Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coco rosie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coco rosie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, lipca 31, 2012

12. Nowe Horyzonty - relacja


"Film lovers are sick people" powiedział Truffaut, "film spectators are quiet vampires" dodał Morrison. Za nami więc święto zwyrodnialców. We Wrocławiu zakończyły się 12. Nowe Horyzonty.

Nowe?

Tworzenie festiwalu, który samą nazwą zapowiada nowe horyzonty kina jest zadaniem karkołomnym. W czasach, w których dzieje artystycznego wydziwienia zdążyły zatoczyć koło, nic nie szokuje, a zawiasy szczęk praktycznie nie puszczają, wstrzelenie się w *nowe* obszary setkami tytułów wydaje się być niewykonalne. Mimo wszystko co roku przyglądamy się nieudanym próbom wymyślenia innych, nowoczesnych filmów, po drodze odnajdując najgorsze (najczęściej nudne, straszne lub pretensjonalne) i najlepsze (najczęściej szalenie ciekawe, piękne lub prawdziwe) obrazy, jakie kiedykolwiek udało nam się obejrzeć. Tegoroczne Horyzonty to znów: codzienne kilkunastogodzinne maratony filmowe, spotkania z twórcami, walka hipsterów z anty-hipsterami na kolorowych karteczkach festiwalowego hyde parku i zrywy miokloniczne na fotelach kina Helios, które od 1.09 przeistoczy się w "największy w Polsce i Europie arthouse". 

Organizacja, czyli co się stało, a nie przystoi

W kwestiach czysto organizacyjnych marudzenie totalne nie jest wskazane. Nowe Horyzonty są wielką, międzynarodową imprezą z setkami filmów i bezlikiem spraw do zgrania, a jej poskładanie to zajęcie niezwykle trudne. Z drugiej strony chwalenie dwunastoletniego festiwalu za płynny przebieg to dla recenzenta zbędny stukot w klawisze, a dla czytelnika informacja banalna. Zamiast więc chwalić oczywistości i rozpisywać krytykę na długie akapity, darujemy sobie dobrą radę i rzucamy kilka kwestii do znacznej poprawy:

Problem nr 1 to wyrwy w komunikacji - mailowej, Facebookowej i żywej. Na pokazach, na których nie pojawiali się anonsowani w rozpisce programowej goście, bardzo często nikt nie kwapił się do wyjaśnienia sprawy. Wiele osób narzekało na słabą obsługę pytań technicznych - zarówno kanałem oficjalnym (pomoc mailowa, choć tu przynajmniej reakcje były szybkie), jak i tym bliższym, socjalnym (Facebook - czysta promocja i kontakt jedynie w sprawach wygodnych). Wszystko to stoi w dużym kontraście z najczęściej bardzo sprawną i sympatyczną obsługą "szeregowych" (bez urazy, wręcz przeciwnie) wolontariuszy. Ogólnie jednak - w kwestiach rozwiązywania trudności - kod, komunikat, kontakt do znacznej poprawy.
Problem nr 2 to błędy systemowe - np. aplikacja na system operacyjny iOS, która pojawiła się pod koniec festiwalu (co bawi i złości tym bardziej, że głównym sponsorem jest operator sieci komórkowej), a dodatkowo okazała się jedną wielką usterką (zawieszanie się, pomylone sale, bardzo słabe rozwiązanie systemu rezerwacji).

Kolejny przykład to ilość miejsc karnetowych na większość seansów - problem finansowy, poruszany co roku, ale wciąż żywy. Fakt - głównym przywilejem karnetowiczów jest możliwość taniego obejrzenia dużej ilości filmów, ale dostęp do nich bywa bardzo często przesadnie ograniczany. 21 (słownie: oczko) miejsc na galę zamknięcia odbywającą się w największej sali Heliosa wyglądało na żart. Upychanie rozchwytywanego Reygadasa do stosunkowo niewielkich sal jest powtórzeniem błędów poprzednich edycji. Fakt, że zwolnione (niedługo przed seansem) miejsce "karnetowe" trafia nie do innego karnetowicza, a do puli biletów, które można sprzedać zgrzyta niepotrzebną pazernością.

Mieliśmy jednak nie nudzić, więc wywiadówka skończona. Bo choć więcej grzechów pamiętamy, to tych najbardziej żałujemy. Ale teraz już 3xpuk w niemalowane. Ofiara spełniona, jedziemy z farszem.

Problemy z amplitudą


Komentując brutalną (lecz bardzo dobrą) konkursową "Mondomanilę" Khavna de la Cruza, jeden z festiwalowiczów wspomniał czasy, w których "homoseksualne brutalne gwałty" były na Horyzontach chlebem powszednim, a sam konkurs stanowił mieszankę obrazów najdziwniejszych, najmniej oczywistych i najbardziej kontrowersyjnych. Czas szoku jest jednak za nami. Od kilku lat obserwujemy trend wypełniania głównej sekcji festiwalu kinem bardziej bezpiecznym - nadal ambitnym i nowohoryzontowym, ale tematycznie i formalnie zachowawczym, przynajmniej w zestawieniu z dawną konkurencją. I o ile rezygnacja z przemocy dla przemocy i l'szok-u pour l'szok-u wychodzi konkursowi na dobre, o tyle ogólna tendencja do celowania w bezpieczniejszy środek nadgryza jego sztandarowy rdzeń. Niegdysiejsza piramida z kilkoma wybitnymi dziełami na wierzchołku i masą niestrawności u podstaw wędruje w stronę centralnego monolitu.

