Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panda bear. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panda bear. Pokaż wszystkie posty

czwartek, stycznia 19, 2012

2011 - 20 najlepszych płyt




Zapraszamy na pierwszą część naszego podsumowania 2011 roku. 
Druga - lista 40 najlepszych piosenek - już niedługo.




20. Jamie Woon - Mirrorwriting
19. Cults - Cults
18. Atlas Sound - Parallax
17. Nosowska - 8
16. Destroyer - Kaputt
15. Patrick Wolf - Lupercalia
14. TV on the Radio - Nine Types of Light
13. Tom Waits - Bad As Me
12. Elbow - Build a Rocket Boys!
11. tUnE-yArDs -  w h o k i l l 


10. Lamb - 5

Niedobrze jest zaczynać głębszą znajomość z zespołem od informacji, że właśnie zawiesił on działalność. Po raz pierwszy usłyszałem Lamb po ukazaniu się w 2001 roku albumu „What Sound” (pamiętam, że przesłuchiwałem go w Media Markcie we wrocławskiej Galerii Dominikańskiej - wtedy sklepowe odsłuchy były jeszcze normą - i wydał mi się wówczas czymś ogólnie średnim, ale za to bardzo krzepiącym). Moja prawdziwa więź z muzyką duetu z Manchesteru zawiązała się jednak na wysokości kupienia składanki „Best Kept Secrets: The Best of Lamb 1996–2004” z 2004 (wciąż jeszcze był to czas odsłuchów - pamiętam, że spędziliśmy wtedy trochę czasu w podziemiach warszawskiego Traffica przy Brackiej). Tytuł kompilacji podsumowywał i zamykał działalność Lamb, bowiem właśnie od 2004 roku grupa przestała nagrywać, a jej członkowie poświęcili się (mniej udanym) projektom solowym (solowy debiut Lou Rhodes zatytułowany „Beloved One” ukazał się dwa lata później). Trudno powiedzieć jaki wpływ na działalność Lamb miała trwająca pięć lat przerwa (w 2009 reaktywowali się w związku z trasą koncertową), biorąc jednak pod uwagę dość wąską przestrzeń, w jakiej obracają się ich kompozycje można przypuszczać, że to między innymi dlatego ich piąta długogrająca płyta „5” jest powrotem bardzo udanym (koncertowo też wypadają świetnie o czym mieliśmy okazję przekonać się podczas Nowej Muzyki 2011). 
Jeszcze przed powstaniem całego materiału fani mogli zamówić płytę i tym samym stać się mecenasami wydawnictwa. W dobie permanentnej destabilizacji rynku inwestycja w dobrą muzykę zdaje się być wyjątkowo dobrym rozwiązaniem.


9. PJ Harvey - Let England Shake


Według Annie Clark (St. Vincent) to najlepsza płyta tego roku. 

Według użytkowników Rate Your Music to najlepsza płyta tego roku (aktualnie 3.83/5 z 3909 - ładnie, biorąc pod uwagę, że marudność jest dziś bardzo modna).

Według Uncut to najlepsza płyta tego roku.

Według The Guardian to najlepsza płyta tego roku.
Sęk w tym, że to nie jest najlepsza płyta tego roku. 
Ale bardzo dobra.







8. Junior Boys - It’s All True

Nie od razu polubiliśmy się z „It’s All True”, a krótki set w Katowicach niespecjalnie ratował sytuację. W końcu jednak bieg *weszedł*, a mi - zupełnie nagle - objawiło się całe bogactwo tego albumu. Naprawdę, ciężko porównywać nowy materiał Kanadyjczyków ze znakomitymi „Last Exit” czy „So This Is Goodbye”, ale nie ze względu na jakość, a całkowicie inne podejście do realizacji elektronicznego minimalizmu. Chłodny debiut z 2004 roku był zbiorem muzycznych konturów, „So...” kontynuowało monochromatyczną podróż, w kwestii barwy zamieniało jednak plus z minusem; „Begone Dull Care” było nieco mniej udaną mieszanką, natomiast „It’s All True” oferuje niewielką (a więc formalnie minimalistyczną) ilość dźwiękowych kategorii, które obfitują jednak w setki drobnych, czekających na zebranie przyjemności pojawiających się to w jednym, to w drugim uchu. Kiedy więc (przypomnijmy - nagle) otwieramy się na tę oksymoroniczną mini-feerię zakończenie nie może wyglądać inaczej.





7. You Can’t Win, Charlie Brown - Chromatic

Wielokrotnie pisaliśmy na łamach Louder o Luisu Coście (Yes, Luis, it’s still your full name!) i jego świetnych solowych nagraniach. Muzyka Costy jest jednak na tyle prosta i piękna, że paradoksalnie łatwo ją przeoczyć i uznać za *nieważną*. Twórczość zespołu Luisa o długiej-i-niefortunnej-nazwie plasuje się natomiast w bezimiennym (?) nurcie, który ma dziś mocnych, dobrych i ważych przedstawicieli takich jak chociażby Dodos (tęsknimy za jakością płyty „Visiter”) czy jeszcze bardziej - Grizzly Bear. Całościowo muzyka YCWCB (mówiłem!) opiera się więc na kontraście między szybkim tempem, zrywanym wokalem i ostentacyjnie wręcz pędzącym rytmem hitów, a kojącym odcieniem, szeptem i harmonią ballad. I mimo tego, że Portugalczycy przemierzają obszary dawno odkryte i stale mapowane trasami nowych konkwistadorów, ich dźwięków nie cechuje swąd muzycznego ksera. Oprócz chwytliwości i - po prostu - dużej urody tych numerów jest w nich bowiem coś jeszcze - coś, czego nie mogę i chyba nie powinienem móc nazwać.




6. Bon Iver - Bon Iver, Bon Iver

Okazało się, że niepotrzebnie bałem się o Vernona, który po wydaniu cudownego debiutu zaczął rozmieniać się na drobne. Gdyby ta płyta nie była dobra można by jeszcze pięć razy napisać „Bon Iver”, a i tak wierni oczekujący wyczuliby fałsz i odczuli rozczarowanie. 


