Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roisin murphy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roisin murphy. Pokaż wszystkie posty

środa, sierpnia 13, 2008

FIB 2008 - relacja dzień po dniu



I'm a fiber, I'm a fiber, I ain't born typical – tak powinny zabrzmieć słowa U.R.A. Fever podczas koncertu The Kills (patrz: dzień trzeci). Ale może to jednak typowe, że na festiwalu trzeba się głównie bawić, gadać w trakcie koncertów, obgadywać gospodarzy i nie tylko, przebierać w *bardzo zabawne stroje*, upijać się już rano itp. itd. Nie jesteśmy z panią Yoko rasistami ani nacjonalistami (oj, nie), ale po tegorocznej edycji festiwalu Benicassim nabraliśmy pewnej dziwnej niechęci do Anglików. Flegmatycy... to od plucia, tak? Nie lubimiy generalizować, ale 99 % festiwalowego syfu wytworzyli oni. Na FIBie było ok. 148 tysięcy ludzi. Jakieś 55-60 % z zagranicy. Miażdżąca większość z Wysp. No... i jeśli chodzi o publiczność to było jak było.

Dobrze, teraz Oskar Zrzęda wraca do kosza i mówimy w końcu o muzyce. A jest o czym. Cztery dni i kilka koncertów, które szturmem wzięły naszą czołówke listy Najlepsze koncerty na jakich byliśmy. Trzeba było odciąć się od otoczenia i w myśl zasady take only what you neeeed from it czerpać to co najlepsze. Poniżej nasza relacja dzień po dniu. Skromniejsza w porównaniu z rozpiską, bo czasem nie pozwalała potrzeba natychmiastowego zaśnięcia, czasem coś wypadło. Nieważne, jedziemy.



17.07 – dzień pierwszy (FIB Start)

SIGUR RÓS



Jedyny koncert jaki udało nam się zobaczyć tego dnia. Baliśmy się, że będą przynudzać (patrz: nowa płyta), ale przynudzali rzadko. Set (zawartość + kompozycja) chyba jeszcze lepszy niż na Open'erze 2006. Sekcja dęta w białych melonikach, wielkie lampy na scenie (przypomniało się „ciepło” koncertu The Low Frequency in Stereo z ostatniego OFFa) – urzekające, ale wartość tego koncertu tkwiła w zaangażowaniu całego zespołu. Grali tak, jakby miał to być ostatni koncert w ich życiu. Sformułowanie okropnie oklepane, ale uwierzcie, tak to właśnie wyglądało.

HIGHLIGHTY: początek – Svefn-g-englar (video poniżej) i koniec - Gobbledigook (to im akurat na nowej płycie wyszło).





18.07 – dzień drugi

THE RUMBLE STRIPS i BABYSHAMBLES

Widzieliśmy, ale nie w całości. Ci pierwsi nudnawi, ci drudzy w porządku, ale bez rewelacji.

EL GUINCHO



Powiedzieliśmy, że damy szansę i daliśmy. Ale Guincho szansy nam nie dał i znów wokalu słychać nie było, bas dudnił, a fantastyczne kompozycje z Alegranzy ginęły w (rytmicznym, ale jednak) zgiełku. Jeśli zna się ten album nie jest najgorzej. Byliśmy w stanie się wkręcić i wyławiać linię melodycznę i niektóre hooki. Jednak jeśli ktoś widzi koncert El Guincho nienaznaczony jeszce jego twórczością może się łatwo zniechęcić. No nic, czekamy dalej.

PS. Pan Guincho miał na sobie koszulkę z napisem NO AGE. Na Primaverze dzielili scenę... Może jakiś wspólny projekt, panowie? To by było coś!

HIGHLIGHTY: Hmm... ciężko stwierdzić, głównie przez zakłócony odbiór.



FUJIYA & MIYAGI



A to bardzo fajny koncert. Wyśmienite wizualizacje – świat z domina + wariacje na temat Pacmana dopełniły muzycznego dzieła. Bardzo mięsistego i konkretnego. Nie był to może koncert porywający, ale lepszą elektroniczną zabawę trudno sobie wyobrazić. Yoko mówi, że podobało jej się sinusoidalnie. Ja nie znam takich trudnych słów, więc powiem, że nie było to rewelacyjne, ale pod „świetne” już mi podchodzi.

HIGHLIGHTY: otwierający całość Ankle Injuries i nasze ulubione Collarbone (video poniżej).



HOT CHIP

Niemożność dopchania się do wielkiego namiotu sprawiła, że widzieliśmy tylko kawałek i to z boku. Załapaliśmy się na dziwną wersję And I Was a Boy From School (bez tego najfajniejszego, zapętlonego motywu) i kilka kawałków z nowej płyty, za którą raczej nie przepadamy. Ogólnie wyglądało to średnio. Ale publika szalała, więc może się mylimy.