Problem z amplitudą doznań godzi zarówno w oglądających po pięć filmów dziennie karnetowiczów, jak i w tych, dla których festiwal to parę wybranych wcześniej tytułów. Ci pierwsi coraz rzadziej zostają sowicie nagradzani za przedzieranie się przez kilometry filmowej taśmy, ci drudzy albo wybierają opcje bezpieczne (znane, nagradzane, głośne) pozbawiając się możliwości odkrywania, albo ryzykując trafiają na filmy średnie lub słabe - inne niż te, na które nie chcą już chodzić do kina, ale równie niesatysfakcjonujące.

W wyborze repertuaru nie pomagają opisy umieszczone w katalogu i na stronie internetowej - opisy, na które z każdym rokiem narzeka coraz więcej uczestników. Nawet gdy pominiemy pojawiające się w nich błędy rzeczowe czy jawne nadinterpretacje, pozostaje nam kluczowa kwestia dwóch filmów - tego, o którym czytamy i tego, który później oglądamy. Z faktem, że bardzo trudno trafnie opisać sztukę nie ma co dyskutować, problem katalogu leży jednak gdzie indziej. Reklamowy charakter wielu tekstów sprawia, że skumulowane superlatywy wiodą widza na manowce, z których wraca przez cały seans, lub które opuszcza trzaskając po kilkunastu minutach drzwiami kinowej sali. Większa ilość faktycznych odnośników do klasyki, kina bardziej znanego, czy filmów z poprzednich edycji imprezy byłaby zdecydowanie bardziej pomocna niż autorskie tajemnice chwalebne, których sens dla wielu pozostanie nigdy nieodkrytym sekretem. Nie wszystko musi być "porywającą perełką", "cudownym objawieniem", "arcyciekawym studium". Prosimy więc - zamiast przymiotników od rzeczy, do rzeczy - z odnośnikami i wyważonym, opartym na możliwie obiektywnych podstawach tekstem. Ad rem zamiast do re mi.

Shut up and play the hits

Ponury obraz ("artystyczny majstersztyk czerni!", "pasjonująca kawalkada mroku!") powyższych akapitów może budzić u Czytelnika mylne wrażenie słabej jakości tegorocznej edycji Nowych Horyzontów. Mylne, bo nawet jeśli rzadko kiedy proponowane obrazy pozostawiały nas bez tchu, to bardzo często opuszczały nas też bez tfu, wpisując się nie w obsmarowaną powyżej klasę średnią, ale w rejony wyższe, ciekawe, takie, które się pamięta. Celuloidową (czy jak wolała jedna z tłumaczek - celulitową) dobroć podzieliliśmy na dwie grupy tnąc je po osi geograficzno-kulturowej.

Ameryka Południowa - nie tylko Meksyk

Nasze przekonanie, że to, co w nowej kulturze najciekawsze bardzo często pochodzi z regionów iberyjskich i latynoskich jest niezwykle głębokie, ale mimo to, każde potwierdzenie tego (przemyćmy to!) faktu jest powodem do radości. Cieszyła więc udana retrospektywa Carlosa Reygadasa (wyróżnionego w Cannes nagrodą za reżyserię za budzące skrajne opinie "Post Tenebras Lux"), który zmiażdżył nas parę Horyzontów temu wybitnym "Cichym światłem". Cieszyło też nowe kino Meksyku - bardzo różne i nie tworzące spójnej sceny, a do tego tak rozległe, że jak mówił Nicolás Pereda - autor pokazywanego już rok temu "Lata Goliata" i "Perpetuum Mobile" (jednej z lepszych tegorocznych propozycji) - nie da się go zamknąć w żadnym, nawet potężnym cyklu.
Pereda wychodzi zresztą z konceptu wycinania konkretnych fragmentów rzeczywistości także w swoich minimalistycznych filmach. Dla wielu będzie to kino po prostu nudne, ale inni znajdą w nim przestrzeń do wnikliwej, opartej na pozornie ujemnej osobowości głównych bohaterów (znakomita para aktorska - Gabino Rodríguez i Teresa Sanchez) obserwacji komunikacyjnych szmerów między najbliższymi sobie osobami. Peredę często porównuje się do Tsai Ming-lianga (bohatera retrospektywy 9. NH), ale jego kino spokojnie można też zestawiać z twórczością  Yasujiro Ozu. Japoński geniusz także brał pod lupę nerwową tkankę rodzinnych relacji i często obsadzał w swoich filmach tych samych aktorów, wiążąc ich emocjonalną ciągutką z widzem, który spotyka się z nimi już nie na zasadzie filmowej, ale też życiowej, oczekując prostych zwierzeń i innego rodzaju obcowania.
Obrazy Peredy są ciche i wycofane i kiedy zadałem mu pytanie o obecną sytuację w Meksyku (sfałszowane wybory, protesty na ulicach, brak nadziei na poprawę trudnej społeczno-politycznej sytuacji) i to, w jaki sposób powinni zareagować na nią filmowcy, nie zdziwiła mnie jego reakcja. Sytuacja "fucked up" - owszem i proszę bardzo, ale czy kino powinno reagować? Nawet jeśli tak, to wydaje się, że będzie to zadaniem twórców patrzących bardziej dookoła niż wgłąb. Twórców-publicystów, nie wnikliwych i wnikających, lecz bardziej pokazujących szerokie zakresy codzienności.
Patrząc na sekcję, w której prezentowane były filmy Peredy wydaje się jednak, że to, co najciekawsze w nowym kinie jego kraju dzieje się nie w sztandarowej dla kina Meksyku sferze szoku i angażu (filmy Iñárritu, Cuaróna czy del Toro), ale właśnie w rejestrach cichych.
Jeden z najlepszych dokumentów całego festiwalu - "Kanikuła" José Alvareza - spokojnymi, nasyconymi żywymi kolorami kadrami opowiada o niezwykłym zwyczaju plemienia Totonaca - lotach voladores - ludzi, którzy przywiązani liną do wielkiego słupa lecą z jego szczytu aż do ziemi wykonując 13 obrotów, które pomnożone przez liczbę lecących (4) dają 52 - ilość tygodni w roku, który dzięki temu rytuałowi ma być dobry i pomyślny. 
Dokumentalna forma wymusza tu prym kategorii tematu, ale tak naprawdę to świetne zdjęcia przybliżają nam fantastyczność kręconych zdarzeń. 
Dbałość o wizualną stronę obrazu charakteryzuje także trzeci najlepszy meksykański obraz - "Sekretny świat" Gabriela Mariño. Sam reżyser przyznaje, że oprócz wieloletniej pracy z aktorką odgrywającą główną rolę, najbardziej pracochłonnym etapem pracy nad filmem był etap wymyślania i realizowania zdjęć inspirowanych zdjęciami amerykańskiej fotografki Nan Goldin i obrazami Edwarda Hoppera. Oprócz konkretnych nawiązań (chociażby czekanie na autobus na stacji benzynowej przypominającej tę ze wspaniałego obrazu "Gas" z 1940 roku) w filmie roi się od inspirowanych twórczością wspomnianych artystów scen, które skupiają na sobie uwagę widza i sprawiają, że to linearna historia w dużej mierze stanowi dla nich tło.