Tymczasem w 2011 roku autor „For Emma, Forever Ago” wygładza teksturę nie tracąc najwyższego ratingu emocji. Podskórny smutek nie pozwala się tą płytą cieszyć, ale co byśmy bez niego zrobili?










5. St. Vincent - Strange Mercy

Uważni czytelnicy Louder Than Bombs czuli pewnie, że „Strange Mercy” ocierało się często o podium tego zestawienia. Podsumowania zawsze opierają się jednak głównie o wrażenie ogólne, mniej lub bardziej przemyślane, a przez to spóźnione (jesteśmy przecież w drugiej połowie stycznia). To właśnie dlatego lepiej skupiać się na wyróżnionej grupie, a nie numerku przy tytule. Tłumaczę się, ponieważ nie wiem, co Annie Clark mogłaby zrobić, by jednak wskoczyć na pudło. „Strange Mercy” to płyta tak dobra jak „Marry Me” (a tym samym lepsza od środkowego „Actora”). Odpowiednio zbalansowana między przebojem a przekorą, mądra, atrakcyjna i niewątpliwie warta częstych odtworzeń. Lepiej chyba zresztą czytać stare zachwyty, które nawet jeśli przekolorowane, bardziej oddadzą mój związek z tymi jedenastoma piosenkami.






4. Fleet Foxes - Helplessness Blues

Fleet Foxes są zespołem, który jedną płytę nagrywać może przez całą swoją karierę. Nie chodzi tu oczywiście o tożsamość kompozycji, ale o rodzaj wykonywanej muzyki. O ile większość dzisiejszych zespołów ustawia się w bezpiecznej pozycji otwartej, muzycy ze Seattle są - używając nieaktualnej koszykarskiej metafory - ponaddźwiękowi, poskramiający raczej cały gatunek klasycznej gitarowej gry i zamykający go w ramach trwającego kilkadziesiąt minut obrazu. Wspominana wielokrotnie malarskość tej muzyki (podkreślana dodatkowo pożyczonymi od Boscha i Breugla okładkami) wiele mówi zresztą o jej stylu i charakterze. Mnogość wizji, które budzi sytuuje ją w klimacie ogniskowej opowieści, jednocześnie szczelnie oddzielając od powtarzalnej ogniskowej piosenkowości opartej raczej na tanim rymie niż głębokim przeżyciu. Piękny album i piękny nadmorski koncert na ubiegłorocznej Primaverze.






3. Lykke Li - Wounded Rhymes

O Szwecji będzie za chwilę, na razie odłóżmy więc atlas i skupmy się na sytuacji. Sytuacji młodej piosenkarki, która w 2008 wydaje dobry debiut zyskując miano niezależnie popowej i popularnej niezależnej. Jest to położenie przyjemne tylko na pierwszy rzut oka. Oto bowiem kolejni artyści toną po dobrych debiutach pod falami swoich własnych zaledwie niezłych piosenek. Wydaje mi się, że pisałem już kiedyś, iż największą bolączką dzisiejszego świata muzyki nie jest ogrom słabizny, tę bowiem łatwo wyjąć poza nawias. Prawdziwym problemem jest gigantyczna ilość produkcji średnich i niezłych oraz wszelkie konsekwencje tego zjawiska - zaczynając od bolesnej nudy, a na braku przywiązania do artysty kończąc. Słuchając świetnej płyty numer jeden nie możemy już beztrosko dodać jej autorów do białej watch-listy, ponieważ bezlitosne statystyki mówią nam, że za rok nie będziemy o nich pamiętać, a po upłynięciu kolejnych miesięcy oni sami strzelą sobie w głowę średnio-niezłą płytą numer dwa. Cała para idzie w debiuty, za których fasadami czeka na nas nudna twarz kawałka-filistra. Sytuacje, w których artysta przeskakuje swój pierwszy album i nie stawia na przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni powinny więc być bezwzględnie premiowane. I szczerze mówiąć bardzo się cieszę, że poprzeczki nie strąciła właśnie Lykke - ze swoim kaprysem w głosie i siłą w kompozycji. Pierwsza piątka „Wounded Rhymes” („Youth Knows No Pain”, „I Follow Rivers” „Love Out of Lust”, „Get Some”, „Rich Kids Blues”) spokojnie wygrywa z pierwszą piątką „Youth Novels” (problemy mając w zasadzie tylko z centrem, a więc „Little Bit”), a i rezerwowi stanowią ławkę silną i wartą uwagi. Najbardziej sprawiedliwym wynikiem konfrontacji na szczycie szwedzkiej konferencji (patrz niżej) jest zresztą prawdopodobnie remis.




2. Veronica Maggio - Satan i gatan

Kiedy wydawało się, że szwedzkie źródełko ostatecznie wyschło, a skandynawska płytowa döminäcja jest już jedynie wspomnieniem przełomu wieków, to właśnie w Szwecji powstały najlepsze stricte popowe albumy ubiegłego roku. Veronica Maggio - Szwedka o włoskich korzeniach - nagrała płytę, która przyciąga północnym hi-endem, ostrością mroźnych kolorów i niesłychaną przebojowością, a z drugiej strony plasuje się w emocjonalnych (nie dźwiękowych!), południowych rejonach ckliwego, ale jednocześnie gustownego wymiaru wzruszania spod znaku italo disco. Mimo tworzenia numerów ewidentnie radiowych Maggio pozostaje wyrazista i wiarygodna nie zamieniając się w kolejną maszynkę do odtwarzania niewątpliwych, ale też bezdusznie precyzyjnie wytworzonych przebojów. To dzięki temu przymiotniki „uroczy”, „seksowny”, „pociągający”, „interesujący” można stosować z dużą swobodą, bez konieczności dookreślania - czy chodzi nam o utwór czy o wykonawczynię.





