu).
BARCELONA
Europejski New York New York to Katalonia, czyli jak wiadomo Hiszpania mniej hiszpańska, Hiszpania probyk i trochę jak w alternatywnej wersji reklamy Seata - z hiszpańską precyzją i niemieckim temperamentem. Z jednej strony fantastyczna baza muzealno-kulturalna, kipiąca od drogich klubów i zamkniętych dyskotek, z drugiej ciepła, przybrudzona, z chropowatą piracko-lumpiarską Barcelonetą z ulicznymi festynami, niedzielną gorącą bagietką od Araba i praniem na sznurach. To co? 100 stron bloga o BCN? Chętnie, ale głodnym żywej miejskiej tkanki proponujemy raczej przejrzenie LTB z okresu barcelońskiego i Primaverowych relacji.
Barcelona Guincha to m.in.:
- SURFING - surferskie klimaty na Barceloneciej plaży oraz w na innych barcelońskich piaskach ; Lycra Mistral:
After watching the Tom Curren surfing documentary The Search, I really wanted to do a song like this. In high school there was a group of us obsessed with surfing and bodyboarding. We used to spend Friday to Sunday on the beach and skipped classes whenever we could to go riding the waves. We bought the magazines, watched the movies and all that. I was easily one of the worst, I couldn’t do many tricks and had a strange style, but I used to love it out there in the water. There’s always an incredible moment when the series of waves arrives, you see them a long way out and they start to come towards you - that moment when you start to paddle out and have decide whether to catch that wave or not. It’s a very special sensation that you only get in that situation.
- Gràcia - jedna z najprzyjemniejszych barcelońskich dzielni, w której Díaz-Reixa mieszka ; mnóstwo orientalnych knajp, bliskość parku Güell, kawa i papierosy w Café Nilo, - Sala Apolo - patrz: koncertowe relacje i bootlegi na LTB (Apolo i Apolo [2]):
My favorite music venue so far is the Sala Apolo in Barcelona. I love the bass there and they've been supporting all the bands in the city a lot so they are definitely my first choice! (El Guincho, Pitchfork)
- tropicalia paradise w studio, - zaprzyjaźniony duet Thelematicos - autorzy EPki Thelematicos EP (do pobrania tutaj ; długograj w tym roku) ; Sergio z Thelematicos nagrywał z Guinchem demo genialnego otwieracza Pop Negro - Bombay, - ulubiona audycja radiowa - http://www.fotolog.com/diasderubias, - oraz mnóstwo nieudokumentowanego genius loci.
MADRYT
Mimo tego, że klimat albumów Guincha jest zdecydowanie nadmorski, nie kontynentalny, z kilku powodów warto wspomnieć w naszym przewodniku o hiszpańskiej stolicy. Madryt to miasto, w którym po raz pierwszy słuchałem Alegranzy. Mógłbym bardzo dokładnie wskazać miejsce absolutnego doznania w okolicach stacji metra Ciudad Universitaria. Jeśli chodzi o Madryt Guincha to na Pop Negro liczy się:
- stołeczna, hotelarska, saksofonowa (solówki Jensa Neumaiera) elegancja, - Cinearte - studio, w którym powstało np. FM Tan Sexy - miejsce nagłaśniania filmów Almodovara, którego poskramiany eklektyzm (tak, tak, patrz również: Tetro Coppoli) jest na nowej płycie Hiszpana mocno widoczny. Inspiracja - świadoma czy nie - sięga dalej, np. do:
- spanish-popu:
→ WIDEO NR 5 - MEGAMIX POP ESPAÑOL 80S + cytowana w Lycra Mistral 5-10-15 piosenka Que triste es el primer adiós - i Luz Casal, hiszpańskiej gwiazdy występującej między innymi w nagłaśnianych w Cinearte Wysokich obcasach:
- od Luz Casal płynnie przenosimy się na stację PRODUKCJA:
Wydaje się, że pomijając ruch tropicalismo, wyspiarskie dicho i hitowy pop (hiszpański i światowy), największą inspiracją naszego pupila pozostają producenci:
- Paco Trinidad produkujący album Luz V (Danza Invinto), - Bombay-ska inspiracją produkcją (→ WIDEO NR 8) Promise Ciary, - Afanasieff w (→ WIDEO NR 9) Fantasy Carey (Novias), - ulubieniec autora - numer Muerte midi (z tytułem i podkładem przypominającym ciasny ekran gameboy'a i pixelowe liany w Donkey Kongu) inspirowany kanapowym disciem, wspaniałą klasyczną płytą C'est Chic i postacią Nile Rodgersa:
- inspiracje mimo wszystko kluczowe, powracające i wykraczające poza swoje własne granice. Pop Negro i Alegranza to płyty niezwykle zabawowe, ale bez wątpienia podszyte dźwięczną czułością. To nie chłodny bounce z palemką, to raczej karnawałowy wir z dziurą w sercu jak ocean i jednocześnie radosnym szaleństwem w oku. Częściowo:
Granice zacierają się i pochłaniają chociażby afro-pop, samplowane Avalanches (→ WIDEO NR 13 - The Avalanches - Since I Left You), Miguelito Valdésa z Kuby śpiewającego (→ WIDEO NR 14) Babalú z orkiestrą Casino de la Playa. Czasami objawiają się bardzo namacalnie, jak na wydanej ostatnio EPce Piratas de Sudamérica (→ WIDEO NR 15 - El Guincho - Hindou), czasami są nieoczywiste, np. wtedy, gdy przenoszą na grunt muzyki ideę tropikalistycznego Cinemo Novo - Uma câmera na mão e uma idéia na cabeça - a camera in the hand and an idea in the head (w miejsce "kamera" wstaw samplera!).
Panda Bear - single i zdjęcia z gwiazdami, Muzyczna mapa - komisowe przymiarki.