Wizualnie wysmakowane okazały się również propozycje z innych państw Ameryki Południowej.

Najlepszy z trzech filmów otwarcia - "Rok Tygrysa" Sebastiana Lelio (którego niesamowita "Święta rodzina" - także naszymi głośnymi głosami - zwyciężyła na NH 2006) zestawiał szare, zmęczone zdjęcia Chile dotkniętego trzęsieniem ziemi i tsunami z tropikalną jaskrawością tytułowego tygrysa, uwięzionego w osiadłej na mętnej mieliźnie klatce. Estetyczna wrażliwość Lelio spotkała się tu z artystycznym światem chilijskiego muzyka Fernando Milagrosa, odpowiedzialnego za artystyczną warstwę tego odartego ze zbędnej ckliwości dramatu.


Chile zasługuje zresztą na wyjątkowe wyróżnienie, wydaje się bowiem, że podobnie jak w przypadku muzyki ten niewielki kraj (ok. 17 milionów mieszkańców) jest obecnie jednym z najciekawszych miejsc na kulturalnej mapie świata. Najzabawniejszy i najprzyjemniejszy film festiwalu - "Salvavidas" młodej chilijskiej reżyserki Maite Alberdi - opowiada o ratowniku, który boi się wody, w związku z czym podkreśla rolę prewencji w zapobieganiu wypadkom. Plaża staje się w tym niedługim "dokumencie" przestrzenią osobną, gołą, a więc narażoną na wszelkiej maści absurdy. Pod tymi względami (postać niezwykle charakterystycznego głównego bohatera + momenty każące wątpić w estetyczno-intelektualną kondycję człowieka) "Ratownik" przypomina "Kobielę na Plaży" Andrzeja Kondratiuka - kręcony ukrytą kamerą film, od którego premiery minie w przyszłym roku 50 lat. 
U Alberdi dodatkowym czynnikiem magnetycznie przyciągającym wzrok są też - a jakże - kapitalne, oparte na kontrastujących barwach zdjęcia - tak mięsiste i soczyste, że aż nierzeczywiste, stające się - jak wyżej - nie tylko tłem, ale kolejnym, równorzędnym bohaterem tego jakże udanego obrazka.

Pisząc o chilijskich filmach tegorocznych Horyzontów nie sposób nie wspomnieć o zwycięzcy konkursu - pięknym długometrażowym debiucie innej młodej Chilijki - Domingi Sotomayor Castillo (urodzonej w Santiago w 1985 r.). "Od czwartku do niedzieli" opowiada o przedrozwodowej podróży rozstającej się pary, którą odbywają starą, wysłużoną Mazdą razem z dwójką małych dzieci. Sotomayor Castillo także ucieka się do operowania obrazem, który - na szczęście - nie akcentuje pustych przydrożnych bezkresów jako nachalnej metafory uczuciowej pustki, a raczej wskazuje samochód jako centrum emocjonalnych wydarzeń w środku niemalże księżycowego, do bólu obiektywnego i schowanego krajobrazu.  


Ucztę - nie tylko dla oczu i uszu - stanowiły też konkursowe "Sąsiedzkie dźwięki" Klebera Mendonçy Filho, w których reżyser w oczywisty sposób ocenia i analizuje panujące w Brazylii rozwarstwienie społeczne, jednocześnie skupia się jednak na tworzeniu podkreślanej wspaniałymi ujęciami grodzonych blokowisk atmosfery zagrożenia. I nawet jeśli w warstwie fabularnej odczuwamy migotanie między konwencjami (komedia - thriller - socjalny dramat) to ostateczny efekt jest silny i jednolity, a mini-sceny pauzujące rozwój wydarzeń (przerażająca nocna kąpiel w oceanie czy kompletnie różny teledyskowy fragment odsłuchu "Crazy Little Thing Called Love" Queen na nowym, mnóstwocalowym telewizorze) zapadają w pamięć jako osobne, krótkometrażowe hity.