1. Panda Bear - Tomboy


Wielkie zespoły opierają się zazwyczaj na wielkich osobowościach, a te prezentują najczęściej postawę renesansową nie mogąc płynąć w jednym tylko muzycznym kierunku. Przykłady świetnych solowych albumów członków równie świetnych zespołów można by mnożyć, statystycznie jednak wielka płyta wiąże się najczęściej z rozstaniem z macierzystą formacją. Odwracając to jakże uroczenie określenie możemy stwierdzić, że ten, który odchodzi solowym debiutem formuje dla siebie nową macierz. Sztandarowym przykładem może być „Imagine” Lennona, wydane jedynie rok po „Let It Be”, a przecież o wiele lepsze („The Long and Winding Road” to honorowe trafienie McCartney’a) i całkowicie odmienne. Poprzednia, niesamowita płyta Lennoxa (różnica zaledwie jednej literki!) ukazała się w 2007 roku, zaledwie kilka miesięcy przed „Strawberry Jam” - jednym z najlepszych albumów Animal Collective. Ta - w przeciwieństwie do wspomnianej „Person Pitch” trafiająca na rynek w atmosferze wyczekiwania - w roku 2011, a więc dwa lata po rewelacyjnym, a do tego najlepiej przyjętym przez krytykę „Merriweather Post Pavillion”. Cała ta kalendarzowa żonglerka ma za zadanie pokazać, że mamy do czynienia z niecodzienną sytuacją, w której wyżyny twórczości zespołowej współgrają z najlepszą passą jednego z zawodników. Tak naprawdę pomaga mi jednak nie pisać o samych piosenkach z „Tomboy” i tym samym nie wyrządzać im zbytecznej krzywdy. To płyta z muzyką nietykalną, auto-definiującą, Witkacowsko poszczególną, a jednocześnie dogłębnie poruszającą na poziomie, na który wspinają się tylko najwięksi. Noah Lennox po przeniesieniu się do Lizbony wyrasta właśnie na kolejnego wielkiego i osobnego Lizbończyka, który w swojej niesamowitej „księdze niepokoju” potrafił zawrzeć utwór tak balsamiczny i ratujący duszę jak „Last Night at the Jetty” tworząc tym samym płytę kompletną i pisząc pierwszy prawdziwy klasyk nowej dekady.

wtorek, marca 08, 2011

Build a rocket BOYS!


Sporo było ostatnio o kobietach, które zasłużenie biorą w końcu szturmem świat muzyki. W dzień kobiet, (och jakże) przekornie, tylko o chłopakach:

Zupełnie nie wiem, jak to się, jak to się stało, że nie znajduję w archiwum LTB opisu wrocławskiego, nowohoryzontowego koncertu Junior Boys. Trudno, a nawet lepiej - pisząc pocztówki z OFFa nie będę musiał uważać na powtórzenia. Na powtórzenie formy z Warszawy (CDQ) i Wrocławia (ENH) jednak liczymy, bo te dotychczasowe podejścia do żywych Boys Boys Boys przebiegły bez najmniejszej skuchy.

Co jeszcze? Destroyer, na którego OFFowy występ cieszymy się chyba najbardziej. The New Pornographers widzieliśmy na koncercie dwa (świetne) razy, ale ambasador pasującego zarostu nie ukazał nam się ani w Madrycie ani w Barcelonie. Widzę, że wspominałem już o uwielbieniu do Destroyer's Rubies, ale nie padałem na kolana przed jedną z najpiękniejszych piosenek miłosnych wszech czasów. Ludzie, naprawdę, pilnujcie mnie, bo nie wiem co czynię. No nic, gramy zaległości teraz, w ramach wakacyjnych zapowiedzi:


Lekcja. Temat: Let the one who lies next to me lie next to me jako najprostsze wyrażenie podstawowego życzenia człowieka kochającego.

A na koniec - podsumowanie co ciekawszych rekwizytów rzuconych w głębiny wrzutni w ciągu ostatnich kilku dni:

1) a propos Nowych Horyzontów - w tym roku Grinderman na pięknej Wyspie Słodowej. Pamiętajcie, że Brosy, Offy i Globole nie są wliczone w cenę biletu,
2) anonsowana dziś piosenka Pecknolda i Droste'a jest naprawdę ładna, więc ściągnijcie ją i puśćcie wszystkim, którzy mówili Wam, że "dzis nic za darmo",
3) pobierzcie również nowy numer Guillemots, bo odruchem całkowicie bezwarunkowym sam się repeatuje,
4) no a przede wszystkim - słuchajcie nowej, pięknej, najlepszej chyba od czasów debiutu płyty Elbow! To będą szczyty tego roku, bo dobrze napisał Uncut: It's a quietly beautiful record: anthemic, but not bombastic, a tego nam przecież trzeba.



+ spoza wrzutni: 5) zbieramy te rewelacyjne single, słuchamy świetnego - jak się okazało - koncertu Pandy z ubiegłorocznej Primavery i szykujemy się na kolejną płytę roku. Tym razem nie przegapimy.

Pozdrawiam, a jak całkiem wyzdrowieję, zaserwuję niespodziankę, która stałych czytelników być może rozbawi. Do kontaktu!

PS (edit): Naprawdę nie jest ze mną najlepiej. Zapomniałem się pochwalić, że robiłem kiedyś polską stronę o Elbow (linkowaną na oficjalnej stronie zespołu) + otrzymałem od Nich osobistą mailową kartkę na Boże Narodzenie. Co-za-przeoczenie!

poniedziałek, stycznia 31, 2011

PODSUMOWANIE 2010 - piosenki roku






PODSUMOWANIE 2010 | PŁYTY | EPki | PIOSENKI




Przed Wami ostatnia część muzycznego podsumowania ubiegłego roku na Louder Than Bombs - piosenkowy elementarz 2010. Jest alfabetycznie, z dopasowaniem do potrzeb (tj. z pierwszą literą od artysty lub tytułu utworu), a ilościowo - najskromniej jak się dało, chcieliśmy bowiem, aby w zestawieniu znalazły się numery faktycznie najlepsze i faktycznie ulubione. + przy literach to wyróżnienie piosenek bardzo dobrych i często słuchanych. Zapraszamy do czytania, słuchania, oglądania, a w połowie lutego planujemy złapać w końcu kontakt z nowym, młodym rokiem.






