Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Walkmen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Walkmen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, listopada 05, 2012

Pitchfork Music Festival Paris 2012 - relacja

W sobotę skończył się Pitchfork Music Festival Paris 2012. I szkoda, że się skończył. Czemu? O tym poniżej.

Na początku był chaos…

ale taki, że naprawdę marki niegodzien, albo lepiej odwrotnie - marka chaosu. W rozmowie z własną matką (a przecież - kogo jak kogo - ale własnej matki bym nie okłamał), powiedziałem, że wygląda to gorzej niż na pierwszym OFF-ie. Maile do organizatorów trafiały prosto w dziurę, która po każdym praniu skazuje skarpety na wieczną rozłąkę, a wiszące do dziś na podstronach informacje English Information Coming Soon zgrabnie podsumowują przydatność oficjalnej strony festiwalu. Sprawne obrączkowanie? Jak najbardziej nie. Mapka obiektu? W życiu. Analogowa wersja składu i rozpiski godzinowej? Maybe in the next world. Transport festiwalowy lub informacja o opcjach nocnego powrotu z miejsca imprezy? (Nice dream).

Kiedy jednak spodziewaliśmy się, że zaraz okaże się, że na obiekcie równocześnie odbywają się targi ślubne, rozpiskę szlag trafił, a zamiast faworytów publiczności na scenie pojawi się francuski indie-szansonista przechodzący okropnie spóźnioną fascynację britpopem niczym zbyt głośną mutację, na horyzont wjechały całym stadem same pozytywy.

Po pierwsze - obiekt właśnie - Grande Halle de la Villette - hala z XIX wieku, która jak się nazywa tak i wygląda, jest więc autentycznym, wyrazistym szklano-żelaznym kolosem pokrywającym powierzchnię 20 000 metrów kwadratowych. Po drugie - punktualność - bo występy zaczynały się w większości bez najmniejszej obsuwy, a obsługa dwóch, położonych po przeciwnych stronach sali, scen była najczęściej gotowa przed czasem. Po trzecie - rozplanowanie stref - bo koncerty na festiwalu można było oglądać spod samej sceny, ze środka hali albo z góry (!) - z umieszczonych po bokach estrad balkonów. Po czwarte - skład - bo nie wiem czy wspominałem, ale o imprezę muzyczną tutaj chodzi.

Widełki mody

Kuratorem Pitchfork Music Festival (w USA, od 2006 roku) i Pitchfork Music Festival Paris (od 2011 roku) jest Pitchfork - założony w 1995 roku w Minneapolis, a obecnie Chicagowski portal muzyczny, który w szerokich kręgach słuchaczy muzyki niezależnej uznawany jest za wyrocznię muzycznej mody, ale który jednocześnie, przez coraz szersze kręgi uznawany jest za zmanierowany, tendencyjny, zbyt nachalny. Na temat ocen przyznawanych płytom (skala od 0.0 do 10.0) krążą legendy, a na temat sposobów i metod ich przyznawania powstają prace naukowe (vide: chociażby pitchformula.com). Czegokolwiek by jednak o Pitchforku nie mówić, należy zaznaczyć, że czytają go - wielbiące lub nienawidzące - masy (oczywiście w skali niezależnej!), a jego wpływ na kształtowanie opinii, gustów i scen jest niezaprzeczalny. 

Powyższe słowa wprowadzenia mają za zadanie pomóc w określeniu grupy artystów, która gra w drużynie Pitchforka, a w związku z tym prezentuje się na jego festiwalach. Kiedy bowiem osoba niespecjalnie osłuchana w tzw. muzyce indie spyta: no i kto tam gra? i nie zadowoli się nic jej nie mówiącymi nazwami, dołoży nam pytaniem o wiele trudniejszym, a więc: no a jaka to muzyka? Określenia gatunkowe możemy sobie wówczas podarować, ponieważ wymieniając kolejne odnogi rozczochranych gałęzi popu i rocka wrócimy do pytania numer jeden. Jaka odpowiedź będzie więc najmniej kulawa i najwłaściwsza? Pewnie taka, że to muzyka spoza absolutnie głównego, radiowego nurtu, ale z drugiej strony nowoczesna, w różnym stopniu niezależna i modna. Modna, a więc - i tu dochodzimy do jednego z powodów niemożności pełnej odpowiedzi - różnorodna i niejednogatunkowa, bo dziś słuchać modnie, to słuchać eklektycznie. W składzie paryskiej imprezy mieliśmy więc i typowy pop-rock i słodki dance-pop i rap i hip-hop i eksperymenty i nowe R&B i lo-fi i hi-fi i bardzo szeroko pojętą elektronikę. Aż dziw (lecz szczęście), że nie dołożono do tego powracającego do łask muzycznych mód metalu, którego dziś w dobrym tonie posłuchać między ambientem a azjatyckim popem.