Dzisiejsze wideo dnia to w pewnym sensie zagrycha wyrzutu sumienia, bo oto obiecałem sobie, że w miesiącu wrześniu, miesiącu - jak mawiała moja licealna wychowawczyni - pieniążkochłonnym (bo i rada i brulion) nie kupię żadnej płyty i już trzeciego dnia złamałem to postanowienie kilkoma draśnięciami laptopowego gładzika. Po wakacyjnej rozpuście miał nastąpić rozsądny odwyk, ale jeśli rano odbieram maila, że można już zamawiać nowy, limitowany do 500 przedpremierowych egzemplarzy, singiel 7" Pandy no to hold on, szwagier, I gotta wyłączyć na chwilę. Wyłączyć zakaz oczywiście, a w dalszej części miesiąca nie otwierać skrzynki.
Singiel to You Can Count On Me - najjaśniejszy (obok Ponytail) punkt występu Pandy na tegorocznej Primaverze - koncertu, który z perspektywy czasu (i z perspektywy tego nagrania) wydaje się mniejszym rozczarowaniem niż wydawał się wtedy. Przepiękny numer, jak pisze Domino - a gentle duet between Panda Bear and himself.
W sprawie muzycznych zamówień - teoretycznie ostatnią przeszkodą dla płytowej globalizacji stały się wysokie koszty wysyłki, które czasem odstraszają i każą czekać na nalot na zagraniczne komisy, na jakieś spontaniczne lub planowane 'go west' (chociaż kiedy taki cdwow oferuje wysyłanie wszystkiego za darmo to nawet ten argument trafia szlag). Teoretycznie, bo sama instytucja sklepu z muzyką nadal przyciąga bardziej niż błysk w oku listonosza. Zbaczając więc z niewygodnego tematu winy rozkładam przykurzoną muzyczną mapę i wspominam kupowanie płyt:
tu, w Berlinie, gdzie obok przetacza się któryś z bahnów,
tu, w Lizbonie, w Louie Louise, gdzie ma się wrażenie, że przyszło się do koleżeństwa pożyczyć coś fajnego do słuchania,
tu, w fantastycznym barcelońskim Revolverze na nierealnej ulicy płytowych komisów,
tu, w madryckim FNACu, który w trakcie naszej hiszpańskiej emigracji pełnił wszystkie funkcje raju,
tu, na sztokholmskim starym mieście, w sklepie gdzie na półce leżało sobie ultrarare promo wydanie domowych piosenek Drake'a (po naszej wizycie już tam, rzecz jasna, nie leży),
tu, w amsterdamskim Distortion, w przepięknej dzielnicy Jordaan, gdzie pan podliczając zakupy zakazuje płacić za Bring On the Dancing Horses Echo & the Bunnymen i mówi, że gdyby trzeba było coś do Polski przesłać to przecież poczta blisko ; albo w Leidzie przy mostku gdzie jest więcej płyt niż we wszystkich polskich sklepach stacjonarnych,
albo nawet tu, na rzymskim Termini, w jakiejś przyjemnej sieciówce.
Jednym słowem miejsca > poczta, ale dzwonek do drzwi i rwanie kartonu to też jakiś urok. Wracając do spraw bieżących - w końcu pojawił się nieprzeskakujący Interpol, który wydaje się lepszy niż po pierwszych niepokojących przesłuchaniach, zobaczymy. + z nowości całkiem fajna EPka (i jeszcze lepszy singiel) zespołu The Hundred in the Hands. A najfajniejsze to zdjęcie:
Na razie Panda na pętli i do nieodległego kontaktu!
Żegnamy się powoli z koncertowym Madrytem, ale żegnamy się in style, bo za nami dwa rasowe koncerty - jeden stricte rockowy, a drugi stricte hmmmmmm...
THE FUTUREHEADS - Międzynarodowy Dzień Muzyki FNAC - 21.06.2008
8/10
Holandia dostawała właśnie w dupę od Rosjan, kiedy na scenę wyszli panowie z The Futureheads. Przyszli, wygrzali i poszli. No i pięknie - tego właśnie oczekiwaliśmy od Sunderland's finest rock band (to oni o sobie). Zaczęli tak jak sobie zamarzyliśmy, czyli od The Beginning of the Twist, ale oprócz nowości znalazło się (na szczęście!) miejsce dla starości - patrz: świetne Meantime czy Decent Days and Nights. Niestety, jeśli dobrze pamiętamy, jedynym (tak, godnym, ale...) reprezentantem News & Tributes było Skip to the End. Ale za to wycięte przepięknie. Wybaczamy.
Ogólnie zagrali bardzo dobrze. Mimo tego, że koncert darmowy - bez najmniejszego olewactwa. Z pazurem i, co w ich przypadku bardzo ważne, z umiejętnym przenoszeniem hooków z płyt na scenę. Co jeszcze z wrażeń estetycznych? 3/4 zespołu wygląda wręcz niesmacznie (zdjęcie, które wybraliśmy robił mistrz, wyglądają tu całkiem znośnie), ale przecież Krzysztof Krawczyk też nie grzeszy urodą, a za Parostatek dalibyśmy się pokroić. Aż przypomina się ta reklama piwa: Helping ugly people have sex since 1928! No to zdrówko, panowie!
BONNIE 'PRINCE' BILLY - Joy Eslava - 10.07.2008
9,5/10
Te, Bonnie! Jedziesz z I See a Darkness! Pan mnie masz zamydlać a nie pierdolić trzy po trzy para piętnaście! jak to powiedział nasz ulubiony 'pan od TELE 2'. No a tu zamiast folkowo zabarwionego indie z najlepszej płyty Oldhama, niemalże Cotton Eye Joe. Jakieś... indie-country? Czyli co? Myślę, że wzór jest bardzo prosty:
(country - pretensjonalność) + (country + dystans do country) + (country + świetne kompozycje i różnorodność albumów Bonniego)
No dobra, nie taki prosty, ale jak działa! Wracamy do występu. Po pierwsze, pokłony przed znakomitym zespołem (układ płciowo-wizualny podobny jak w Sunset Rubdown - mężczyźni średniej urody + laska) - naprawdę fantastyczny skład. Dziewczynka (skrzypce, wokal), dziadzio (bęben + dziwne instrumenty), kontrabasista (polecana literatura: Patrick Süskind - Kontrabasista - no już przestańcie się foszyć o to EURO i czytajcie Niemca) i gitarzysta.