- BEACH HOUSE [+ do wyboru z Teen Dream]

Może to i absurdalne, że przestrzeń 0-9 wypełnia piosenka z dziesiątką w tytule, ale sam utwór - znakomite 10 Mile Stereo - poniżej rejonów dziesiątkowych nie schodzi ani na sekundę. Śmiem twierdzić, że od czasów OK Computer i Exit Music (For a Film) nie powstał tak poruszający numer traktujący ściśle o bezwarunkowej nieprzemijalności uczucia. Beach House dokonują tu niemożliwego i cały rozmach piramid, panteonu, przestrzeni i nieboskłonu zawierają w przytulnym mikrokosmosie pięciu piosenkowych minut, tworząc tym samym muzyczną szklaną kulę z chatką, śniegiem i zaprzęgiem. Jeśli dodamy do tego kapitalny, charakteryzujący zresztą całe Teen Dream, songwriting, otrzymujemy kompozycję wybitną, zaspokajającą muzycznie, a jednocześnie definiującą uczucie bycia lasting part of everlasting love.

posłuchaj
zobacz (live, Primavera Sound 2010)



- BROKEN SOCIAL SCENE (feat. Lisa Lobsinger)

Zdecydowanie najlepsza piosenka na ubiegłorocznej płycie Broken Social Scene swoją repeatowalność zawdzięcza głównie wokalowi, dykcji i urokowi emisji Lisy Lobsinger z Reverie Sound Revue. Powiedzieć szybko i bezbłędnie It's like the all to all the all to all the ultimatum to raz, nagrać jeden z kawałków roku to dwa. To dwa.

posłuchaj
zobacz (live, Primavera Sound 2010)

+ na A:

Aias - A la Piscina
Arcade Fire (poza głównym zestawieniem z powodu nieznośnej sztywności alfabetu) - Ready to Start / Half Light I / Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)



- Spain [+ Here Sometimes / Not Getting There]

Z najbardziej niedocenionej płyty 2010 roku pochodzi utwór dorównujący wielkością opiewanemu przeze mnie powyżej 10 Mile Stereo. Dwa tak miażdżące uczuciowo fragmenty mogłyby z powodzeniem stworzyć zestaw "Mały zawałowiec", z drugiej strony - obcowanie z nimi wynosi słuchacza na niesłychane poziomy ukojenia. Abstrakcyjne kontrasty zostawmy jednak na boku. Spain broni się samo i broni się jako zamknięta całość. Wciągane przez muzyczne wiry, rozciągnięte w nieskończoność wokalizy Kazu Makino (No more calling y___o___u___ i No more missing y__o__u__) rozbijają się majestatycznie o beatowy falochron, a całość zapewnia same przypływy i żadnego odpływu wielkiego zachwytu. Tekstowo jest wyjątkowo ciekawie, w stylu zgoła almodowarowskim (The dancer says he is the one to share my bed) czy nawet bergmanowskim (My sister says: no more calling you), no i cóż, znów chyba zaczyna się tak dziać, że wszyscy grają, a wygrywa... Japonia... i Włochy... no dobra - Hiszpania.

posłuchaj

+ na B:

Best Coast - Our Deal / I Want To



- Careful What You Say

A tu wystarczy belferskie: "jakbyś słuchał, to byś wiedział" i odautorskie zaproszenie do zapoznania się z naszym podsumowaniem EPek. Powtórzę tylko, że Careful What You Say rozpala i przywraca sformułowaniu "koronkowa robota" jego pierwotny seks (lub jeśli wolicie - sens).

posłuchaj

+ na C:

Cults - Go Outside



- ROBYN [+ Love Kills / Hang With Me]

Halo, halo! Takich hymnowych piosenek już się dawno nie robi! Dicho normalne dało nura w nudne, rozmemłane suity dla dresów, a dicho alternatywne chowa się po niszach! Aż tu nagle przychodzi Robyn i nagrywa piosenkę, którą każda szanująca się radiostacja powinna nadawać przynajmniej raz dziennie. Pisałem już pewnie o satynowej strukturze, piano black czerni, błyszczącym szyku, grubym podkładzie, matującym (nie odbłyszczającym, szach matującym!) motywie przewodnim, ale podkreślania perfekcyjności tego kawałka nigdy za wiele. Dancing On My Own? Za każdym odtworzeniem. A must.

posłuchaj
zobacz (teledysk)

+ na D:

Delorean - Real Love / Warmer Places / It's All Ours
Dum Dum Girls - Oh Mein Me / Jail La La / Rest Of Our Lives



- Bombay [+ Mientes (con Julieta Venegas) / Lycra Mistral]

No te vayas a China que alli no tienen cortinas
como las que nos escondieron de todos los demas


i to co potem to najczęściej słuchane przeze mnie pół minuty muzyki w roku 2010. Cały Bombay oferuje wybicie z dna Morza Martwego na sam wierzchołek Mount Everest, a mówiąc językiem "bliższym ludzkich spraw" - wystrzelenie z największej depresji na najwyższe szczyty radości.

posłuchaj
zobacz (teledysk)

+ na E:

Everything Everything - MY KZ, UR BF (patrz: piosenki roku 2009) / Leave the Engine Room



- DEERHUNTER [+ Revival / Desire Lines]

Od razu widzę jakąś di Trevi, Cibeles czy inną tańczącą na Montjuicu i w związku z tym współbrzmię z tym świetnym, najlepszym chyba na Halcyon Digest, numerem, który wessał w siebie pokłady ciepła z całego sezonu grzewczego i teraz oddaje je czyniąc zimę znośną. Pierwsze miejsce w konkursie małych form.

posłuchaj



- Strawberry Skies (feat. Laurel Halo)

Truskawki dobrze schodzą na rynku muzycznym. Wystarczy wymienić epokowe Strawberry Fields Forever, Strawberry Wine (której to płyty można, jak wiemy od wuja Destroyera, słuchać 131 razy pod rząd) czy właśnie ubiegłoroczne Strawberry Skies. Wspaniale wkręcająca piosenka i jedno z najlepszych połączeń chwytliwego songwritingu z pociągającym wokalem od czasów współpracy Vince'a Clarke'a z - cytat za wyświetlanym w TVP Kultura programem o latach 80. w muzyce - Alisonem Mojetem.

posłuchaj
zobacz (teledysk)

+ na G:

Girl Talk - do wyboru z All Day



- THE BIRD AND THE BEE [+ Kiss On My List]

Z cyklu "Samowystarczalni artyści recenzują się sami":

they were playing that song
And then it stuck into my head, stuck into my head


i

When we parked the car, they were playing that song
And we turned it up to ten and started up again


i jeszcze:

Every time I hear it play
I think of you and those summer days
Oh, I can still remember
When I heard it on the radio


posłuchaj

+ na H:

High Places - On Giving Up
Holly Miranda - Waves



- SUFJAN STEVENS

Był sobie król, był sobie paź w wersji 2010, czyli piosenka, która powinna ukazać się na singlu-pozytywce. Sufjan w szczytowej formie.

posłuchaj

+ na I:

Isobel Campbell & Mark Lanegan - Sunrise



- Younger Us

Najlepszy rockowy kawałek 2010? Bardzo możliwe. Younger Us - piosenka nr 1 na dotychczasowym bestofie Japandroids - tłucze skondensowaną gitarą, taranuje mocarnym refrenem, a przy okazji tchnie gęstą nostalgią za fajnym sezonem.

posłuchaj

+ na J:

J*Davey - Fight the Daylight
Janelle Monáe - Cold War



+ Miami Horror - I Look To You

Nie miałem przyjemności zapoznania się z całością ubiegłorocznego Illumination, ale słaba tegoroczna płyta Cut Copy może spowodować, że przeproszę się z Miami Horror na drogach poszukiwania dobrej nuty z Melbourne rodem. Pytanie tylko, czy bez pomocy zjawiskowej w I Look To You Kimbry Australijczycy są w stanie kosić tak dobrymi momentami. Mniam mniam, pyszota.

posłuchaj
zobacz (teledysk)



- DËNVER [+ Mi primer oro / Olas gigantes]

O Maryjanno, czyżbyś była zakochana? Bardzo możliwe, bo Lo que quieras - najcenniejsza zdaje się (zdaje się, bo wybór ciężki) perełka na Música, Gramática, Gimnasia - tchnie bzami, a Marianie Montenegro doprawdy do twarzy marzyć. Cały, niby prosty, trik opiera się na przewijającej się przez utwór nuconej pętli, ale jakże dobra jest ta nucona pętla! Słuchać prosto do ucha.

posłuchaj i zobacz (teledysk)

+ na L:

Lightspeed Champion - Dead Head Blues
Los Campesinos! - There Are Listed Buildings
Lower Dens - Rosie



- Primera Estrella [+ Sufrir (feat. Jens Lekman) / El Almanecer lub No Te Cuesta Nada lub Un Audifono Tu, Un Audifono Yo]

Jeśli uważnie śledziliście (a na pewno uważnie śledziliście) nasze poletko na last.fm, naciągnięcie reguł podsumowania właśnie w przypadku Meny nie powinno wydawać się Wam dziwne. Po wgryzieniu się w ten krótki album nie sposób zorientować się na konkretną piosenkę. Karty LTB zapełniały się już zgłoskami zachwytu nad artykulacją spółgłosek przez młodą Chilijkę, ale naprawdę ciężko nie łapać i nie uwielbiać tych małych smaczków rozproszonych po całej powierzchni albumu. Javiera Mena nagrała kiedyś jeszcze lepszą płytę - debiutanckie Esquemas juveniles (okładka!) wyznacza absolutne wyżyny popu okresu dojrzewania, czaruje niesamowicie dobrymi piosenkami i całkowicie zasłużenie topuje latynoamerykańskie podsumowania płytowe ubiegłej dekady. Wybór Primera Estrella na ten-jeden kawałek do podsumowania może wynikać z jego zawieszenia między aksamitnym, pudrowym charakterem Esquemas... a dyskotekową, do-przodu konwencją Meny. Odpowiedzi, że został wybrany, bo to jedna z kilku najlepszych piosenek 2010 także będą uznawane.

posłuchaj
zobacz (live)

+ na M:

Memoryhouse - To the Lighthouse



- Glitter

Przyciśnięty do muru, wybrałbym pewnie coś z Nouns, ale polemiki z twierdzącymi, że Glitter to najlepszy numer w historii No Age nawet bym nie zaczynał. Nasycenie melodyjnością jest tu zaskakująco spore, ale za taki radiowy sell-out większość grających dziś zespołów dałoby się pokroić. Nie gorzej jest w warstwie lirycznej. I want you back underneath my skin, mimo wywoływania skojarzeń iniekcyjnych, plasuje się w ścisłej czołówce wersów roku, a współgranie refrenowego I've been wonder-iiiing z rozprzężeniem gitar tylko tę pozycję umacnia.

posłuchaj

+ na N:

The New Pornographers - Crash Years
Nite Jewel - Am I Real? (feat. Teen Inc)



- CARIBOU

A to jest najlepsza piosenka w historii Caribou. I nie ma problemu.

posłuchaj
zobacz (teledysk)

+ na O:

Owen Pallett - Lewis Takes Off His Shirt



- You Can Count On Me

Niewiele jest osób, które z wielce monotonnego motywu pa-ra-ra ~ pa-ra-ra | pa-ra-ra ~ pa-ra-ra | pa-ra-ra ~ pa-ra-ra | pa-ra-pa-ra-pa-ra potrafią wykuć fantastyczną piosenkę, która zarazem uspokaja i nie daje spokoju. Niewiele, ale jednak istnieją. O, na przykład Noah Lennox.

posłuchaj

+ na P:

Parallels - Find the Fire / Reservoir / Vienna



- ARIEL PINK'S HAUNTED GRAFFITI [+ Bright Lit Blue Skies / Can't Hear My Eyes]

Wyobraźcie sobie sklep z najlepszymi popowymi hookami, telewizyjnymi hitami lat minionych, radiowym nastrojem nocnych audycji, refrenami tak czepliwymi jak numery, którymi faszerowała Was katechetka. A teraz przychodzi Ariel rzuca się w to wszystko na bombę.

posłuchaj
zobacz (teledysk, reżyseria: Wayne Coyne / George Salisbury)



- THE NATIONAL [+ Anyone's Ghost / Bloodbuzz Ohio]

