Dzisiaj krótki przegląd tego, co spodobało nam się w styczniu. Kilka piosenek, które mają duże szanse znaleźć się w podsumowaniu roku, a następnym razem ogólny przegląd płyt, na które czekamy.
HIGH PLACES - On Giving Up
Na Primavera Club 08 zagrali znakomity koncert pomimo tego, że do wielkiego Auditori pasowali jak U2 do małego zadymionego klubu.
Jednak muzyka małych obiektów może odejść w cień. W nowym utworze High Places pojawiają się miejskie, ciemne, bulgocząco-dyskotekowe nuty, a całość dryfuję w stronę klimatu chociażby ubiegłorocznego Good Evening Nite Jewel. Sympatyczna egzotyczna roślinka z debiutu może się więc okazać mięsożernym gadem, tym bardziej że zespół szykuje się na wojnę z ludzkością. High Places vs. Mankind ukazuje się w kwietniu, a ja już teraz czuję, że w tej walce będę pierwszym zdrajcą.
BEACH HOUSE
- Zebra - Norway - 10 Mile Stereo
Podniecaliśmy się już w 2009 roku, teraz podkreślamy, że to pierwsza wielka płyta 2010 i przypominamy, że jako jedni z pierwszych prezentowaliśmy Norway.
YEASAYER - Ambling Amp
Art-popowa siostrzyczka Grass Animal Collective ; ostatnio bardzo często na uszach. Podnosi temperaturę pod czapką o kilka cennych stopni.
SPOON - np. Goodnight Laura
Przypominają się The Kills i ich Goodnight Bad Morning. Oba utwory to muzyczny opis ucieczki w sen, kiedy ogólnie nie jest dobrze, ale aktualnie 'dobranoc'.
PHOENIX - Sad-Eyed Lady of the Lowlands (Bob Dylan cover)
Kiedyś tego typu niespodziewane covery były dla mnie fascynujące. Dziś sam jestem dziadkiem, a specjalnymi coverami zawalone są blogi, charytatywne składanki i radiowe sesje. Taka masa rozmywa dawną podjarkę, tym bardziej że jakość nowych wersji jest często niska. Inaczej jest w przypadku naszych ulubionych Francuzów, którzy robią Lady tak, że jest 1) inna od oryginału, 2) różniąca się od ogólnego stylu zespołu. Minus z minusem daje plus, co nie?
Dziewczyna z okładki nr 2 chyba opuściła imprezę z okładki nr 1, a zespół z płyty nr 1 podążył za nią. Contra to płyta cofnięta, mniej przebojowa, płyta która nie pozmywała i wyszła w białą noc.
Jako fan horchaty (najlepsza koło stacji metra Principe de Vergara, obok parku Retiro w Madrycie; lepsza nawet niż ta w Walencji) nie wybaczam koślawej pronuncjacji w otwieraczu.
White Sky świetne, ale to wiedzieliśmy już po Primaverze 08. Poza tym mamy np. przemiłe Taxi Cab i wszystko jest fajnie, ale mimo wszystko słabiej niż na bibie z debiutu. No nic, czekamy na kolejny ruch dziewczęcia z okładki, a na razie horchata, białe niebo i motion of taxis.
[ credits: zdjęcia pochodzą głównie z serwisu www.drownedinsound.com, jeśli są z innego źródła - jest to zaznaczone w podpisie ; clipy z youtube'a: głównie naszego autorstwa, jeśli nie to też podajemy autora ]
Ogólnie - best fest ever! Ma skład soczysty jak paragwajska brzoskwinka, dni są wypełnione po brzegi świetną muzyką (spokojnie mógłby potrwać 4 dni, czasem nakładają się na siebie naprawdę świetne występy), organizacyjnie wszystko gra (omg, miła ochrona mówiąca po angielsku ; jedyny '-' to 'papierowe' opaski = padaka po każdej kąpieli), herbatę i kawę sprzedaje sobowtór Scarlett Johansson... No i położenie! Niesamowite. Open'er jest festiwalem obok morza, Primavera jest festiwalem nad morzem. Bez obrazy - Open'era bardzo lubię, ale barceloński Parc del Forum wymiata i to po całości.