Muzyczna scena w Arsenale - jak co roku muzyczna scena w Arsenale to jeden ważny koncert i grupka wydarzeń towarzyszących. Po świetnych występach Junior Boys czy Susanne Sundfør z poprzednich edycji przyszedł czas na CocoRosie. Koncertowo siostry są w formie, co cieszy, uspokaja i krzepi po ostatnich płytach, które - choć niezłe - jakościowo nie nawiązywały do świetnego debiutu i jeszcze lepszego "Noah's Ark". Gościnna obecność Rajasthan Roots oraz TEZ-a wzbogaciła brzmienie, choć ich koszmarny solo-przerywnik w trakcie setu potwierdził częściowo nasze przedkoncertowe obawy o wyłomy w estetyce. Z trzech polskich koncertów sióstr jakie widzieliśmy ten był chyba lepszy od warszawskiego (CSW), ale nie tak dobry jak niesamowity występ na pamiętnej Americanie na Malcie (Devendra, Antony, one i Animal Collective). Gramy - "God Has A Voice, She Speaks Through Me"




Muzyka, konkurs, przeboje

Cztery najciekawsze tytuły pochodzące spoza obszaru kultury iberyjskiej ("Zapiski z gliny"!) i latynoskiej stanowiły część trzech różnych festiwalowych sekcji.

Pierwszym z nich jest wspomniana już "Mondomanila" - film Khavna de la Cruza - jednej z najważniejszych postaci filipińskiej sceny filmowej. Jego konkursowa propozycja w jaskrawy sposób naświetla brutalną rzeczywistość slumsów stolicy Filipin oferując jednocześnie: paradokumentalne świadectwo okrutnej rzeczywistości Manili i przerysowaną, buchającą rozrywkę w stylu Tarantino i Rodrigueza. Świat /ass fakin madafakas ejżian niggas/ (tak o głównych bohaterach mówi okrutny "białas") osiąga abstrakcyjnie wysokie poziomy ohydy, a ilość kończyn w przeliczeniu na jego mieszkańca jest niepokojąco niska. Prawdziwą siłę filmu Khavna stanowi natomiast kontrolowane rozdarcie między zapisem dramatu skrajnie biednych i skrzywdzonych ludzi a tanecznym, zabawowym, wideoklipowym klimatem budowanym za pomocą konkretnych środków formalnych (ostatnia, wyśmiewająca kino Bollywoodzkie scena, przedstawianie postaci niczym opisy bohaterów gier na konsole…). To właśnie ta formalna nieoczywistość sprawia, że "Mondomanila" to nietypowy, świeży i frapując film.

Oprócz udanego cyklu "Re-mixed. Ze sceny na ekran" - w którym w ramach nocnego szaleństwa oglądaliśmy gwiazdy sceny rzucone w wir projektorów - muzyczno-filmowym wydarzeniem dwunastych Nowych Horyzontów była polska premiera "Shut Up and Play the Hits" - prezentowanego w sekcji "Międzynarodowy konkurs - filmy o sztuce" dokumentu o ostatnim koncercie grupy LCD Soundsystem. Zespół płytowego erudyty i kolekcjonera - Jamesa Murphy'ego - zaczął się od singla i płyty i na singlu i płycie miał się zakończyć. "I didn't start a band. I made a record" mówi w filmie sam lider wspominając jednocześnie o swojej niechęci do jeżdżenia w trasę, która jego zdaniem znacznie przyspiesza proces siwienia. Najważniejszy w "Shut up…" jest jednak nie początek, a koniec - nie pierwszy entuzjazm, a ból świadomego rozstawania się z gwiazdorskim życiem, ból muzyka, który sprzeciwiając się rockowym kanonom nie odchodzi ani jako idol-samobójca, ani jako zaśliniony dinozaur. Oprócz fragmentów ostatniego koncertu LCD Soundsystem w nowojorskiej Madison Square Garden, które tym, którzy widzieli LCD na żywo (np. na deszczowym Open'erze 2007) rzucają na plecy ciarki, obserwujemy tu więc dużą rozterkę pokazaną w prawdziwie poruszający sposób. Bo nawet gdy zdajemy sobie sprawę, że sytuacja w filmie Willa Lovelace'a i Dylana Southerna (autorów poświęconemu Blur "No Distance Left to Run") nie jest tak dramatyczna jak wydarzenia pokazane chociażby w "Control" Corbijna, to słuchając Murphy'ego nie jesteśmy w stanie nie stawiać się w jego sytuacji i nie lądować na tym samym rozstaju co on. Kawał dobrego kina - nie tylko ze względu na świetną, leżącą w samym centrum odczuć i wydarzeń muzykę.

Dwa pozostałe hity pozalatynoskie to najlepsze propozycje cyklu "Panorama".

Pierwszym z nich jest "Za wzgórzami" - nowy film Cristiana Mungiu ("4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni") ze znakomitą, nagrodzoną w Cannes kreacją Cosminy Stratan. Drugi to świetne "Alpy" Giorgosa Lanthimosa ("Kieł") z równie dobrą rolą Ariane Labed - aktorki znanej z zasłużenie triumfującego w poprzednim konkursie NH (2011) "Attenberg" Athiny Rachel Tsangari. 