Wszyscy i wszystko

Szczęśliwie - XXI-wieczny słuchacz mógł spokojnie pominąć szczątkową analizę rozpisaną na parę powyższych akapitów - i przy pomocy sieciowych odsłuchów i opinii sam określić swoje - mniej lub bardziej idealne - pokrycie z siatką festiwalu. Jeśli natomiast ów intymna czynność nakazała mu - czy to z przyczyn wizerunkowych czy artystycznych - stawić się w Grande Halle - nie miał powodów do narzekań. My narzekniemy tylko na początku, by potem rozpłynąć się już kompletnie aż po ostatnie zdanie relacji. 

Wróćmy na chwilę do wywołanego na początku pierwszego OFF-a. Wróćmy, bo oprócz słabiutkiej pre-organizacji oba wydarzenia łączy też formuła opierająca się na zasadzie wszyscy oglądamy wszystko. Nie ma tu biegania między scenami i trudnych wyborów, odpuszczania kogoś dla kogoś i wciskania czegoś między coś. Wszyscy.oglądamy.wszystko, a w międzyczasie odkrywamy nowych artystów, na których osobne koncerty pewnie byśmy się nie wybrali. Dobrze? Dobrze, ale pod warunkiem nastawienia na muzykę. Festiwal z założenia jest imprezą odciągniętą nieco od przeżyć czysto artystycznych, jednak wymuszone na większości imprez wielością scen i jednoczesnością grania nastawienie na zespoły wywołuje naturalne powstanie grup zainteresowań. Tu - hm - wszyscy.oglądamy.wszystko, z tym że nie wszyscy oglądamy. Jednak w związku z tym, że nie jest to artykuł o: 1) zachowaniach stadnych, 2) potwierdzaniu niekorzystnych stereotypów o mieszkańcach pewnych krajów lub kontynentów (czy też np. krajów zajmujących większość swojego kontynentu), spuszczamy na ten element zasłonę milczenia. Milczenia, a więc stanu, w którym niektórzy znajdują się chyba wyłącznie przebywając w stanie sennego spoczynku.

Gramy (nowe!)

Graj nowe, a powiem ci jakim zespołem jesteś - to zdanie, przed którym drży wiele zespołów (Hello, Placebo! Hello, Coldplay! Hello, tysiące innych!) było najwyraźniej kluczem selekcjonerów paryskiego festiwalu. I choć to kryterium jak najbardziej oczywiste, w przypadku Pitchfork Music Festival Paris okazało się o tyle ważne, że wiele zespołów, które zobaczyliśmy stoi za najlepszymi albumami całego 2012 roku. Dzień 1. - Japandroids - najlepsze gitary roku, John Talabot - ścisła czołówka całego rocznego podsumowania. Dzień 2. - The Tallest Man on Earth - (ponownie) triumfator w kategorii najlepszy wnuk Dylana. Dzień 3. - Purity Ring - jeden z najciekawszych debiutów roku, Twin Shadow - kapitalnie obroniona płyta numer dwa, Grizzly Bear - wystarczy posłuchać Shields.

Jednym słowem - zdaje się, że rdzeń składu trafił z formą, czy - może trafniej - to właśnie obecna forma kwalifikowała grupy do prezentacji materiału na koncertach. Nie chodzi tu zresztą jedynie o jakość samej płyty, ale o ogólny stan obecny, a więc o aktualny inwentarz środków wywołujących dreszcze. Przykładem niechaj będzie tu bardzo dobry występ Animal Collective, których najnowsze Centiped Hz jest ich najsłabszym albumem od wielu lat lub bardzo dobre show Robyn, której ostatnie długograje ukazały się dwa lata temu.