6 scen:
CD DROME - mała, ale zadaszona, ok, ESTRELLA DAMM - duża w centrum, poza tym tam odbył się pewien koncert, o którym później... ROCKDELUX - największa, do wyboru płyta albo schody, z których widać morze, ATP - klimatyczna, trochę schowana - też płyta/schody, VICE JAGERMEISTER - nad samym morzem, tuż obok sceny przepływają żaglówki, muzyk zespołu Man Man forsuje płot i jest już bardzo blisko natury, AUDITORI - duża, bardzo dobrze nagłośniona, nowoczesna sala z morskimi motywami wnętrza i zewnętrza.
No i sama Barcelona, mmmm, aż sobie włączyliśmy znów 'Pasażera' Antonioniego.
Ale konkretnie, po kolei, może z pominięciem garmażerki, ok? Po wymianie biletów na opaski+karty i otrzymaniu książki (nie książeczki, książki, spore bydle z opisem wszystkich zespołów i zdjęciami ; fajne) oraz spotkaniu z naszą dobrodziejką R. (besos gigantes) udaliśmy się na pierwszy koncert festiwalu.
The Marzipan Man - CD DROME - 3/10
Ej no! To miał być jedyny tego typu koncert na PS08. Jordi Herrera, czyli boss przedsięwzięcia rzekł, że jego zespół to "a character of a children's story that lives in a magic unreal world where the animals are the main characters". No i pięknie, od razu mi weszło so głowy Ys Joanny, trochę Black Rider Waitsa (btw: Waits w Barcelonie w lipcu, ale za 100 euro najmniej, chyba staniemy pod salą i przystawimy szklankę)... A tu raczej bieda. Ściągnąłem ich jeden utwór przed tym koncertem i wydawał się być całkiem fajny. Koncert fajny nie był. Gdyby children's stories były tak kakofoniczne i nieskładne owi children już dawno wypieprzyliby je poza kojec. Wrzask, słabe zgranie, bez klimatu. Kilka przebłysków nie wystarczyło by podciągnąć to wyżej niż do 'trójki'. Z pewnym potencjałem i ciekawym pomysłem pozostaje więc na razie ten zespół.
MGMT - ROCKDELUX - 7,5/10
Po krótkim wypadzie w strefę gastro przenieśliśmy się pod dużą scenę (dokładniej: do pierwszego rzędu) żeby panowie z MGMT zmietli z nas resztki marcepanu z Pana Marcepana. No i zmietli. Co prawda gdyby postawić ich obok Budki Suflera i Państwa Gucwińskich, niektórzy mieliby problem z wybraniem elementów, które nie pasują, ale nie dla oczu to miała być uczta, nie?
Zaczęli od Weekend Wars - smutnego utworu o braku wagonu restauracyjnego w pociągu Prząśniczka, którym główny bohater udaje się na weekendowy wypad. Ciężko komponować koncert mając jedną płytę i brak pomysłu na układ trochę uwierał, ale tylko trochę, uwierzcie. Podobno MGMT byli kiedyś bardzo słabi koncertowo - na szczęście już nie są. Świadkowie? M.in. rozbabrana, ale bardzo fajna wersja Kids, świetne Time to pretend i wzruszające Pieces Of What (wideo poniżej). 'Cukrowa uczta dla zmysłów' pisał o Oracular Spectacular recenzent Uncuta. No dokładnie.
MGMT - Pieces Of What ; wideo - my
THE NOTWIST - ROCKDELUX - 6,5/10
Trochę się bałem że to będzie, parafrazując reklamę Seata, "niemiecka fantazja i hiszpańska precyzja", ale nie. Grając taką muzykę chyba ciężko jest koncertować. Można albo wzmocnić, albo rozciągnąć, albo próbować zachować intymny, elektroniczny charakter kawałków. Opcja urockowienia utworów granych na żywo - to wybór The Notwist. Czy słuszny? Nie wiem, musiałbym dostać próbkę pozostałych. Anyway - był to niezły koncert z bardzo dobrymi momentami w postaci Pilot (z refrenem wyśpiewanym przez publiczność - budujące przeżycie), This Room (wideo poniżej) Neon Golden czy choćby nowego singla. Czasem robiło się nudnawo, czasem siadała atmosfera (głównie przez wspomniane rozciąganie, po które też Niemcy sięgali), ale generalnie udało im się jakoś wygrać ten występ. Większej ilości niemieckich zwycięstw w najbliższym czasie sobie nie życzymy.