Lanthimos po raz kolejny mierzy się z abstrakcyjnym, pozornie niemożliwym do zrealizowania, tematem i po raz kolejny wychodzi z tego obronną ręką. Jego najnowsze dzieło o grupie osób pomagających bliskim zmarłych poprzez wcielanie się w rolę tych, którzy odeszli to chłodna (alpejskie kolory + sucha recytacja kwestii), ale wzruszająca opowieść. Między innymi o chęci dawania i przyjmowania pomocy i postępującym uzależnieniu od bycia pomocnym.

Filmy Lanthimosa i Tsangari nie pozwalają nie zauważać nowej greckiej fali filmowej, która jest bez wątpienia jednym z najciekawszych zjawisk ostatnich lat. Nowe kino greckie na nowych Nowych Horyzontach? My jesteśmy za.

A jeśli już o nas mowa - poprosimy jeszcze więcej Ameryki Południowej. No i cóż, to chyba tyle. Czy można kogoś pozdrowić?



Najlepsze nowe filmy, które udało nam się zobaczyć na festiwalu:

Alpy
Shut Up and Play the Hits
Sąsiedzkie dźwięki
Za wzgórzami
Od czwartku do niedzieli
Sekretny świat
Perpetuum mobile
Mondomanila
Rok tygrysa
Ratownik


A więcej o Nowych Horyzontach na LTB czytaj tutaj.

wtorek, kwietnia 27, 2010

Wideo dnia #066



Za karę (za słabe Signal Morning z 2009) pomijamy Circulatory System i przechodzimy do CocoRosie. Przy okazji wspominamy niezapomnianą Americanę na Malcie. Minęły cztery lata, a ja nadal nie wierzę, że ten koncert się odbył. Devendra, Antony, CocoRosie, Animal Collective - skład festiwalowy wtłoczony w jeden fantastyczny wieczór. + Antony wyznający miłość Szanaji (wzór odmiany Shania, celownik, propozycje?) Twain i podróż powrotna nocnym pociągiem Českých drah żywcem wyjętym ze Szwejka. Działosię.



PS10 - 04 - CocoRosie

EDIT: W związku z tym, że wszystkie znaki na niebie i ziemi (tej koło placu budowy Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu również) przypominają o Primaverze, od dzisiaj nasze PS-Prezentacje zyskują specjalne logo.

piątek, kwietnia 23, 2010

Notatki z przesłuchania (4) + Kalendarz - Chwalcie łąki umajone, czyli...

...trzy najbardziej oczekiwane płyty maja.





Broken Social Scene - Forgiveness Rock Record



Przystawki zżarły główne danie. Pierwszy sygnał - World Sick - zapowiadał potężne, świetnie napisane, epickie dzieło. Później przyszło bardzo fajne Forced To Love i wspaniałe All to All (więcej tutaj). A potem? Potem wyciekła całość i wystrzelana z najlepszych momentów musiała zawieść. To naprawdę nie jest zły album, ale po pierwsze nie zaspokaja dużych oczekiwań, po drugie w porównaniu z s/t z 2005 roku czy (przede wszystkim) z wybitnym You Forgot It in People (2002) wypada blado. Dwukrotne strącenie poprzeczki bardzo ogranicza szanse na sukces.



Zbyt duże rozbieżności stylistyczne, brak zwartej kompozycji, rozmycie hooków - to grzechy główne. Z plusów przede wszystkim wspomniane rewelacyjne numery i charakterystyczna atmosfera płyty BSS, za którą się stęskniliśmy (to w końcu 5 lat przerwy). Perspektywa zobaczenia ich na żywo nadal sprawia, że cieszę się jak dziecko, ale no... Used to be the one of the rotten ones and I liked you for that! Tu niestety zbyt dużo solidnego wypełnienia, zbyt mało tej pociągającej 'zepsutej' treści. Forgiveness Rock Record? Wybaczam i liczę na Compensation Rock Record w najbliższym możliwym terminie.

The National - High Violet



Recenzent magazynu PASTE pisząc o High Violet przywołuje fragment wywiadu, którego Matt Berninger udzielił serwisowi Stereogum - We started out trying to make a fun pop record. I had the word HAPPINESS taped to my wall. We veered off that course immediately. To zboczenie z obranego kursu jest na nowej płycie The National bardzo słyszalne, ale ta wyboldowana, przypięta RADOŚĆ gdzieś tam przebija - zgaszona, zamazana i wypłowiała, ale jednak.

W jednej z innych rozmów Berninger powiedział, że ciężko nazwać tę płytę wesołą, ale dobrze jeździ się przy niej samochodem. Takie właśnie jest High Violet - inne niż kapitalny, mocny, surowy Alligator (2005), ale też niezbyt podobne do płynącego, szeptanego, eleganckiego Boxera (2007). Chyba najtrudniejsze do określenia z trzech najnowszych płyt Nowojorczyków. Powołam się na trzeci wywiad (tym razem Drowned In Sound) i kolejne słowa-klucze lidera The National - gdyby Alligator nie był taki jaki był, nie byłoby takiego Boxera. Myślę, że ta najświeższa płyta jest również logiczną odpowiedzią na stylistykę poprzedników. Z jednej strony bardzo smutna, z drugiej chwytliwa, przebojowa i witalna. Smutna zarówno jeśli chodzi o obrazy (Sorrow's my body on the waves z przepięknego numeru 2), muzykę (Sorrow właśnie, ale też np. jeden z najstarszych utworów na płycie - Runaway - wcześniejszy tytuł Karamazov), jak i konkretne bolesne frazy a'la Boxer (And I can't fall asleep / Without a little help / It takes a while to settle down / My shivered bones / Until the panic's out). Witalna w buzującym, potężnym centralnym punkcie płyty - Bloodbuzz Ohio (pierwszy singiel), czy w jednym z wielu perkusyjnych popisów Bryana Devendorfa - Anyone's Ghost.