You Want That Picture - live, Joy Eslava, 10.07.2008 ; wideo - my
Po drugie sam Oldham, który ma klasę. Tylko dlatego wspomniany dystans oraz częste żarty nie zamieniły tego koncertu w coś w stylu żenującego występu Art Brut. Brawo.
Materiał. Grali baaardzo dużo z nowej płyty no i bardzo dobrze, bo jest co grać. Te kawałki na żywo ożywają jeszcze bardziej niż podczas odsłuchiwania na słuchawkach. Ot, na przykład You Want That Picture z żartem Bonniego nt. wielkiej disco-kuli (naprawdę wielkiej, sama się prosiła - patrzcie: klip powyżej) zawieszonej pod sufitem klubu Joy Eslava. A no właśnie - miejsce. Joy Eslava to wymarzony klub na koncert Oldhama & co. Przebudowany stary teatr, obsługa w smokingach i niezwykły, kameralny nastrój. Ja byłem tam pierwszy raz, Pani Yoko nie (vide: relacje z Wintercase w Madrycie czy np. Devendra Banhart). Jak przyjedziemy kiedyś znowu do Madrytu to pójdziemy tam na cokolwiek.
No nic, może jakieś podsumowanie? To był naprawdę świetny koncert. Często zabawny, często z wykopem, ale też z mnóstwem wzruszających momentów. A na deser, w środku bisów taka oto perełka:
I See a Darkness - live, Joy Eslava, 10.07.2008 ; wideo - my
Do zobaczenia w kolejnej części!
PS. Darmowe mp3 Bonniego z Daytrotter Sessions do pobrania tutaj.
Nadrabiamy zaległości - już niedługo (dziś? jutro?):
- spóźniona relacja z koncertu The Futureheads (Madryt - Międzynarodowy Dzień Muzyki), - świeża relacja, czyli Bonnie 'Prince' Billy w najlepszym klubie w jakim byliśmy [nie trzymamy dłużej w niepewności - Joy Eslava, Madryt ; było nawet bardziej klimatycznie niż na pamiętnym Domino Showcase (Psapp, Archie Bronson Outfit, James Yorkston) w Fabryce Trzciny],
+ video + mp3
oraz:
- w formie AUDYCJI lub NOTEK (to się jeszcze okaże!) powraca muzyczna mapa - zaczynamy jej specjalne wydanie, czyli kącik Tramwaj 28, a w nim... nowa muzyka portugalska, - poza tym znalezione przez nas lizbońskie skarby (mają znakomity komis, opowiemy) - i inne atrakcje (np. ostateczna zapowiedź Benicassim).
Znajdujący się w kamienicy w centrum Madrytu Klub Siroco wita odwiedzających mniej więcej takim napisem: "Weźcie pod uwagę sąsiadów, kontrolujcie swoją euforię!". Taaaak? No to trzeba było zaprosić na koncert Ryszarda Rynkowskiego albo Edytę Górniak (btw: po wczorajszym meczu Czechy-Szwajcaria nadal męczy mnie pytanie: kto wykona nasz hymn? Isis Gee? Miecz Szcześniak? To może od razu niech wracają do domu?). Gdyby postawić na jednym biegunie Sunset Rubdown to "kontrolowanie euforii" przesunie się na biegun przeciwny.
Euforię to ja mogłem kontrolować na występie supportu. Więcej - gdybym nawoływał moją euforię przez wielki megafon to i tak raczej by się nie ruszyła na powierzchnię, no ale nie mówmy już o nich (do wiadomości - Hola a todo el mundo), było tam kilka sympatycznych dziewcząt i grajcie sobie gdzieś daleko ode mnie ile chcecie.
No i OK - Sunset Rubdown. Znając płyty Kruga & Co. spodziewaliśmy się neurozy i patosu, ale w tym fajnym, mocnym wydaniu. No i niby była neuroza, niby był patos, ale było coś jeszcze. Bo rasowego rockowego setu z kapitalnymi, mocarnymi aranżacjami utworów się już nie spodziewaliśmy. Sunset Rubdown live to nie tylko (uwaga, kontrast!) charyzmatyczny, ale nieśmiały, hipnotyzujący Krug, ale też znakomity (ale to znakomity!) zespół. Co oni wyczyniali nie sposób opisać (perkusista w paski! perkusista w paski! - podaję dla odróżnienia bo było dwóch, zresztą drugi też świetny ; no i basista i ta urocza dziewczynka od instrumentów mniej konwencjonalnych).
Tak mi się wydaję, że z rozedrganego, ale jednak intymnego 2D z płyt, na koncercie muzyka SR przechodzi w porażające 3D, a to dlatego, że zamiast iść w modną dziś kakofonię, muzycy skupiają się na wydobyciu z piosenek siły czystej melodii. O, obgryzają marchewkę do rdzenia (oj, chyba poleciałem Zimochem, no ale nie obgryzaliście kiedyś tak marchewki do rdzenia? Dobra, nie było tematu). Jeśli idzie o klimat - są fascynujący. Patetyczne zaśpiewy nakładają się na marynarsko-ludowe melodie i chórki tworząc albo muzykę orkiestry na statku widmo, albo podkład do jakiejś kompletnie popieprzonej zabawy portowych duchów. Trochę jak upaleni The Decemberists i to jeszcze po jakiejś głębokiej traumie.
No a wracając do występu. Highlighty? Świetne otwarcie w postaci Winged/Wicked Things (wideo poniżej - niestety klub był tak mały, że Krug musiał siedzieć na scenie, dlatego na clipie zupełnie go nie widać. Skupcie się na dźwięku, jest niezły), kontynuacja, czyli Stadiums and Shrines II, Shut Up I Am Dreaming of Places Where Lovers Have Wings i rewelacyjna końcówka części zasadniczej - The Mending Of The Gown. Aczkolwiek całość to najwyższe muzyczne loty. Jeśli będziecie mieli okazję ich zobaczyć, proszę, zobaczcie. Nie będziecie żałować.