No a teraz musztarda przed obiadem, czyli rehabilitacja Do You Like Rock Music? na LTB. Owszem, jest na tej płycie kilka kawałków, które wciąż mnie irytują i to się chyba już nie zmieni, ale... potrzebowałem tego absolutnie świetnego (do czasu, o tym za chwilę) koncertu żeby DYLRM? mnie ruszyło. Zaczęło się znakomicie od All In It przechodzącego w Atom (wideo poniżej). Potem m.in. kapitalne wersje Waving Flags, No Lucifer, ale też Lights Out for Darker Skies czy Down on the Ground - numerów, których nie doceniłem.
W kwestii samego koncertu - jeden z najmocniej i najbardziej sugestywnie poprowadzonych setów jakie widziałem do momentu zupełnie niepotrzebnej outro-błazenady w postaci stawania na rękach, wchodzenia na głośniki itp. itd. Siła grania powalająca, utwory wygrzane bez najmniejszego ckliwego pitolenia, a przecież niektóre wzruszające. Mam nadzieję, że na OFFie lepiej rozegrają końcówkę. Wtedy może być to najlepszy koncert festiwalu.
British Sea Power - All In It + Atom ; wideo - my
PORTISHEAD - ROCKDELUX - 7,5/10
Obok Tindersticks - najsmutniejszy koncert na tegorocznej Primaverze. Smolistą czerń, gęstość, przygnębienie, przerażenie - wszystkie kluczowe czynniki swojej nowej płyty Portishead przenoszą bez straty na scenę. A oprócz tego highlighty z pierwszych dwóch albumów w postaci m.in. Roads, Glory Box czy Cowboys (wideo poniżej).
Daliśmy radę zobaczyć tylko kilka kawałków, które wypadły świetnie. Czekamy na OFFa.
VAMPIRE WEEKEND - VICE JAGERMEISTER - 8/10
'O tej porze zazwyczaj piję w łóżku ciepłe mleko, no ale jesteśmy na tym festiwalu, to może coś, kurwa, zagrajmy' - mniej więcej takimi autoironicznymi tekstami raczył nas Ezra Koenig (na zdjęciu powyżej) podczas świetnego koncertu Vampire Weekend. Publiczność już mocno zjarana bawiła się bardzo dobrze, więc trzeba się było trochę przemieszczać żeby nie zostać zalanym miłością bądź piwem. No aaaale... nic nie zburzyło świetnego wrażenia muzycznego. Wielki '+' za zgranie - jak na debiutantów imponujące. Poza tym bardzo fajne aranże niektórych kawałków (np. One albo Ladies of Cambridge), świetny nowy numer - White Sky (zapraszam na festiwalową audycję) no i highlighty debiutanckiej płyty, np. otwierający całość Mansard Roof (wideo poniżej). Brawo.
Vampire Weekend - Mansard Roof ; wideo - my
***
Na Midnight Juggernauts nie mieliśmy już nawet resztek sił (pociesza nas tylko fakt, że ta nowa płyta wydaje się dość słaba). Poszliśmy więc spać, bo już następnego dnia o 17:15...
Informacje dodatkowe:
PJ Harvey - Warszawa, Sala Kongresowa - 21.05.2008
Zapraszam na relację w najbliższej koncertowo-festiwalowej audycji. Jeśli ktoś nie ma jeszcze bootlega, który krążył na last.fm, mogę podesłać - dajcie znać.
1) Porządki w związku z najlepszymi utworami 2007:
dodaliśmy za pamięci Now Now St. Vincent, ale co ważniejsze: były problemy z tymi playerami (nie wyświetlały wszystkiego), więc zamieszczamy dwa bezpośrednie linki do playlist na youtubie:
2) Porządki w kolekcji internetowej (czyli dodanie wyników naszego muzycznego zakupoholizmu) już wkrótce (myślę, że we wtorek np.).