cała płyta do przesłuchania na stronach The New York Times

Oprócz tych oczywistów highlightów (highvioletów?), High Violet to dzieło kopalniane, z pokładami smaczków takich jak art-seplenienie w Afraid of Everyone, albo powodująca gęsią skórkę końcówka Lemonworld. Można narzekać, że The National znowu nagrali płytę prawie idealną, ale wspomniane dwa wymiary - świetny ogół i pasjonujący szczegół umieszczają ten album na podium 2010 roku i zakładają mu cementowe buciki. Biorąc pod uwagę fakt, że zacementowani na wyżynach są już Beach House, dalsza część tegorocznego wyścigu może stać się czekaniem na peleton i sprawdzaniem międzyczasów. Chyba że Panda coś namiesza, chyba że Memoryhouse, chyba że ktoś sprawi niespodziankę... Na razie High Violet z pasją i na repeacie i na wszelki wypadek nie oddaję głosu do studia.

The New Pornographers - Together



Together to niezły album, ale jego dużym problemem jest to, że brzmi jak jakiś Tribute to The New Pornographers. Weźmy takie Sweet Talk, Sweet Talk. Fajne? Fajne. Ale po pierwsze tylko fajne, a po drugie autoplagiatujące (i ugładzające) świetny motyw z The Laws Have Changed (Electric Version, 2003). Takich par i autonawiązań jest tu zdecydowanie za dużo. Spory uśmiech na twarzy wywołuje tylko piękna kontynuacja Testament to Youth in Verse (też Electric Version) w postaci najlepszego chyba utworu z Together - Crash Years. Z dobroci warto jeszcze wymienić bardzo ładne If You Can't See My Mirrors w stylu najlepszych ballad z Challengers (2007). A tak poza tym bywa różnie - czasem porządnie, czasem średnio, czasem nudnawo. Być może ten album spodoba mi się trochę bardziej po kilku kolejnych przesłuchaniach, ale na dużą zmianę oceny się nie zanosi. Muzykom przytrafiło się bowiem (po chuj to bowiem?) to, przed czym do tej pory dzielnie się bronili. Za mało energii w energicznych kawałkach, za mało poruszenia w poruszających. Za słabo jak na autorów tak dobrej płyty jak debiutanckie Mass Romantic (2000).



Kiedy chciałem wysłać SMSa o treści: "piszę teraz o nowym new pornographers", bramka Plusa odmówiła współpracy twierdząc, że "wiadomość zawiera niedozwolone słowa". Z New Pornos nie jest na pewno aż tak źle, by wykreślać ich ze swojego muzycznego słownika. To po prostu najsłabsza płyta tego świetnego zespołu. Jeśli chcecie coś od nich kupić, proponuję w pierwszej kolejności zaopatrzyć się w jakiekolwiek inne wydawnictwo z ich dorobku (ze wskazaniem na debiut), albo w którąś ze świeżutkich reedycji albumów Destroyera.


Inne ważne majowe premiery:

CocoRosie – Grey Oceans



Płynące z wielu źródeł złe recenzje tylko rozbudziły moją ciekawość. Na razie czasu starczyło mi tylko na jedno przesłuchanie w słabych warunkach. Ciekawość nie mija, relacja (albo reakcja) niedługo.

The Futureheads – The Chaos



Nowy teledysk tradycyjnie straszny, ale singiel też kiepski, a szkoda, bo lubimy The Futureheads zarówno w wersji interesting (pierwsze 2 płyty) jak i light (poprzednia). Całość do przesłuchania.

LCD Soundsystem – This Is Happening



Nie podzielam panującej euforii i uważam, że na This Is Happening w znacznym stopniu wyczerpuje się formuła Murphy'ego (główny, nie podzielany przeze mnie, zarzut dla tegorocznego Spoon).

czwartek, lutego 14, 2008

PODSUMOWANIE 2007 - NAJLEPSZE PIOSENKI 2007

Hej :-) Dziś prezentujemy Wam 65 piosenek roku 2007 wg Louder Than Bombs. Jest ich oczywiście o wiele więcej, ale dla porządku przyjęliśmy zasadę: jeden zespół - jeden kawałek.

Poniżej zamieszczamy dwa youtube'owe playery do Waszej dyspozycji. W pierwszym 45, w drugim 20 utworów. Staraliśmy się znaleźć najlepsze możliwe wersje (jeśli były to single, zamieszczaliśmy oficjalne teledyski) prezentowanych piosenek, ale nie zawsze udawało nam się znaleźć coś bezsprzecznie dobrego. Wybaczcie więc niektóre koszmarne clipy (patrz: Art Brut) czy wersje live z nienajlepszą jakością dźwięku.

W kolejnych postach będziemy dodawać krótkie opisy - dziś pierwsza dziesiątka.