Sunset Rubdown - Winged/Wicked Things ; wideo - my
Więcej o Sunet Rubdown i Wolf Parade tutaj. I jeszcze Sunset Rubdown w Daytrotter Sessions - darmowe mp3 do pobrania.
+ taki cytat pasujący do Hiszpanii: I like the places where the night does not mean an end (Bonnie "Prince" Billy - nowy album Lie Down in the Light - świetna płyta z rekomendacją LTB)
pretensjonalny 1. «zachowujący się sztucznie, krygujący się» 2. «zbyt wyszukany, świadczący o złym guście» • pretensjonalnie • pretensjonalność ≠ dowcipny 1. «umiejący mówić, pisać żartobliwie, z humorem, zdolny do spostrzegania śmiesznych stron zjawisk, zdarzeń i ludzi; też: świadczący o takich cechach» 2. «pełen dowcipu»
a
melodeklamacja «deklamowanie utworów literackich przy akompaniamencie muzyki» ≠ śpiew 1. «wykonywanie utworów muzycznych głosem»
a
"gra" na basie ≠ gra na basie
a
dobre płyty wcale nie = dobry koncert.
definicje za http://sjp.pwn.pl
Ale okazało się, że jedziemy na wspaniały Primavera Sound Festival w Barcelonia. Dotychczasowy skład:
808 State, A Place To Bury Strangers, Alan Braxe, Animal Collective, Apparat Band, Dj Assault, Atlas Sound, Autolux, Awesome Color, Bill Callahan, Bishop Allen, Bob Mould Band, Bon Iver, Boris, British Sea Power, Buffalo Tom, Caribou, Cat Power, Clipse, The Cribs, De La Soul, Deerhunter, Digital Mystikz, Dinosaur Jr., Dirty Projectors, Dr. Octagon aka Kool Keith + Kutmasta Kurt, Edan & MC Dagha, El Guincho, Ellen Allien, Enon, Eric's Trip, Fanfarlo, The Felice Brothers, Fuck Buttons, Dj Funk, Gentle Music Men, The Go! Team, Grande-Marlaska, Health, Holly Golightly & The Brokeoffs, Holy Fuck, It's Not Not, Kavinsky, Kinski, Les Savy Fav, Lightspeed Champion, Madee, Man Man, The Mary Onettes, Mary Weiss, The Marzipan Man, Menomena, Messer Chups, Midnight Juggernauts, Mission Of Burma, Mixmaster Mike, Model 500, MV & EE with The Golden Road, Nick Lowe, No Age, The Notwist, Okkervil River, Om, Para One, Pissed Jeans, Polvo, Port O'Brien, Portishead, Prinzhorn Dance School, Public Enemy performing It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back, Robert Hood, Rufus Wainwright, The Rumble Strips, Scout Niblett, Sebadoh, Shipping News, Silver Jews, Simian Mobile Disco, Six Organs Of Admittance, Stephen Malkmus & The Jicks, The Strange Death Of Liberal England, Subterranean Kids, Supermayer, Surkin, The Swell Season, Tachenko, Tarántula, Thomas Brinkmann, Throbbing Gristle, Tiefschwarz, Tindersticks, Träd Gräs och Stenar, Vampire Weekend, Vórtice, Voxtrot, White Williams, Why?, Young Marble Giants.
Hallucinations Dead Sound Great Love Sound Let's Rave On Here Comes Mary Lust Lust Lust Red Tan Love in a Trashcan Attack of the Ghost Rides My Tornado I Know That You Want The Candy The Beat Dies Black Satin Blush Noisy Summer French Disko (Stereolab cover) Aly, Walk With Me
Twilight
Na jednej nodze
Kiedy Bill Berry odszedł z R.E.M., Michael Stipe powiedział "Pies z trzema nogami, to wciąż pies. Musi tylko nauczyć się chodzić w inny sposób". Jednak co robić, gdy "odpada" połowa duetu?
Gdy zamiast wywoływanych Raveonettes na scenie madryckiej Sali Heineken pojawił się mężczyzna z karteczką w dłoni, na widowni zapanowała całkowita cisza. "Cześć. Mam wiadomość od zespołu - niestety, Sune Rose Wagner stracił głos. Próbowali wszystkiego, ale nie udało się wyleczyć go na czas. Zespół rozważał odwołanie koncertu, ale nie chcąc zawieść fanów, muzycy postanowili jednak wystąpić. Śpiewać będzie jednak tylko Sharin Foo". A potem już oklaski, wdzięczność, ciemność, światła i oni.
The Raveonettes na scenie to duet zasadniczy + grający na dwóch bębnach perkusista i podkłady z offu. O poczuciu ściemy nie ma jednak mowy. Więcej - z tak minimalistyczną wizją występu jest Duńczykom do twarzy. Zarówno gdy prezentuja westernowy materiał spod znaku "Pretty In Black" (ich drugiego albumu) jak i wtedy, kiedy z głośników wylewa się ich smolisty, szumiący pop z "Lust Lust Lust".
Zaczęło się od Hallucinations, ale prawdziwego początku setu należy upatrywać w fantastycznej mieszance - Dead Sound (jednego z najsilniej uzależniających singli 2007) i The Great Love Sound z "Chain Gang Of Love" (2003). W tym drugim brakowało co prawda znanego z płyty wokalnego splotu Wagnera i Foo, ale w perspektywie całego koncertu, Dunka zasługuje na wielkie brawa - wokalnie wymiata za dwoje.
Oprócz piosenek ze wszystkich czterech albumów (charakterystyczna dla rockowych koncertów "magia debiutu" znów zadziała i przy dwójce Attack of the Ghost Riders - My Tornado, publiczność szalała chyba najbardziej) pojawił się też smaczek - kapitalnie wykonane French Disko z repertuaru Stereolab. Potem jeszcze gitarowa orgia w pigułce, czyli Aly, Walk With Me i klasyk Twilight na bis.