3) Nowości - 2008,
bo zapowiada się świetny rok (już mamy kilka dobrych, bardzo dobrych i jeden rewelacyjny album) i później możemy nie ogarnąć. Ale zacznijmy może od przykrego działu:
ROZCZAROWANIA
Nick Cave & The Bad Seeds - Dig Lazarus Dig!!!
Niezły singiel i słaba płyta. No, powiedzmy, że dostateczna. Ogólnie dużo rock-łomotu, ale brak witalności świeżutkiej, pachnącej Nocturamy. O wcześniejszych dziełach i arcydziałach zespołu nawet nie wspominam. Fajne jest Midnight Man i ten kawałek przed tym też OK, ale ogólnie to już było, miejmy nadzieję, że wróci więcej.
3
British Sea Power - Do You Like Rock Music?
Nadzieje były spore - po fenomenalnym debiucie i bardzo inteligentnym, wyważonym kroku nr 2 w postaci urokliwego Open Season. "Ta płyta ma kamień zamiast serca" napisał recenzent Pitchforka, ale my aż tak srodzy nie będziemy. DYLRM to bowiem płyta w sumie przyzwoita. Na szczęście średni, dostateczny poziom nie utrzymuje się cały czas. Mamy po prostu sporo wpadek, trochę nudziarstwa (czasem, jak to powiedział jeden z bohaterów Juno, "pachnie zupą"), ale też kilka świetnych momentów. Żeby już nie lecieć Oskarem z Ulicy Sezamkowej, skupmy się na dwóch głównych pozytywach. Pierwszy nazywa się Waving Flags, drugi No Lucifer. Pierwszy pożycza melodię od Such Great Heights Postal Service, ale przetwarza ją w sposób bajeczno-epicki. Powstaje świetny hymniczno-poruszający numer, brawo. Drugi przepisali od Mercury Rev, ale znów przefiltrowanie inspiracji przez własny charakter stworzyło coś bardzo przyjemnego. Więcej hooków nie pamiętam, wszystkich nie-hooków żałuję.
+3
PS. Wszystko to nie zmienia faktu, że występ BSP na Primaverze to jeden z koncertów, których nie możemy się doczekać najbardziej.
Elbow - The Seldom Seen Kid
Raczej w kategoriach rozczarowania, a (znów!) zapowiadało się dobrze. Pamiętacie singla? Nam się podobał - surowy, w klimacie new-westernowym (ale w inny, bardziej dosłowny sposób niż np. s/t Portishead), z fajnym przypieprzeniem w refrenie. Pary jednak brakuje przez 3/4 płyty. Nudnawo bywa często, szczególnie pod koniec (jakieś 3 ostatnie numery). Ale tak jak w przypadku BSP, są momenty do wyłowienia i zachowania. Oprócz wspomnianego, singlowego Grounds For Divorce, jeszcze typowo-Elbowowe Bones Of You i przede wszystkim śliczne, walczykowate Audience With The Pope. A! No i może jeszcze bardzo ładnie zatytułowane Loneliness Of A Tower Crane Driver. Ogólnie jednak wielka szkoda, tym bardziej, że po gigantycznym Asleep In The Back (Newborn! Newborn!!) i dwóch niezłych płytach, Dzieciak jawi się jako spory spadek formy.
+3
PŁYTY DOBRE I BARDZO DOBRE
Cat Power - Jukebox
W sumie nie wiadomo czy ta płyta nie powinna się znaleźć w dziale powyżej, bo biorąc pod uwagę re-we-la-cyj-ność takich albumów jak niezwykłe Moon Pix, wspaniałe You Are Free czy czarujące The Greatest, Jukebox jest w pewnym sensie rozczarowaniem. Nie pomaga dobór utworów - głównie coverów znanych, starych, klasycznych pieśni z repertuaru np. Sinatry (tu akurat bardzo dobre wykonanie New York) czy Janis Joplin. Śliczna Chan, do tej pory wzór i ideał jeśli chodzi o tworzenie prostych piosenek, które nie są ani prymitywne ani nudne, tu czasem osuwa się w okolice interpretacyjnego banału. Jednak często bywa świetnie - wspomniane New York, kapitalna rekonstrukcja Metal Heart z Moon Pix, nowy numer - Song To Bobby, czy pociągająca, tajemnicza wersja Don't Explain z repertuaru Billie Holiday.