Jak dobrze wiecie - często o czymś zapominamy. Jeśli przypomni nam się świetna piosenka zespołu, którego zabrakło w tym zestawieniu, dodamy ją do drugiego odtwarzacza, wkleimy go jeszcze raz i opatrzymy komentarzem.

Aha, kolejność piosenek jest zupełnie przypadkowa :-)

Miłego słuchania!



odtwarzacz 1.







The Raveonettes - Dead Sound
z płyty: Lust Lust Lust

Bez wątpienia jeden z singli roku - kolejna rewelacyjna melodia w dorobku The Raveonettes sącząca się w słuchającym słodką tęsknotą. Jak wstrzyknięte w dziąsło owocowe znieczulenie. I boli i koi i smakuje.

M.I.A. - Paper Planes
z płyty: Kala

Beztroska wyśpiewania "Some some some some I murder, some some I let go", przezabawny tekst i jeden z najfajniejszych refrenów ever. Owacje na stojąco dla tego uroczego dziewczęcia.

Feist - My Moon My Man
z płyty: The Reminder

Burżujskie dicho roku. Seksowne i eleganckie.

Electrelane - In Berlin
z płyty: No Shouts No Calls

Miłosna kartka/pocztówka ze smutnego, fascynującego, podzielonego miasta. Ten utwór jest tak berliński jak wspaniałe Low czy "Heroes" Bowiego.

Black Kids - Hurricane Jane
z EPki Wizard of Ahhhs - do pobrania za darmo na http://www.blackkidsmusic.com

Jeden z najbardziej obiecujących debiutów roku w swojej najlepszej piosence.

Klaxons - It's Not Over Yet (Grace cover)
z płyty: Myths of the Near Future

it'snotovernotovernotovernotoveryet it'snotovernotovernotovernotoveryet
it'snotovernotovernotovernotoveryet it'snotovernotovernotovernotoveryet
(repeat: on)

Róisín Murphy - Primitive
z płyty: Overpowered

Pannę Murphy chwaliśmy już kilka razy, więc tylko uzasadnienie wyboru - Primitive na żywo to przeżycie, którego się nie zapomina.

Jens Lekman - Postcard To Nina
z płyty: Night Falls Over Kortedala

Jeden z najlepszych poetów dzisiejszej muzyki w jednej z najlepszych piosenek z Night Falls Over Kortedala - płyty, która jest jak odsączona z hollywoodzkiego kiczu słodko-gorzka komedia romantyczna.

W zamieszczonej wersji Lekman opowiada niezwykłą historię powstania tego utworu :-)

CocoRosie - Japan
z płyty: The Adventures of Ghosthorse and Stillborn

Radośnie, przebojowo i z przekąsem o sprawach ważnych i mniej ważnych + wspomnienie warszawskiego występu.

Art Brut - Direct Hit
z płyty: It's A Bit Complicated

Pamiętacie taki filmik na youtubie - Worst Video Ever? Nadchodzi konkurencja! Obrzydliwy teledysk, ale jeden z najbardziej wymiatających hitów 2007.



odtwarzacz 2.





wtorek, grudnia 11, 2007

PODSUMOWANIE 2007 - miejsca 30-21




No! W końcu udało się doprowadzić do takiego zestawienia. Metodą kopiuj-wklej zmienialiśmy kolejność do ostatniej chwili, ale i tak:

- na pewno będzie się to w pewnym stopniu w naszych głowach zmieniać,
- na pewno nie zamieściliśmy tu wszystkiego co ważne i fajne w 2007 roku muzycznym,
- it's just a state of mind, jak wiecie, a o wszystkich płytach, które zachwyciły nas już po opublikowaniu tego rankingu będziemy pisać w notkach z nieregularnego cyklu "Musztarda po obiedzie".

Niech to podsumowanie będzie wprowadzeniem do wspomnianych notek o płytach z naszej kolekcji (początek tuż tuż). Tam znajdą się szczegółowe opisy większości z uwzględnionych w rankingu albumów. Zapraszamy do wklejania swoich list w komentarzach. I jeszcze jedno - cokolwiek byście o nim słyszeli, to był naprawdę bardzo dobry rok ;-)

***

Jeszcze kilka słów jeśli chodzi o sprawy techniczne. Publikujemy tu pierwszą trzydziestkę płyt 2007 wg Louder than bombs. Powstała ona z połączenia rankingów Yoko i mojego. Przy każdym tytule pojawia się pogrubiony nr miejsca w rankingu + ilość zdobytych punktów (miejsce 30 w rankingu osobistym to 1 punkt, 29 - 2 itd.) + w nawiasie miejsce albumu na listach osobistych. Miłej lektury.

***


30. 7 Art Brut – It's A Bit Complicated (yoko: 27, slejw: 28)

Przebojowo, inteligentnie i z kapitalnym, singlowym "Direct Hit".




29. 7 Burial – Untrue (yoko: 30, slejw: 25)

Wciągająca muzyka, nocne hymny metropolii + atmosfera tajemnicy i autor-anonim. Album, który w 'Musztardzie po obiedzie' może być tylko wyżej.




28. 8 The Field – From Here We Go Sublime (yoko: poza trzydziestką, slejw: 23)

Urzeka już tytuł, chyba jeden z najładniejszych w ostatnich latach. Zawartość ciężko nazwać uroczą. To chłodna i zdystansowana, ale momentami zachwycająca i porywająca muzyka.