Sorrow - piosenka stylistycznie i nastrojowo spokrewniona z Daughters of the Soho Riots z Alligatora - brzmi jednak jak ukryty utwór z płyty Boxer. Berninger śpiewa Sorrow's my body on the waves i utrzymuje słuchacza w takim właśnie - melancholijno-bezwładnym stanie. Czarodziejstwo.

posłuchaj

+ na S:

Sleigh Bells - Tell 'Em
Soutaiseiriron - Miss Parallel World / Kininaru Ano Ko
Spoon - Goodnight Laura / Written In Reverse / Trouble Comes Running
Stricken City - Animal Festival



- All Around and Away We Go

I znowu - otwieramy podręczniki na wpisie Wideo dnia #161 and away we go.

posłuchaj
zobacz (teledysk)

+ na T:

Teen Inc. - Friend of the Night
The Tallest Man on Earth - The Dyring of the Lawns
Tokyo Jihen - wedle upodobań ze Sports
Triángulo De Amor Bizarro - De La Monarquía A La Criptocracia
Twin Shadow - Tether Beat / Castles in the Snow / Tyrant Destroyed



- Neuneu [+ First Love / Sex Dreams And Denim Jeans]

No taaak, jest gała radioodbiornika w utworze tytułowym i kopiąca w prąd kolan rozmowa telefoniczna w First Love, ale to Neuneu wygrywa playcountem. Seksapil rozpisany na prostą, taneczną nutę z tak charakterystycznym dla Uffie ironicznym tekstem. You wanna talk about it? Uh! Let her talk about it!

posłuchaj



- The Dawn of Your Happiness Is Rising

Numer 1 z Amoral faktycznie bardzo amoralnie obchodzi się z naszym czasem i każe się powtarzać w długich seriach. Może nie tak długich jak Spectator & Pupil z EPki z 2009 roku, ale może jednak. Zostawmy statystyki i cieszmy się jednym z najlepszych otwieraczy 2010.

posłuchaj

+ na V:

Vampire Weekend - Horchata / White Sky



- Ashes to Ashes (David Bowie cover)

Coverowanie to zajęcie bardzo niebezpieczne. O ile kiedyś, z wywieszonym jęzorem czekało się na smaczki w postaci innych, ciekawych wykonów znanych kawałków, o tyle era masowego internetu, tysiąca i jednego tribjutu i miliona cover-sesji sprawiły, że emocje chciały się odbić od dna i dno zarwały. Raz na jakiś czas pojawia się jednak w tej beczce dziegciu łyżka miodu i takim właśnie miodem na uszy jest Ashes to Ashes w wykonaniu pań z Warpaint. Utwór niby nieruszalny i dziwnie brzmiący poza ustami Bowiego, ale kogo to obchodzi jeśli brzmi tak dobrze?

posłuchaj



- THE HUNDRED IN THE HANDS

Ja wiem, że modły do tak prostego motywu gitary mogą się wydawać na-iwne, ale co ja poradzę - Young Aren't Young zaskakuje. Tłumacząc tę małą językową prowokację wyjaśniam - zaskakuje nie w znaczeniu "zadziwia", a "wskakuje w trybiki". Jeśli to Wam nie wystarcza (to Wam nie wystarcza?) dodajcie piękny wokal Eleanore Everdell i (tak, równie banalne jak gitara) pół-mówione outro. Zresztą, co ja się tłumaczę? Od kiedy to popowy hit nie jest fajny?

posłuchaj



No a teraz już Zapraszamy do słuchania i polecamy się na luty. Ewentualne pominięte piosenki trafią do tegorocznej musztardy. Dzięki i do przeczytania!

poniedziałek, stycznia 17, 2011

Wideo dnia #172



Blue eyeshadow, it's not exactly blue though! Słuchanie nowej piosenki Pandy i jednoczesne myślenie o zbliżającym się - na tyle na ile w styczniu może zbliżać się maj - podwójnym doznaniu Animal Collective na żywo. To zdecydowanie może zrobić dzień. Malta, Primavera i Warszawa, Primavera. Miło mi, ja Krzysztof i "wybieram się".

ATIBA EVANS Panasonic GH2 Skate from skatefairy on Vimeo.



+ do pobrania (JP's Blog)

środa, grudnia 29, 2010

AV - miejskie playlisty - Lizbona



Lizbona zasługuje na miano *czegoś* południa, tak jak Amsterdam zasługuje na miano *Wenecji północy*. To miasto górzyste, chłostające oceanicznym wiatrem, kameralne, tajemnicze, przygodowe, ale nierozbuchane. Lizbona to miasto Fernanda Pessoi i nie chodzi tu o breloki i kubeczki ze strefy wolnocłowej. Wyświechtane saudade coś jednak portugalskiego definiuje, a saudade w wykonaniu Pessoi to szczyty estetyki, kultury i ducha. Pomimo prób upupiania jego dorobku świadomemu czytelnikowi aż chce się nosić bluzę z cieniami jego heteronimów i szczerzyć zęby, gdy okazuje się, że w "Nowych kronikach wina" artystę cytuje Bieńczyk. Jasne, można z przekąsem cytować za Kunderą "Kafka was born in Prague" i dodawać "Pessoa was born in Lisbon", ale lektura "Księgi niepokoju" nakłada niezwykłą warstwę na obcowanie z tym miastem. I tak jak najbardziej dającą się pokochać metropolią jest Madryt, najbardziej soczystą Barcelona, itd. itd. itd., tak Lizbona (może ex aequo z Walencją) jest miastem najbardziej przytulnym. Dla poszczególnych osobowości Pessoi pewne jej fragmenty stanowią absolutnie stały ląd, punkt zaczepienia i latarnię morską. Dla samego autora były to być może ogrody Estrela mieszczące się tuż przy domu, w którym zamieszkał. Dla Bernarda Soaresa jest to Rua dos Douradores. Dla innych i dla nas: wszystkie pozostałe kolejki, ujścia Tagu, punkty widokowe, genialne wina wszystkich regionów, elevadory, babeczki śmietankowe i babeczki piwne, żółte tramwaje, które dziś mają fantastyczne muzeum, Belemy, Baixe, Chiada, Alfamy i wszystkie części biało-granatowego kalejdoskopu. Lizbona pombalowska, czyli potrzęsienna, ale nie współczesna (tj. stara i modernistyczna, nie peryferyjna - stadionowa czy blokowa) jest dla przyjezdnego hotelem z początku "Roku śmierci Ricarda Reisa" Saramago - częścią stałą i wieczną - suchą, oświetlaną ciepłym światłem wyspą na morzu mgły i wilgoci. Bardzo w stylu kojących harmonii na pierwszej płycie Noah Lennoxa i bardzo w stylu radości z lektury miejskiego przewodnika autorstwa Pessoi, który prowadzi nas po Lizbonie gdy już "opuścimy statek".