4
Beach House - Devotion
Pastele suche i rozmazywanie ich palcami - o tym myślę i to widzę słuchając płyty nr 2 w dyskografii Beach House (btw - świetna nazwa). Utrzymanie tak "rozmazanej" płyty w pewnych ryzach było, podejrzewam, ciężkie, ale chyba się udało. Mnóstwo "czwórkowej" materii do słuchania w tle bądź na pierwszym planie + świetne Gila, Turtle Island (przede wszystkim!) czy Heart of Chambers.
4
These New Puritans - Beat Pyramid
Płyta na granicy czwórki i czwórki z plusem - często hipnotyzująca, rzadziej drażniąca, ogólnie bardzo fajna i do bezmózgiego i do mózgiegu densu. Rządzi Numbers (czy też Numerology), ale podobają się też np. Kasabianowy Elvis, albo Navigate - Colours z wokalami jak z debiutanckiej płyty Klaxons. Poza tym fajowy układ (sprawdźcie sami - mówię tu i o pierwszym i ostatnim kawałku i o ogólnym ułożeniu utworów) i spora siła rażenia. Fajne.
4
The Kills - Midnight Boom
Dobry, prosty rockowy album z dobrymi piosenkami. Dobrze, że są takie płyty. Dobre i proste i rockowe. Dobrze już, dobrze.
4
El Perro del Mar - From The Valley To The Stars
1) Płyta-muzeum. Bardzo pasuje do niej określenie "sztuka". Elegancka, dostojna, przestronna. 2) Wytchnienie od/po i tutaj wstawcie cokolwiek. 3) Spiżarnia z piosenkami w słoiczkach. Więc z jednej strony bardzo artystyczna i poważna, z drugiej kojąca i otulająca, chciałoby się powiedzieć lekka. Prześliczne muzyczne pejzaże tworzy Szwedka na swoim drugim longpleju. Nie tak porywające jak na znakomitym (5 / +5) debiucie, ale momentami wręcz zachwycające (Do Not Despair). Brawo.
+4
Atlas Sound - Let the Blind Lead Those Who Can See but Cannot Feel
Kiedy walnęliśmy się z yoko na trawę w Parku Zachodnim z Let The Blind... na uszach, przyszła mi do głowy pewna pretensjonalna, ale nieźle ilustrująca tę płytę myśl. Otóż - debiut Atlas Sound (solowy projekt Bradforda Jamesa Coxa z Deerhuntera - musztarda 2007) ma strukturę bardzo roślinną. Tworzy go 14 tkanek - bardzo podobnych, ale jednak różniących się masą szczegółów. Całość układa się w bujną liściastą (płyta raczej się ścieli niż kłuje) przestrzeń. Skomplikowane? Niejasne? Hm, włączcie Let The Blind... a zobaczycie jak trudno cokolwiek o tej płycie powiedzieć. Większość czasu to +4, ale jest jedno "ale", które podnosi ocenę solowego projekt Coxa. Ten element to teksty - zazwyczaj pomijane w tego typu "dźwiękowych" albumach, tu stanowią ważną i silną część. Dokładna analiza tutaj.
To co prawda płyta wydana w 2007 r. (przez Discoteca Océano), ale większość świata dowiaduje się o niej w związku z jej reedycją w 2008. Na okładce sztuczne ognia i kolorowa papuga (oko x 18), zabudowania jakby z Barcelonety (artysta - Pablo Díaz-Reixa - tworzy w Barcelonie), kolorowa ryba, palmy, geometryczne, jaskrawe góry i krótki list od twórcy. Hmm. Jakieś pojechane latino? Niekoniecznie, aczkolwiek to też znajdziecie na tej płycie. Z albumu bije bardziej nocna, imprezowa, europejska hiszpańskość - zsamplowana i ułożona w przesmakowity kawał muzyki.