27. 9 Róisín Murphy – Overpowered (yoko: 22, slejw: poza trzydziestką)

Potańcówka wykształciuchów + urok osobisty = miejsce 27. Być może już wkrótce dowiemy się jak to wszystko wypada na żywo. W każdym razie Overpowered to bez wątpienia disco dla wrażliwej młodzieży.




26. 10 Jens Lekman - Night Falls Over Kortedala (yoko: poza trzydziestką, slejw: 21)

Jeśli mieszka się w zimnym kraju, trzeba się jakoś ogrzewać. Stąd kolejna farelkowa pozycja w dorobku Jensa Lekmana. Dźwięki maślane, przypadnie więc do gustu każdej grupy wiekowe. Młodzieńczość jednak przebija się jak może. Sprawdźcie m.in. tekst świetnego A Postcard To Nina.




25. 11 Yoko Ono – Yes I'm A Witch (yoko: 20, slejw: poza trzydziestką)

Album Yoko Ono to prowokująca, nowoczesna płyta z bardzo charakterystycznymi, wwiercającymi się w pamięć momentami (m.in. Toy Boat, gdzie Yoko pomagają Antony Hegarty i Hahn Rowe). Oznak artystycznej demencji brak.




24. 13 The Aliens – Astronomy For Dogs (yoko: 18, slejw: poza trzydziestką)

Był już piękny tytuł, teraz, przyznacie, bardzo ładna okładka. A muzyka? Tu też wszystko w porządku. No i przepiękny, ascetyczny ukryty utwór.





23. 14 Klaxons - Myths Of The Near Future (yoko: 28, slejw: 20)

Przyszli, namieszali i bardzo dobrze. Tegoroczny album Klaxons to jeden z najbardziej obiecujących debiutów (nie bez podstawy otrzymali Mercury Prize). Spójny, pędzący i naszpikowany świetnymi piosenkami (znane wszystkim Golden Skans i Atlantis To Interzone, ale też m.in. świetne Gravity's Rainbow czy cover Grace - It's Not Over Yet).




22. 16 CocoRosie - The Adventures of Ghosthorse and Stillborn (yoko: 24, slejw: 22)

Nie jest to drugie Noah's Ark, ale "nieźle nas urządziłyście... siostry!" nie ciśnie się na usta. CocoRosie utrzymują wysoki poziom a Japan na koncercie to sama radość.





21. (ex aequo) 17 Piano Magic - Part Monster (yoko: 26, slejw: 19)

Występ na OFF Festiwalu znakomity, a płyta? Dobra. Tylko czy aż - zdecydujcie sami. Nie ma tu rewelacji na miarę Love And Music czy Speed The Road, Rush The Lights, ale z głośników leje się angielskość a piękna nie brakuje (Cities And Factories, utwór tytułowy... posłuchajcie sami).



Już jutro miejsca: 20 - 11, a na sam koniec pierwsza dziesiątka + EPki i inne wydawnictwa, które nie znalazły się w zestawieniu głównym, obejmującym tylko studyjne płyty długogrające. Zapraszamy.

sobota, października 06, 2007

siostry, orgazmy i tańce

Daleki jestem od mędliwości spod znaku "kiepskiego roku muzycznego", ale muszę przyznać, że na tle 2007 kilka poprzednich wypada dość blado. Za 5 dni ukazuje się nowe Radiohead (czy ktoś ma wątpliwości, że to temat na osobną relację?) co powinno już kompletnie ustawić sprawę zajebistości tego roku, ale zanim...


No właśnie, pamiętacie Maltańską Americanę (zdjęcie: www.nowamuzyka.pl)? 4 koncerty jakich w Polsce nie było przez kilka lat w ciągu jednego dnia to raczej torturowanie obfitością, ale nie mieszkając w żadnej z zachodnich stolic trzeba ten 'festiwalomasochizm' polubić. Cottoning czas jednak skończyć, do rzeczy. Na Malcie grali dla nas: Devendra Banhart (jako pierwszy), CocoRosie (nr 3 ; na życzenie wrzucę mp3 "Noah's Ark" zrobioną z zapisu z TVP Kultura), (zamykający) Animal Collective i (drudzy) Antony and The Johnsons. Pierwsza trójka wydała w tym roku płyty. Tak, są dobre.


Z CocoRosie nie jestem na świeżo, faza wielkich przesłuchań nastąpiła przed ich świetnym koncertem w CSW (zagrały Turn Me On ; chwała Wam za to, siostry, żebyście już nigdy nie musiały nagrywać płyty w ciasnej łazience!).

O obcowaniu z twórczym orgazmem Animal Collective długo jeszcze nie będę mógł mówić. Dżemik to jedna z najlepszych płyt ostatnich lat, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Póki co, możecie połączyć się ze mną w ekstazie za pomocą serwisu Ty Tubo.




Devendra Banhart - Smokey Rolls Down Thunder Canyon
Pierwsza recenzja na nowym LTB będzie więc dotyczyć nowego Devendry. Ścieków, brudów z mopa i innych mokrych ścier spadło na ten album tyle, co na św. Aleksego podczas jego zalegnięcia pod ciągiem komunikacyjnym. Ale nie ma co wierzyć malkotenckiej brygadzie, kiedy pisze dla Was łatwo zachwycający się slejw.

Ale zanim zachwyty, proszę się wkręcać, wracam po śnie i opowiadam o jednej z najprzyjemniejszych i najcieplejszych płyt jakie znam. "All I wanna do is dance" chciałoby się powiedzieć cytując pewne małpy na G.