1) PANDA BEAR - Bros (albo jeszcze lepiej w wersji Bros live at ZDB, Lisbon)

Smakuję - nawet pośród codziennych zajęć - to przeczucie bezczynności, które niesie ze sobą sama ciemność, bo ciemność to noc - a noc to sen, dom, wyzwolenie.



+ z okazji zakupów w sklepie niezwykle miłej Fernandy Pereiry:



PANDA BEAR - You Can Count On Me

2) ANIMAL COLLECTIVE - College

Szlachetna jest nieśmiałość, chwalebna jest nieumiejętność działania, wspaniała jest niezdolność do życia.

3) DESTROYER - Watercolors Into the Ocean (na cześć portugalskich przylądków)

Otoczenie jest duszą rzeczy.



4) DAVID BYRNE - What a Day That Was

Dwa, trzy dni przypominające początek miłości.

Zakończył się ten dzień, to, co z niego pozostało, unosi się w oddali ponad morzem i umyka, zaledwie kilka godzin wcześniej płynął Ricardo Reis przez te wody.



+ płytowe połowy:

TALKING HEADS - The Lady Don't Mind
TOM TOM CLUB - Under the Boardwalk

+ re-odkryty przez Byrne'a TOM ZE - eksperymentujący tropikalista (bardziej tropikalnie kilka numerów niżej),

+ w związku z występem Toma Waitsa i Davida Byrne'a w Until the End of the World Wendersa (w którym to filmie kino Eden na placu Restauradores gra rosyjski hotel!) - coś MADREDEUS z jego Lisbon Story albo jakieś zabłocone, wampiryczne klimaty z Black Rider Waitsa w nawiązaniu do zamku w Sintrze. You choose.

5) LUIS COSTA - Verdes Anos

Poranny czas miasta.

Luisa poznaliśmy po przesłuchaniu zakupionej podczas naszej pierwszej wizyty w Lizbonie płyty Novos Talentos FNAC 2008. Zagrał najlepiej z debiutantów, a do tego okazał się człowiekem bardzo sympatycznym i artystą bardzo płodnym. Graliśmy go w radiu LTB (jechał z nami tramwajem 28) i gramy go cały czas, wspominaliśmy o nowych świetnych EPkach oraz o zespole You Can't Win Charlie Brown, wspomnimy raz jeszcze podczas podsumowania 2010. Po dłuższym zastanowieniu wybrałem Verdes Anos, ale dla zainteresowanych dodatkowo:

- całe najlepsze w dyskografii Short Fleeting Moods,
- nowe Layered, np. Wide:

Luís Costa - Wide by cakesandtapes

- coś z dostępnych na majspejsie płyt wcześniejszych.

6) + ze świeżych "nowych talentów FNAC" - COCHAISE - Porquê

myspace

7) CAETANO VELOSO - Clarice

Pisaliśmy już o Veloso przy okazji tropikalnego widea i przewodnika po Guinchu, ale o Kajetanie i jego debiucie nigdy za wiele i na pewno będziemy się jeszcze nad nim rozpływać. Ta płyta jest jednocześnie burżujskim balem i uliczną popijawą, filmem noir i kolorową wizją spod znaku magical mystery. Genialna kompozycyjnie i rewelacyjna klimatycznie, z timingiem godnym mistrza, bezbłędną kompozycją i kapitalnym wyczuciem. Beatlesowska i brazylijska (śpiewana tym jeszcze dziwniejszym portugalskim) do granic - naraz!

+ Estranha Forma De Vida z Fados Saury:



A ze znakomitej składanki wytwórni Soul Jazz Records jeszcze:

8) GAL COSTA - Tuareg

Do pokoju wciska się świeże powietrze, wilgotne od wiatru, który przemknął nad rzeką, rozbija stęchłą atmosferę jakby brudnych ubrań w zapomnianej szufladzie.



9) THE SMITHS - Some Girls Are Bigger Than Others

zamiast techno z paskami z głośników samochodu w środku nocnego Chiado (podróż nr 2)

+ z zasłyszanych i słuchanych: THE FUTUREHEADS przypadkowo zapętleni podczas nocnej podróży madryckim autokarem (podróż nr 1).

10) MANSUN - Six

I przestaję pisać, ponieważ przestaję pisać.





cytaty pochodzą z "Księgi niepokoju" Fernanda Pessoi oraz "Roku śmierci Ricarda Reisa" Jose Saramago.

środa, listopada 03, 2010

Wideo dnia #149 [+ pierwsze zapowiedzi 2011]



No dzień dobry!

Witamy przed wywczasem (w związku z nim zapowiadamy kolejną miejską playlistę), po nowości zapraszamy pod kreskę, a teraz gramy nowe wideo do Terrible Love The National. W klipie m.in.:

- nietrzeźwiejący lider,
- ole olek, czyli wiec-koncert na pocieszenie po dzisiejszych wynikach USA-wyborów,
- Matt i fanki jak z napisów po Jerrym Springerze,
- ożywiona okładka debiutanckiej płyty,
- przesłanie na bananie
- i oczywiście zapowiedź listopadowych Katowic (+ lutowych koncertów w Krakowie i Warszawie).