The Raveonettes pokazali, że można zagrać koncert w artystycznych warunkach ekstremalnych. Aż strach pomyśleć, jak musi wyglądać ich "pełnowymiarowy" występ. Na wiosnę mają zawitać do Polski. Rezerwujcie czas.
slejw: yoko:
The Raveonettes - French Disko (Stereolab cover) - live in Madrid (17.02.2008) przepraszamy za słabą jakość, nie ma na youtubie nic lepszego
No i wychodzi na to, że 'show must go on' i kropka. Nie tylko każdy rodzaj muzyki potrzebuje swojego show-zespołu czy show-(wo)man(a). Potrzebuje go każdy czas i każda epoka.
Nawet jeśli najbardziej cenicie spokojne suity a dobra pościelówa to wasz chleb powszedni - nie pogardzicie idealnym przedstawieniem. Kabaret, bal, ekskluzywna dyskoteka, neony, przystawki, szampan, kasyno, strój kelnera/kelnerki, ROZMACH - wszystko to jest za bardzo podniecające, wszystko to jest overpowered.
15.12 w Madrycie, 25.01 w Krakowie Róisín Murphy zabrała autorów LTB na taki właśnie czarujący indie-bal. Czemu indie-srindie? Przecież wszystko teraz jest "indie", nie? Tłumaczę więc: indie-bal jest independent od konwencji. Murphy łączy bowiem na koncertach dostojeństwo i powagę najpoważniejszych i najbardziej eleganckich przyjęć, błysk kieliszków i szminkę na filtrach (DCFC, right) z frywolnością, siłą i brudem mięsistego dicho.
Zaczyna się fantastycznie - instrumenty dochodzą w określonej kolejności, a przed pojawieniem się głównej gwiazdy publiczność rozkręcają przeurocze chórzystki z charakterem (można się na chwilę zakochać):
(Don't Cry - Kraków)
Potem wymiatania ciąg dalszy. Setlista - miss_feathers podrzuca coś takiego:
Wystarczy obrócić. To setlista i madrycka i krakowska i chyba 'każda' na tej trasie.
Najpiękniejsze/najpotężniejsze momenty? Rewelacyjny Primitive (poniżej wersja z TV), Dear Miami ze świetnymi wizualizacjami, Movie Star (śliczne intro z Somewhere over the rainbow), Forever More (z repertuaru Moloko, poniżej fragment z Madrytu) czy kapitalne Ramalama (Bang Bang) z solowego debiutu Murphy (większość setu to jednak najnowsza płyta - Overpowered).
+ świetny kontakt z publicznością i świetne aranżacje.
I need to get you out of your cave, man I need to let you out of your cage and set you free If tonight's the night I'm gonna show you I ain't got no game plan
Teraz nie ma już wątpliwości. To była bardzo szczera magia.
- od dziś na LTB skala ocen płyt, wydarzeń itd. -> 1-6 :-), - koniecznie zapoznajcie się z debiutem Vampire Weekend - będzie o nich na LTB, świetna płyta!
A to był strasznie fajny koncert! The New Pornographers wygrali z:
- niepełnym składem własnym (choć brak Destroyera jest bardzo bolesny), - problemami technicznymi, - zbyt małą sceną, - bardzo słabym nagłośnieniem.
Wymietli radością swoich rewelacyjnych piosenek (jakoś przeżyłem brak The Fake Headlines), sposobem podania (utwory skondensowane jak mleko w tubce, np. szybsza wersja My Rights Versus Yours) i niespodzianką w postaci zagranego na bis Don't Bring Me Down z repertuaru ELO. Największa radość publiczności? Hmm... niektórzy jarali się wszystkim z nowej płyty (ślicznie wypadło The Spirit Of Giving), niektórzy zaczynali skakać przy kawałkach z Mass Romantic (m.in. świetne Slow Descent Into Alcoholism albo kończący całość Letter From An Occupant), zbiorowy uśmiech nastąpił jednak przy... Sing Me SPANISH Techno, a jakże. Co jeszcze? Niezbyt rozbudowana (nie licząć Thank You po każdym utworze), ale zabawna konferansjerka (po braku jednoznacznej odpowiedzi na pytanie co zagrać - Is this a club of non-speakers? Well, this is From Blown Speakers), zakup (w końcu!) debiutu w koncertowym sklepiku, duchota i - niestety - króciutkość (część zasadnicza + bis = 1:20).
Niewiele krócej grał supportujący Pornosów wujek Józek, czyli Joseph Arthur & The Lonely Astronauts.
Bardzo ładnie zabrzmiało Black Lexus (mp3 do pobrania poniżej), bardzo ładnie wyglądała basistka (pierwsza z lewej), ładne In The Sun zabrzmiało tak! ładnie! w klubie El Sol, czyli The Sun właśnie. Ogólnie support może nie zachwycający, ale miło się czekało w ich towarzystwie. Tym bardziej z pięknym teledyskiem Corbijna do In The Sun w głowie.
NOTKA KONCERTOWA, cz. III - BLACK REBEL MOTORCYCLE CLUB - 3.12.2007, Sala Heineken
BRMC są fajni, to wiedzieliśmy. BRMC tworzą czasem świetne, krótkie, rockandrollowe numery, to wiedzieliśmy. BRMC nagrywają (może oprócz bardzo dobrego debiutu) nierówne płyty, to też wiedzieliśmy. Ale że dzielą koncert na dwie części z czego pierwsza wymiata i rozgrzewa do czerwoności a druga wywala na takie poziomy nudy, że planuje się wspomniane jajka z groszkiem... oooo, tego nie wiedzieliśmy.
Zaczęło się od silnej promocji Baby 81 - na szczęście polegającej na prezentowaniu piosenek najlepszych. Było więc i Weapon Of Choice i przede wszystkim miażdżący Berlin z fantastycznym podwójnym wokalem i powiewającą wśród ubranej na czarno publiczności kartki "Uh somebody!". Mnóstwo ekspresji, światła jak z koszmaru epileptyka i świetny odbiór - zapowiadało się znakomicie.