Wchodząc w szczegóły i krocząc drogą chronologiczną na pewno należy podkreślić, że: 

Japandroids - mimo że stworzeni do roznoszenia małych scen, takich jak ta w warszawskiej Hydrozagadce - poradzili sobie bez problemu ze swoim krótkim i mocnym serwisem. Że przez cholerny huragan Sandy do Paryża nie dotarł zespół Chairlift i że znając Chairlift z płyty i z koncertu zdecydowanie jest czego żałować. Że John Talabot szokująco szybko doszedł do bardzo wysokiego poziomu występów oraz że wśród dzikich odgłosów Depak Ine Riverola i Pional wyglądali jak beznamiętni piraci z Karaibów przed rozedrganym tłumem. Że znów okazało się, że hipsterskie i pozahipsterskie zachwyty Jamesem Blakiem nie są do końca zrozumiałe (krytyko, nadchodź! joby, przybywajcie!). Że M83 wystąpili razem z klasycznym składem instrumentalistów, których jednak prawie nie było słychać.



Krocząc podobną drogą przez dzień drugi i trzeci koniecznie trzeba dodać:

(2) że zespół Outfit posiada kilka piosenek średnich i niezłych oraz jedną piosenkę bardzo dobrą, której to piosenki w Paryżu nie zagrał. Brawa! 
Że niestety tłuczone wszędzie Wildest Moments Jessie Ware jest naprawdę niezłym popowym numerem i dobrze brzmi na żywo (trudno!). Że rozpoczęty - tak jak There’s No Leaving Now (2012) - To Just Grow Away, a zakończony King of Spain koncert The Tallest Man on Earth był bez wątpienia jednym z najbardziej poruszających występów festiwalu, między innymi dlatego, że mało kto tak precyzyjnie, a jednocześnie naturalnie znajduje środek między wycofanym wzruszeniem, a charyzmatyczną przebojowością. Że The Walkmen zagrali The Rat (yeah!) i nie zagrali niczego z pięknego debiutu Everyone Who Pretended To Like Me Is Gone sprzed 10 lat (łeee!). Że Chromatics zagrali bardzo dobry koncert i byli pierwszą bardzo miłą niespodzianką. Że Robyn jest fajna, fajnie tańczy i bardzo się cieszy na własnym koncercie. I że Fuck Buttons nie są już tak fajni jak kiedyś, za to Animal Collective są, szczególnie gdy wśród gumowych dmuchawców i nadmuchiwanych utytych hatifnatów grają starocie typu Brothersport i Peacebone.

(3) Że Purity Ring to kolejny ciekawy zespół z Kanady i druga bardzo miła niespodzianka. Że Twin Shadow wypadł fantastycznie - niezwykle luźno, potężnie i sugestywnie. Że Liars zawiedli i to bardzo.

Że Grizzly Bear zagrali najlepszy koncert całego festiwalu.

I że teraz już wiecie dlaczego szkoda, że w sobotę skończył się Pitchfork Music Festival Paris 2012.


czwartek, czerwca 02, 2011

Primavera Sound 2011 (III) - dzień 2. (czwartek)


PS11 | środa | czwartek | piątek | sobota | niedziela |

TRIÁNGULO DE AMOR BIZARRO (San Miguel)

Nie jest łatwo otwierać główną scenę sporego festiwalu, szczególnie jeśli, tak jak Galisyjczycy, dysponuje się jednym ostrym numerem i całym magazynkiem przeciętnych ślepaków. Skradliśmy jednak z koncertu to na czym nam zależało – rzeczone kapitalne „De la monarquía a la criptocracia” w wersji (całkiem) żywej. Reszta bez historii, więc pielgrzymki do Santiago nie będzie.



DM STITH i SUFJAN STEVENS (Auditori)