Lekkość, wakacyjność, słoneczność, nastoletniość, seksowność, orzeźwiająca siła Since I Left You The Avalanches wpływa z impetem w genialne, nienormalne kompozycje Animal Collective imponująco chłodząc w ogólnopanującym żarze fragmentami jak z solowego Pandy Beara. Ufff. No ale tak to wygląda! Jesteśmy strasznie ciekawi jak to wszystko wypadnie na żywo (Primavera again), tak, nie możmy się doczekać. W Alegranzy! eksplodują wszystkie uśmiechny pięknych dziewcząt i chłopców, chwilowe zauroczenia, nieprzespane noce, najfajniejsze momenty imprez i co tam jeszcze chcecie.
Nie jest to album kompletny. Takim jest dla mnie np. zeszłoroczne Strawberry Jam AC, które w zabójczym pędzie znajduje czas na dotykającą absolutu "balladę" Fireworks (znów te fajerwerki). Ale nie zmienia to faktu, że Alegranza! to dzieło wybitne. Najfajniejsza laska ostatnich lat, najmądrzejszy przystojniak w kurorcie.
Chłońcie ją, oszałamia.
+5
Uff... to tyle na dzisiaj :-) W następnej notce postaramy się dodać jakieś próbki płyt, o których napisaliśmy. Polecamy też własne poszukiwania, np. na majspejsie. Naprawdę zapowiada się świetny rok. Do kontaktu.
Ból i zawód dla miłośników niespodzianek i długiego oczekiwania. Jedna z płyt roku już w styczniu? Łeeee...
Hedoniści świętują, kuso odziana młodzież tańczy, dzieci-kwiaty wstają z grobów – wszystko to w związku z pojawieniem się na muzycznej scenie Amerykanów z Vampire Weekend. Nazwa związana jest z filmem nakręconym w wakacje przez Ezrę Koeniga (gitara, wokal) i jego przyjaciół. Główne założenie fabuły - wampiry opanowują państwo. Czy Nowojorczycy opanują muzyczny świat?
Prawdę mówiąc wszystko głosuje „za”. Zespół posiada kompozycyjną lekkość Spoon, świeżutkie, czyste brzmienie Phoenix i słoneczny klimat spod znaku The Beach Boys. Cóż może być lepszym soundtrackiem do nadchodzącej wiosny! Szansa na to, że w radiu zamiast „Znaku pokoju” usłyszycie „A-Punk” jest znikoma, ale, hej, kto każe Wam słuchać radia? Wystarczy walkman/discman/ipod i już możecie się cieszyć piknikowym nastrojem „Upper West Side Soweto”. Co to takiego? Wypadkowa muzycznego klimatu przymanhatańskiej dzielnicy Nowego Jorku i Soweto – wielkomiejskiej części stolicy RPA – Johannesburga. Tak właśnie Vampire Weekend określają swój muzyczny styl.
Nazwami afrykańskich grup popowych sypią jak z rękawa, ale wyspiarsko-amerykański rdzeń piosenek jest nie do przeoczenia. Także tekstowo są bliżsi tzw. zachodniej kulturze. Wyznania potrafią śmieszyć i wzruszać w obrębie jednej strofy („Walk to class / In front of ya / Spilled kefir / On your keffiyah” i „Then I see you / You're walking cross the campus / Cruel proffesor / Studying romances / How am I supposed to pretend / I never want to see you again?” w „Campus”). Wczesny Kundera się kłania. Zręcznie przefiltrowany przez XXI wiek („Can you stay up / To see the dawn / In the colors / Of Bennetton?”).
Kiedy inteligentne teksty ścielą się gęsto w porywających kompozycjach (kilka direct-hitów jak np. otwierający całość „Mansard Roof” czy bliskie autoironii „One”, ale też kojące, wieczorne „Bryn”) musi z tego wyjść perełka. Niebezpiecznie robi się tylko wtedy, gdy muzyka VW kompozycyjnie lub klimatycznie zbliża się do reggae. Na szczęście muzycy panują nad sytuacją i dzięki temu ani razu nie poczujecie się nieswojo. Dlatego, śmiało, weźcie ten album i wgryźcie się w jego soczyste gardło. Niech trwa wampiryczny weekend.