Setlista wyglądała tak:
a w środku pojawił się piękny cover Dylana (minimalnie ratujący rozlazłą część występu):
The Lonesome Death of Hattie Carroll
No i niby nie zabrakło ani Love Burns ani Whatever Happened... ani zagranego na bis Red Eyes And Tears, ale spora część rockowej fajności BRMC poszła wiadomo-co-się-robić przez niemiłosiernie rozwleczone aranże, które zlepiły się w długą, mdłą naparzankę. Poza tym sztywny podział część szybsza-część wolniejsza nie sprawdził się tu zupełnie. Zabrakło sił na ostatnie okrążenie, zawodnika wyprzedził peleton.
NOTKA KONCERTOWA, cz. II - AIR + Au Revoir Simone - 1.12.2007, La Riviera
Klub z palmami posprzątano i po angielskich łobuzach na scenie pojawił się duet: francuski Chuck Norris + Jean-Benoit Pyszałek. Z pierwszego rzędu można było dostrzec pełne autozachwytu miny i drganie włosków na brodzie. Widziałeś pan, jakie klawiszowe intro? Uhhh, tośmy z Nicolas wygrzali, co? No w sumie to ja, on tam coś plumka na akustyku. O, a teraz patrz maleńka - jedna ręka na elwirce, druga na casio i dawaj Remember. Noo, tak to na pewno nie umiecie.
Ale ale - przed nimi jeszcze przesympatyczne speszone dziewczęta, czyli Au Revoir Simone.
Bardzo fajny krótki set to był, ale po kilku piosenkach musiały boczkiem boczkiem uciekać bo oto Chuck (z kontuzjowanm kciukiem) i Pyszałek nadchodzą wśród świateł migających. Nie no, powaga, wpiszcie sobie w Google Jean-Benoit Dunckel i zobaczcie jego miny. Pamiętacie smerfa Lalusia?
zdjęcie: http://flickr.com/photos/auggie_tolosa/
Ale porozmawiajmy o muzyce. Koncert Air wygląda jak telewizyjne show emitowane w jakiejś międzyplanetarnej stacji TV. Takie świetnie wyprodukowane, poruszające do pewnych określonych w programie granic, ładnie zaplanowane i w ogóle OK. Nie ma co nastawiać się na wielkie emocje czy wzruszenia - raczej na chwilowe silne uderzenia w postaci np. wspomnianego Remember, Kelly Watch The Stars (z "gwiazdkami" z lampek - bardzo urocze) czy Playground Love (w wersji instrumentalnej). Ale jak to w TV-show bywa, wiochy też trochę pokręciliśmy, hm? Muchas gracias zapodane robocim głosem + inne dziwne wokalne zabiegi? Może jednak niekoniecznie. Co jeszcze... a! Fajny zespół, przede wszystkim perkusista, który ożywiał zastygłą elektronikę. Ogólnie bardzo miłe i fajne to było, naprawdę warto wybrać się na koncert Air, ale z artystycznego wzwodu raczej nici.
NOTKA KONCERTOWA, cz. I - ARCTIC MONKEYS - 30.11.2007, La Riviera
zdjęcie: http://flickr.com/photos/feiticeira_org/
Koncert Arctic Monkeys na tej trasie to coś jakby ktoś zabrał wszystkie wasze lalki i podrzucił w zamian same laleczki Chucky. Potem zepsuł układy hamulcowe w resorakach i pomazał czarnym markerem kolorowanki. Oto miłe piosenki grane pod jajecznicowy poranek i sympatyczny dzień na mieście tudzież, niech będzie, hymny spracowanych młodziaków zamieniają się w soundtrack do Horroru w operze czy coś. Oni nie są sympatycznymi misiami, które opowiadają historię każdej piosenki z rogalem na gębie. To impertynencka wyspiarska młodzież, która przyjeżdża na kontynent drzeć na nas ryja. No i całkiem nieźle to wychodzi jak już opuści nas pierwsze zdziwienie.
Setlista z naszego koncertu wygląda tak:
01 Sandtrap 02 This House Is A Circus 03 I Bet You Look Good On The Dancefloor 04 Dancing Shoes 05 From Ritz To The Rubble 06 Fake Tales Of San Francisco 07 Balaclava 08 Old Yellow Bricks 09 Put Me In A Terror Pocket 10 When The Sun Goes Down 11 D Is For Dangerous 12 Fluorescent Adolescent 13 Da Frame 2R 14 Still Take You Home 15 Do Me A Favour 16 Brianstorm
17 Nettles 18 View From The Afternoon 19 If You Were There
ale nie myślcie, że np. 4-6 to PIKNIkowy nastrój. Nie ma. Walimy, Alex. Jedziesz. I jeszcze. I z Balaclavy im wygarnij. No, więc trochę dziwota, ALE trzeba powiedzieć, że to był bardzo dobry koncert. Tym bardziej, że dwa czy trzy dni później BRMC pokazali, że rozlazywanie rockowych numerów na koncertach kończy się takim dialogiem:
- Ej, jest tu taki groszek w puszce? - No. - No bo chciałem zrobić jajka z groszkiem. - Mhm. No, jedna puszka jest w domu, najwyżej się dokupi. - Mhm.
Tutaj czegoś takiego nie było. Tu była pasja, jakość kompozycyjna i jakiś taki koncept-koncert or sth. No i Favourite Worst Nightmare na-żywo-ożywa aż miło.
A publiczność? Heh...
slejw&yoko
Kolejne części (Air + Au Revoir Simone, BRMC, The New Pornographers + Joseph Arthur & The Lonely Astronauts) już wkrótce. Zapraszamy.
Wyobraźcie sobie, że Hiszpania to taki kraj w którym oprócz tego, że przeważnie świeci słońce, a ludzie są sympatyczni, to jeszcze ktoś taki jak Devendra Banhart nie ma najmniejszego problemu z całkowitym wyprzedaniem koncertu w jednej z większych madryckich sal. Na człowieku wschodu to robi wrażenie :)
Po pamiętnym (i wielokrotnie przez nas odtwarzanym na dvd:-)) koncercie na poznańskiej Malcie i świetnej nowej płycie 'Smokey Rolls Down Thunder Canyon' oczekiwania wobec Devendry miałam wygórowane. I nie zawiodłam się. DB na żywo jest absolutnie fantastyczny!