Kiedy nastąpiło zwolnienie blokady, a bęben maszyny losującej wypełnił się mailami do szczęśliwych zwycięzców rezerwacyjnej loterii, okazało się, że nie zobaczymy Cults i P.I.L. Ci drudzy będą na OFFie, na tych pierwszych będziemy musieli poczekać (warto, debiut bardzo fajny). Cała okołosystemowa (wejściówki na koncert trzeba było zamawiać za pomocą niedopracowanego portalu) i okołoSufjanowa (no) histeria odrzucała nas niby od tego krytego występu, jednak z drugiej strony, nasz niepopularny pogląd dotyczący supremacji „The Age of Adz” nad wcześniejszymi dokonaniami Stevensa, pchał nas do wyjątkowych wnętrz Auditori. Pchał, jak się okazało, troskliwie i słusznie. Zaczęło się niepozornie – DM Stith pograł na gitarze prosząc, aby jeszcze przez kilka piosenek nie myśleć o gwieździe wieczoru. Potem chwila przerwy i wymuskany el americano rozpoczął rytuał. Wyjął kartkę, bezpardonowo i bezwstydnie pokaleczył pokaźną grupę hiszpańskich leksemów (nie bez humoru przedstawiając się jako Sufjan Esteban), po czym już w całości oddał się muzyce. „Seven Swans”, potem „Too Much”, „Age of Adz” i jeden z kluczowych punktów całego koncertu – porcelanowy cover jednego z najlepszych kawałków R.E.M., rozpoczynającego stronę B albumu „Document” – „The One I Love”. Przyznaję, że początkowo żałowałem, że prezes loterii nie skierował nas na koncert piątkowy (odpuszczenie Aias i Juliana Lyncha), ale już w domu, przeglądając sety, po raz kolejny uścisnąłem spoconą łapę przeznaczenia – w piątek R.E.M. nie było. Wróćmy jednak do kwestii interesujących więcej niż dwie osoby. Nie zdążyliśmy jeszcze nabrać powietrza po absolutnym bezdechu, a już wyjątkowo rozgadany artysta wprowadzał nas w perłę (a potem: w nas perłę) ze swojej ubiegłorocznej płyty - odtworzone bez utraty dreszcza „I Walked”.



Brak emocjonalnych strat na łączach był zresztą główną niespodzianką całego mocarnego show. Wyprana z głębszych uczuć konwencja popowej opery kosmicznej sprawdziła się idealnie w roli kontekstu, komunikat był zrozumiały, a opartego na beatach kodu można by słuchać godzinami. Sufjan pozornie rozpraszał dźwiękową uwagę długimi przypisami do wszystkich piosenek, z drugiej strony wchodził dzięki nim w rolę kapitana, pierwszego aktora i w końcu dyrygenta czarującego świetne chórzystki i liczny zespół (m.in.: sekcja dęta, pasaże na dwie perkusje i wspomagający Stevensa DM Stith). Tak było podczas następnych utworów (kolejno: „Now That I’m Older” – „Get Real Get Right” – Vesuvius” – „I Want To Be Well” – “Futile Devices” – “Impossible Soul”) i kulminacyjnego bisowego “Chicago”, które pociągnęło za spust wiszącej w powietrzu euforii. Świetny występ Sufjana był koncertem masowym, granym z rozmachem i pompatycznym wdechem przed frazą, ale z drugiej strony to intymna szczerość zabawy i poważny angaż w szczegóły sprawiły, że chciało się z nim śpiewać: „boy, we made such a mess together”. Jeśli pompa, to tylko taka, jeśli Stefan, to tyko Sufjan.

GRINDERMAN / THE WALKMEN (San Miguel / Pitchfork)

Nick niknął repertuarowo na wielkiej scenie Primavery, a dodatkowo zagłuszał przepakowany koncert na scenie Pitchfork. Od czasu świetnego debiutu The Walkmen („Everyone Who Pretended to Like Me Is Gone”, 2002 r.) minęło już dziewięć lat i to niestety słychać. Grinderman natomiast nie zachwycał nas nigdy, nieprzyjemnie drażnił tylko tęsknotę za Bad Seeds. Przerwa bez wyrzutów sumienia i pewność, że oddalibyśmy koncerty -mana i -mena za jeden występ Man Man.