ŚWIEŻE PRZESŁUCHY:

- wspomniany w relacji z 1. AFF zespół Jarmuscha - The Del-Byzanteens, czyli coś więcej niż tylko muzyczna ciekawostka - rytmicznie i w klimacie czarnego ogryzka Nowego Jorku ; nic wielkiego, prosto i mroczno, do zapamiętania nie jako całość, ale fragmentami jak najbardziej. Prawie jak w żarcie z "Inaczej niż w raju" - Here, let me tell you a joke, all right? There's three guys, and they're walking down the street. One guy says to the other one, "Hey, your shoe's untied." He says, "I know that." And they walk... No... There's two guys, they're walking down the street, and one of them says to the other one, "Your shoe's untied." And the other guy says, "I know that." And they walk a couple blocks further, and they see a third friend, and he comes up and says, "Your shoe's untied." "Your shoe's un - " Aaah, I can't remember this joke. But it's good.


Muzyczne dokonania Jarmuscha można porównać do filmowych Waitsa - tylko odskocznia, ale mimo wszystko warta zachodu.

- dalej - nowości - świetna okładka, ale słaba płyta, czyli Clive Tanaka i jego orkiestra. Konkurs na znak kanji przedstawiający chillwave odwołany.

- poza tym Margins - miałki solowy Paul Smith. Spory zawód, bo tak go lubimy za dwa pierwsze Maximo, fragment trzeciego, pląsy na Summer of Music i wyznawanie Fitzgeralda.

Głowę bym dał, że było coś jeszcze, ale nawet jeśli, to na pewno średnio ciekawe. 2010. wypstrykał się z dobrych płyt. Jeszcze dwa pełne miesiące, a tu jaja puste i najwyraźniej zimową porą czeka nas dyskusyjny klub muzyczny (też dobrze!), bo najciekawsze zapowiedzi (oprócz Pandy, którego nie ma i nie ma) wpisujemy już w nowy kalendarz.

2011 - CZEKAMY:

- styczeń - Destroyer - Kaputt,
- styczeń - The Decemberists - The King Is Dead











- styczeń - Hercules & Love Affair - Blue Songs,
- styczeń - Iron & Wine - Sam Beam niczym San Epid radzi: Kiss Each Other Clean,
- luty - Cut Copy - Zonoscope,
- Valhalla Dancehall - British Sea Power,
- Live Fantastic (oj, prawda) Man Man,


zdj.: Amanda Bruns

- Vivian Girls - Share the Joy,
- & our fav fake japs - Fujiya & Miyagi - Ventriloquizzing.

Wszystkie "ej, wy, a co z..." mile widziane, a tymczasem I got three passports, a couple of visas, więc do przeczytania w miejskiej playliście!

piątek, września 03, 2010

Wideo dnia #135, czyli:



Panda Bear - single i zdjęcia z gwiazdami,
Muzyczna mapa - komisowe przymiarki.

Dzisiejsze wideo dnia to w pewnym sensie zagrycha wyrzutu sumienia, bo oto obiecałem sobie, że w miesiącu wrześniu, miesiącu - jak mawiała moja licealna wychowawczyni - pieniążkochłonnym (bo i rada i brulion) nie kupię żadnej płyty i już trzeciego dnia złamałem to postanowienie kilkoma draśnięciami laptopowego gładzika. Po wakacyjnej rozpuście miał nastąpić rozsądny odwyk, ale jeśli rano odbieram maila, że można już zamawiać nowy, limitowany do 500 przedpremierowych egzemplarzy, singiel 7" Pandy no to hold on, szwagier, I gotta wyłączyć na chwilę. Wyłączyć zakaz oczywiście, a w dalszej części miesiąca nie otwierać skrzynki.

Singiel to You Can Count On Me - najjaśniejszy (obok Ponytail) punkt występu Pandy na tegorocznej Primaverze - koncertu, który z perspektywy czasu (i z perspektywy tego nagrania) wydaje się mniejszym rozczarowaniem niż wydawał się wtedy. Przepiękny numer, jak pisze Domino - a gentle duet between Panda Bear and himself.



W sprawie muzycznych zamówień - teoretycznie ostatnią przeszkodą dla płytowej globalizacji stały się wysokie koszty wysyłki, które czasem odstraszają i każą czekać na nalot na zagraniczne komisy, na jakieś spontaniczne lub planowane 'go west' (chociaż kiedy taki cdwow oferuje wysyłanie wszystkiego za darmo to nawet ten argument trafia szlag). Teoretycznie, bo sama instytucja sklepu z muzyką nadal przyciąga bardziej niż błysk w oku listonosza. Zbaczając więc z niewygodnego tematu winy rozkładam przykurzoną muzyczną mapę i wspominam kupowanie płyt:



tu, w Berlinie, gdzie obok przetacza się któryś z bahnów,



tu, w Lizbonie, w Louie Louise, gdzie ma się wrażenie, że przyszło się do koleżeństwa pożyczyć coś fajnego do słuchania,



tu, w fantastycznym barcelońskim Revolverze na nierealnej ulicy płytowych komisów,



tu, w madryckim FNACu, który w trakcie naszej hiszpańskiej emigracji pełnił wszystkie funkcje raju,



tu, na sztokholmskim starym mieście, w sklepie gdzie na półce leżało sobie ultrarare promo wydanie domowych piosenek Drake'a (po naszej wizycie już tam, rzecz jasna, nie leży),



tu, w amsterdamskim Distortion, w przepięknej dzielnicy Jordaan, gdzie pan podliczając zakupy zakazuje płacić za Bring On the Dancing Horses Echo & the Bunnymen i mówi, że gdyby trzeba było coś do Polski przesłać to przecież poczta blisko ; albo w Leidzie przy mostku gdzie jest więcej płyt niż we wszystkich polskich sklepach stacjonarnych,



albo nawet tu, na rzymskim Termini, w jakiejś przyjemnej sieciówce.

Jednym słowem miejsca > poczta, ale dzwonek do drzwi i rwanie kartonu to też jakiś urok. Wracając do spraw bieżących - w końcu pojawił się nieprzeskakujący Interpol, który wydaje się lepszy niż po pierwszych niepokojących przesłuchaniach, zobaczymy. + z nowości całkiem fajna EPka (i jeszcze lepszy singiel) zespołu The Hundred in the Hands. A najfajniejsze to zdjęcie:



Na razie Panda na pętli i do nieodległego kontaktu!