Koncert otworzył pan ze zdjęcia. To Noah Georgeson, jeden z gitarzystów devendrowego zespołu. 'Cześć, jestem Noah i teraz trochę poprzynudzam' oznajmił na wstępie i jak powiedział tak zrobił:) Z towarzyszeniem perkusisty zaprezentował piosenki ze swojej świeżowydanej solowej płyty 'Find Shelter', do posłuchania tu: http://www.myspace.com/findshelter
Niestety Noahowi kompozycyjnie / tekstowo / scenicznie do Devendry daleko. Ale jego występ miał jeden świetny moment. Ciekawą wersją 'Nature Boy', klasycznego utworu Nat King Cole'a, nieco się Noah uratował.
Potem posłuchaliśmy chwilę Os Mutantes (jeśli nie macie pojęcia dlaczego właśnie ich, polecam zajrzenie do październikowej notki Slejwa -> http://loudertb.blogspot.com/2007/10/devendra-banhart-smokey-rolls-down.html ) i już na scenę wkroczył Devendra z zespołem.
Zaczęli spokojnie, na początek 'Samba Abuelita', 'So Long Old Bean', 'Quedate Luna'(w fantastycznej, tropiklanej-prosto-z-selwy aranżacji!) później Devendra zamienił gitarę akustyczną na elektryczną i pokazał pazur :)Prześliczny 'Seahorse' i energetyczna 'Carmencita', 'The other', 'Mama Wolf' i 'Tonada Yanomaninista' na pierwszy bis, achy i ochy! Zresztą, sami zobaczcie.
tu już fragment bisu, czyli Devendra pląsający.
a setlista wyglądała tak:
Samba Abuelita So Long Old Bean Quedate Luna At The Hop Freely Bright Wind My Dearest Friend The Other Woman You May Be Blue Put Me in Your Suitcase Seahorse Bandera Samba Vexillographica Carmencita Shabop Shalom
bis 1 Mama Wolf Long Haired Child Lover Tonada Yanomaninista
bis 2 I Feel Just Like A Child
Ale dwie godziny z Devendrą to nie tylko mnóstwo świetnie zagranych piosenek, ale też: dialogi z publicznością, kolektywne wymyślanie zabawno-aburdalnych nazw dla zespołu ('somos los barbudos lisérgicos que fuman pipa', tłumaczenie udostępniam zainteresowanym na prv:D), monologi DB w jego wenezuelskim szeleszcząco-zdrabniającym hiszpańskim, 'kto ostatnio napisał piosenkę i chciałby ją zagrać??' i jamowanie z wybrańcem, itp.
Kilka słów wstępu. Wintercase to zimowy festiwal objazdowy, organizowany w Hiszpanii już po raz szósty. Ma też swoją letnią, open-space edycję, czyli (tak, wasze podejrzenia są słuszne) Summercase:) Idea zimowej akcji jest taka: zapraszamy 4 indie-gwiazdy i 6 mniej znanych zespołów i, w ramach festiwalu, organizujemy im mini-trasę. Joder,Hiszpanom gratulujemy Wintercase!!
odsłona 1: SUPER FURRY ANIMALS, Ratatat
Jako support zagrał duet Ratatat, dość dziwaczny, ale jednak interesujący. Ich elektroniczno-gitarowe kompozycje wprawiły w ekstazę hiszpańską publiczność. Odniosłam nawet wrażenie, że całkiem spora grupa ludzi przyszła tego wieczoru do Joy właśnie dla nich, a nie dla „starych nudziarzy z SFA”, well..
Po dziwolągach z Nowego Yorku na scenie pojawili się Walijczycy z SFA. Człowiek o dziwnym imieniu, Gruff Rhys, czyli wokalista SFA, powitał publiczność słowami 'Somos animales superpeludos de Gales' ['Jesteśmy superfutrzakami z Walii'], czym wywołał, chwilowy niestety, entuzjazm zgromadzonych. Tak, to właśnie tego wieczoru mit „wspaniałej hiszpańskiej publiczności” upadł. Mogę zrozumieć, że nie śpiewali, ale zagadywanie zespołu, to już raczej nietakt, nawet gruby:) Na szczęście SFA nie zawiedli, mimo chłodnego przyjęcia zagrali fantastycznie. W pierwszej, nastojowo-pościelowej, części setu pojawiły się m.in. 'Juxtaposed with you', 'Hello Sunshine' czy 'Show Your Hand'.
Druga część koncertu to już czysta rockowa energia z, najlepszym momentem wieczoru, zagranym prawie na finał 'The Man Don't Give a Fuck'. A na pożegnanie, 'Para vosotros, para la buena gente de Madrid' ['Dla was, dla dobrych ludzi z Madrytu'] krótki psychodeliczny jam ze zdjęciami Madrytu wyświetlanymi w tle. Klasa. Cymru am Byth!
odsłona 2: EDITORS, The Boxer Rebellion, How I Became the Bomb
Pierwszy z występujących tego wieczoru zespołów, How I Became the Bomb, to synonim sformułowania 'muzyczny obciach.' Bardzo się cieszę, że zdążyłam tylko na dwie ostatnie piosenki w ich wydaniu. Tak, grają tak jak wyglądają. Bodek, dno.
Honor supportów uratowali świetni The Boxer Rebellion. 'We have this place surrounded', jedna z moich 'most played' piosenek, na żywo wypada znakomicie. To samo można powiedzieć o 'Flashing Red Light' zagranym na dwie perkusje. Na koniec krótkiego setu 'Watermelon': Inside, outside, Inside your love. Inside, outside, Inside your love.