INTERPOL (Llevant)


Koncerty Interpolu po wspaniałym „Turn On the Bright Lights”, znakomitym “Antics” i naprawdę dobrym (odrzuconym jednak przez część modnego niezal-światka) „Our Love to Admire” były szczytem możliwości i ekstraktem uroku całego post-punk revival. Strunowa gimnastyka Kesslera powinna trafić na karty podręczników gry na gitarze, rzuty rytmicznych konstrukcji duetu Dengler-Fogarino na wzorowe arkusze muzycznej architektury, a karzący wokal Banksa do twardych niuejdżów ojca little Nathana. Wiedzeni przywiązaniem do marki chcieliśmy sprawdzić, czy nadal coś się dzieje. Teraz, bez Carlosa, który poświęcił się hodowli excellent Italian Greyhound, bez zastępującego go, znanego z grupy Slint, Dave’a Pajo i po zdecydowanie najsłabszej, haniebnie odstającej od reszty dorobku płycie „Interpol”. Z natury szatańskie pozytywne myślenie kazało nam zająć miejsce blisko sceny i czekać na ewentualną i prawdopodobną w końcu katastrofę, którą w przypadku Nowojorczyków byłby koncert straszny, słaby, średni lub nawet niezły. Pan chciał jednak, by stało się inaczej. Zaczęli co prawda od nowości (znośne „Success”), ale już chwilę później wykazali się dobrym smakiem serwując umiejętnie skomponowaną serię numerów starszych. Sypnięty między uszy„Say Hello to the Angels” (umówmy się, jeden z najlepszych numerów ubiegłej dekady) utorował drogę „NARC” i „Hands Away”. Niezwykle przyjemnej atmosfery nie roztrwonił „Barricade” (jeden z jaśniejszych momentów ubiegłorocznej płyty) ani żaden z kolejnych świeżych słabeuszy. Interpol przeżył, mimo że na papierze (tj. winylu i poliwęglanie) coraz bardziej przypominał poziomą krechę. Cud? Szatan? Wszystko jedno, teraz myk do studia, nagrać forgiveness rock record, ruszyć w trasę i znów będziemy się lubili.



THE FLAMING LIPS (San Miguel)

Nie przemawiają do mnie opinie o “fajnym rockowym show” jeśli nie niesie ono ze sobą muzycznej miazgi, która w komplecie z rozmachem odurzyłaby mnie atmosferą muzycznego święta. Uwielbiam wiele utworów The Flaming Lips, całe piękne „The Soft Bulletin” i większość „Yoshimi”. Nie podoba mi się średni, nużący „Embryonic”, sflaczałe kabaretowe chwyty i festiwalowe efekciarstwo. Podsumowując – rozczarowanie brakiem emocji i odczucia ambiwalentne z naciskiem na trzy ostatnie sylaby.

EL GUINCHO (Llevant)


High expectations, czyli Vull un plat que tingui _____ (vool oon plaht keh TEEN-kee______):

- Bon dia (BOHN DEE-uh) Pablo!
- Bona tarda (BOH-nuh TAHR-thuh) Kryzystof!
- Słuchaj, umiesz już przenosić fantastyczność płyt na lajfa? Bo...
- Yyy...
- Bo wiesz, będzie czwarta nad ranem i nie wiem czy fatygować się na scenę oddaloną o 38 km od wejścia na teren festiwalu.
- No wiesz, zatrudniłem więcej osób.
- No i o to chodzi, mówiłem ci, że to wszystko musi być més gran (MEHS grahn), z kapitalnym przypieprzeniem, ze słyszalnym wokalem, bez zbędnej kokieterii. Masz perkusistę?
- No (noh).
- No ho entenc (NOH oo UHN-tehng), to kogo wziąłeś?
- No głównie to tancerki.
- Pablo, trucaré a la policia (troo-kuh-REH luh poo-lee-SEE-uh), jakie tancerki?
- Rozedrą poduchy, rozrzucą pierze, poprężą się w szortach...
- Dobra, miło, ale co z muzyką? Gra ktoś oprócz ciebie?
- Sí (see).
- OK, we'll see.
- Zobaczysz, Krisufot, będzie dobrze.

Zobaczyłem. Było dobrze.



GIRL TALK (Llevant)

Mimo szczerych chęci – jednak: http://youtu.be/O8gItLXgftI


Wszystkie nagrania i zdjęcia - Louder Than Bombs (chyba, że zaznaczono inaczej).