Koncert Editors można podsumować jednym słowem: MIAZGA. Słyszałam już peany na ich cześć po warszawskim koncercie w Stodole, ale to co usłyszałam/zobaczyłam przerosło wszelkie oczekiwania. Energia, pasja, radość grania! Tom Smith swoim pięknym smutnym głosem i scenicznym ADHD uwiódł publiczność. Na szczęście chyba przyszli ci z koncertów w Rivierze, więc były śpiewy w spanglishu, nucenie melodii, ole, ole i inne przejawy uwielbienia:)
setlista:
Lights Bones Bullets An End Has A Start The Weight Of The World Blood Escape The Nest Banging Heads All Sparks When Anger Shows Spiders The Racing Rats Munich
You Are Fading Smokers Outside The Hospital Doors Fingers in the Factories
Na finał, w trakcie 'Fingers in the Factories' wyemitowano w publiczność setki mydlanych baniek.
Magiczny moment, magiczny koncert.
Odsłona 3: SPOON, Explosions in the Sky
Na przystawkę bardzo serdecznie, ciepło przyjęci Explosions in the Sky. Panowie z Teksasu, zagrali jeden dłuuuugi, trwający ponad godzinę, ponury utwór:)
Później kolejni reprezentanci ww stanu USA, Spoon. Jakiś czas temu zachwycili nas grając przed Interpolem w Berlinie. Wczoraj potwierdzili klasę, udowadniając, że zasługują na wiele więcej niż tylko 'wspieranie' gwiazd Matadora. Zagrali głównie utwory z nowej, gagaistycznej:) płyty 'Ga Ga Ga Ga Ga', polecamy!!. Było więc 'Don't Make Me a Target' z refrenem odśpiewanym przez publiczność, fantastyczne 'The Ghost of Your Lingers', 'You Got Yr. Cherry Bomb', 'Rhthm & Soul' , 'The Underdog' i przede wszystkim, moje ukochane 'Black Like Me'. Gdzieś w środku setu pojawił się nokautujący duet 'The Way We Get By' i 'The Two Sides of Monsieur Valentine'. Na bis 'Everything Hits At Once' i już 'adiós amigos'. Krótko, ale JAK!
Zamiast objadać się tabletkami trzeba było od razu pojechać na te dwa madryckie koncerty, o których zaraz. 'Hiszpańska publiczność' to synonim słowa 'wymiatać'. Nie dość, że (w większości, zdarzały się oczywiście małe wyjątki) dens nie polega tu na rozbryzgiwaniu piwa i waleniu łokciami w sąsiadów (zaleciało Juwenaliami, co?), to jeszcze ludzie znają i śpiewają teksty. A niektórzy, uwaga, tylko śpiewają (naśladując dźwięki i tworząc na potrzeby koncertu własny anglo-podobny język). Ważny jest efekt - miażdzący.
INTERPOL - 8.11.2007 - La Riviera
fragment zagranej na bis Stelli
setlista
Pioneer To The Falls Obstacle 1 NARC C'mere The Scale Say Hello To The Angels Mammoth No I In Threesome Slow Hands Rest My Chemistry The Lighthouse Evil The Heinrich Maneuver Not Even Jail *** Hands Away Stella Was A Diver And She Was Always Down PDA
Zaczęło się od świetnego występu Blonde Redhead. Koszmarne nagłośnienie zostało wynagrodzone przez sceniczne zachowanie Kazu Makino (to trzeba zobaczyć) i niezwykły oniryczny nastrój krótkiego setu. Potem niezbyt długa przerwa i na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru.
Tu trzeba wyjaśnić sobie jedną sprawę. Zaczęło się od Pioneer, podczas całego występu muzycy zagrali 7 piosenek z nowego albumu. Płyty, jak się okazuje, stworzonej by ją grać na żywo. Wiem, że tworzenie zjebek (przyczepiło się do mnie to słowo od czasu lektury "Na krawędzi" dawno temu, sorry) i pozycja muzycznego znawcy (rozkminiającego co jest skąd zerżnięte i dlaczego) to fajna zabawa, ale muzyka obroni się też przed masową mądralokrytyką. Our Love To Admire triumfuje na scenie, chociaż nie wskazywały na to YouTube'owe przecieki (No I... w jakimś amerykańskim programie kazało się bać). Ale koniec tej bełkotliwej obrony Interpolu nr 3. Nevermind. Do rzeczy.
Po pierwsze, jak mówiłem - wszyscy uczestniczą. Niesamowite musi być czuć na sobie głos 2500 ludzi (tyle mieści La Riviera) śpiewających twoją piosenkę. Uhh... Po drugie - poczucie spełnienia po The Lighthouse, bo strasznie chcieliśmy usłyszeć to na żywo. Warto było czekać - punkt G closera OLTA strzela w publiczność mlecznym światłem i przepala nerwy. Boskość się wdziera do dyskotekowego klubu z palmami. Po trzecie - zapasy, które zgromadziliśmy na dwóch koncertach w Berlinie. Pewnie, gdyby nie one, byłoby nam strasznie żal, że nie usłyszeliśmy Leifa Eriksona (którego podobno czasem grają na tej trasie) czy Specialist. A tak... :-)
Orgazmicznie, bardzo dobrze muzycznie, Kessler szaleje, Carlos (poimo naszego rozpaczliwego apelu) nie 'zgolił wąsa', Banks jednak wokalnie bardzo daje radę, Fogarino tłucze aż miło a klawiszowiec ma kapelusz. Jakby to powiedziała Pani Serwusowa: "Jak dla mnie bomba".
WILCO - 9.11.2007 - La Riviera
Najpierw support - zespół The Sunday Drivers z Toledo. Przesympatycznie grający - cukier w kostkach, drink z parasolką, lato miłości zimą. Posłuchajcie sobie, myślę że warto.
A później...
Jesus Etc.
Np. Hummingbird z wyśpiewanym w całości refrenem:
Remember to remember me Standing still in your past Floating fast like a hummingbird.
Albo niebieskie, kończące zasadniczy set On and On and On ze Sky Blue Sky (tytułowy utwór też wypadł pięknie).
No a Jesus Etc. właśnie? A kapitalne Shot in the Arm (tak bardzo na to czekałem po przesłuchaniu Kicking Television)? A mnóstwo improwizacji łącznie z zasugerowanym przez publiczność "Ole, ole, ole, ole!"? ;-)