środa, sierpnia 18, 2010

Wideo dnia #131



Witamy po przerwie chorobowej i od razu mówimy co jest i co będzie:

- w przygotowaniu (zaznaczmy od razu: dłuższym przygotowaniu) nowy dział LTB - szczegóły wkrótce, poza tym na gęstym repeacie nadal Dylan, a plany lekturowe to The Beatles mówiący sami o sobie (świetna rzecz, a przy okazji muzyczne powroty: pierwszy Elvis - jak się okaże częściowo związany z bohaterem dzisiejszego wpisu - i ponownie Buddy Holly) ; co jeszcze? terapia zachwytem, czyli sesje z Kind of Blue Davisa no i trochę nowości, m.in. opisywany przez nas jakiś czas temu Dam Mantle,



+ Arcade Fire - Guns of Brixton (The Clash cover)

- co będzie? Przesłuchania nowych płyt The Walkmen (tytuł Lisbon? żegnaj obiektywizmie!) i Blonde Redhead (po obiecującej zapowiedzi), z których na pewno zdamy relację.

No a przede wszystkim świętowanie urodzin (21.08.52) nieodżałowanego Joe Strummera, który z najprostszego, gołego, surowego punku potrafił wykrzesać piosenki niezwykle przyciągające - nie tylko zatrzęsieniem hooków, ale też przecharakterystycznym klimatem. Jego The Clash dokonali niemożliwego - zawarli w swojej muzyce elementy ska i reggae i zamiast w niesmacznym juwenalianym błotsku wylądowali wśród autorów najlepszych płyt lat siedemdziesiątych. Nie uniknęli naszywek na plecakach, ale ej You've gotta be slightly stupid! Polecamy wszystko, z genialnym London Calling i fantastycznym filmem Juliena Temple'a na czele. A poniżej dowód na to, że zgapienie okładki to często dobry wstęp do nagrania wielkiej płyty.



Do przeczytania!



PS EDIT - dokładka nowości - 1) nowa piosenka The National do pobrania tutaj (przez hypem.com), 2) nowa płyta Ra Ra Riot do przesłuchania.

wtorek, września 09, 2008

przegląd prasy (1)





Od dziś na LTB nowość, czyli przegląd prasy. W zamyśle cotygodniowy, wyjdzie pewnie nieregularny i czupurny jak wszystko na tej stronie. W każdym razie - linki do artykułów, cytat tygodnia, ogólnie wszystko co zostało napisane (głównie w sieci), a co chcielibyśmy Wam polecić. No to jedziemy. Aha, jeszcze jedno dla porządku - the image above was taken from http://www.michaelkmills.com.



CYTAT TYGODNIA

p.s. thanks for not masturbating all over this record, sitek.
David Sitek (TV On The Radio)

w komentarzu nt. nowego, rewelacyjnego albumu swojego zespołu - Dear Science (jeśli to nie będzie ścisła czołówka naszego podsumowania to ja nie lubię zagęszczonego mleka w tubie! - więcej w zapowiadanej wcześniej kolejnej części recenzji AV)



No i co Wy na to? Przypomina się Jarvis ze swoim You may sit if you wish - kneeling is really not necessary. W obu przypadkach płyty znakomite. A Sitek dostaje od LTB kolejnego + w tym roku. Pierwszy oczywiście za produkcję płyty Scarlett.

więcej o Dear Science:

oficjalna strona zespołu
artykuł w The New York Times



ARTYKUŁY

Paul Draper mówi o najlepszej płycie nieodżałowanego Mansun

So it begs the question. What the fuck is 'Six'? What do I make of 'Six'? Well my personal belief is that it's essentially, at the core, just a rock n roll record. Because whatever it took, whatever the cost, I did exactly what I truly believed in. You've got to get out there and whatever they throw at you, get that fucking record made and get the shows done. That to me embodies the true spirit of rock n roll. It didn't matter how many amps blew up, monitors broke, bottles came flying over, collapsing mic stands. You never did get me off that stage.

część 1.
część 2.

Glasvegas - dwie recenzje



na TAAAAK! - NME
na taaaak? - Drowned in Sound

Steve Lamacq o wygwizdywaniu zespołów

i nie tylko. Na swoim blogu.

Mixtape zespołu The Walkmen

dla Drowned in Sound.

Wywiad z Beckiem

z Pitchforka.



Pitchfork: Do you think of yourself as a melancholy person at all?

Beck: Um, no. I don't think so. I've never really been asked that! I'd have to ask somebody else.



No i na pierwszy raz może tyle, dobra? Czytamy się niedługo w związku z AV-recenzjami i zbliżającymi się koncertami: Bon Iver (Amsterdam), My Brightest Diamond (Amsterdam), Russian Red (Barcelona). Trzymajcie się!