MY BLOODY VALENTINE



Pierwszy wielki koncert tego festiwalu. Shoegaze w pełnym tego słowa znaczeniu. Jak słusznie zauważyli autorzy festiwalowej gazetki – Shields i Melinda nie spojrzeli na siebie ani raz. Nie było też „cześć”, „kochamy was”, łamanej hiszpańszczyzny i innych ozdobników. Wszystko co mieli do powiedzenia powiedzieli muzyką. Było wzruszająco, mocarnie, soczyście. Aż niewarygodne, że to wszystko tak wygląda po 15 latach przerwy. Drugi, po Young Marble Giants wielki powrót tego roku. Oklaski, pokłony, głowy żegnają się z kapeluszami.

HIGLIGHTY: całość? Dwa kawałki poniżej.





ROISIN MURPHY



Po pamiętnych genialnych koncertach w Krakowie i w Madrycie oczekiwania były wielkie stąd małe rozczarowanie. Jednak o spadku formy Roisin raczej nie może być mowy. Chodzi o różnicę: regularny koncert X występ na festiwalu. Festiwalowy set był z wiadomych względów mocno okrojony, atmosfera też nie taka (mówiliśmy już o gadających wciąż Anglikach?). Murphy udowodniła jednak, że nie ma na nią bata i jest obecnie największą disco-divą na świecie. No i te bajeczne chórzystki...

HIGHLIGHTY: otwieracz – Don't Cry (video poniżej) i Primitive





19.07 – dzień trzeci

THE TING TINGS I JOSE GONZALEZ

Na pierwszych nie zdążyliśy (słyszeliśmy Great D.J. z daleka), na drugiego się nie dopchaliśmy. Tu już nie można było oglądać z boku namiotu, bo na scenie obok łupała muzyka, która Gonzáleza skutecznie zagłuszała.

AMERICAN MUSIC CLUB



Mieliśmy nie iść i byłby to błąd. Bardzo dobry, rasowy rockowy koncert. Muzycy zaangażowani i sympatyczni. Bardzo kameralnie jak na FIB. Na plus.

PS. Ich nowa płyta jest tak klasyczna, regularna i niewydziwiona, że aż urzeka. Nie będzie to czołówka zestawienia, ale raczej się w podsumowaniu zobaczymy.

HIGHLIGHT: Home (video poniżej)



MY MORNING JACKET

Rozczarowanie. Miało być ładnie, nie było. Masturbowanie się swoim graniem rozwleczone do granic sprawiło, że nie dotrwaliśmy do końca. Nie było to straszne, raczej nijakie. Szkoda.

THE KILLS



Świetni! Dwie osoby na scenie, a energii pokłady niezmierzone (wybaczcie dziwne konstrukcje, piszę te słowa niedługo po najszybszym i najdłuższym biegu mojego życia ; zainteresowanych zapraszam na piwo, które stawiacie :P). Dużo utworów z Midnight Boom to niewątpliwy plus tego koncertu, bo to bez wątpienia ich najlepsza płyta. No i piękne fragmenty, gdy wyśpiewywali te swoje wściekłe teksty „w siebie”. Robiło wrażenie.

HIGHLIGHT: no np. takie Last Day of Magic (video poniżej)







THE RACONTEURS



Też kapitalni. Energetyzujący występ, fantastycznie zagrany. Jedne z najbardziej burzliwych oklasków festiwalu całkowicie zasłużone. Ich pierwsza płyta nie zachwyca, ich druga płyta nie zachwyca. Trzeba być kimś żeby w takich okolicznościach wygrzać zachwycający koncert.

HIGHLIGHT: Steady As She Goes (video poniżej)





20.07 – dzień czwarty

THE NATIONAL



Jeśli chcecie recenzji obrazkowej wpiszcie w gadu-gadu < wow >.

A recenzja tekstowa? Hmm... no < wow > właśnie. Świetny dobór kawałków (czyli dużo z Boxera i dużo z Alligatora), świetna kompozycja (zaczęli piękną wersją Start a War, skończyli z wykopem w postaci Mr. November) no i przede wszystkim miażdżące wykonanie. Utwory mocne były niezwykle mocne, utwory spokojniejsze na potrzeby koncertu podrasowano. Ale z głową, bez rozwlekania i z zachowaniem ducha piosenki.

Podczas koncertu Morrissey'a, o którym za chwilę, podszedł do mnie mocno już „zmęczony” chłopiec i powiedział: „Ooooo Boooże, widziałem cię na The National, po reakcji sądzę, że się strasznie podobało, hm?”. Noooooo!

HIGHLIGHTY: Start a War, Fake Empire, Secret Meeting, Abel (video poniżej) i Mr. November









DEATH CAB FOR CUTIE



Na głównej zaczynał Cohen (gdyby nie DCFC to pewnie byśmy poszli), pod namiotem mała obsuwa, ale wielka okładka-płachta Narrow Stairs pojawiła się w końcu za sceną i zaczęło się. Tak jak nowa płyta – od Bixby Canyon Bridge. A jeśli już o nowym albumie mowa – zespół zachował się sprytnie i na koncert wybrał same mocne punkty. Usłyszeliśmy więc wspomniany Bixby..., I Will Possess Your Heart, Cath..., Long Division. Zabrakło tylko mojego ulubionego Grapevine Fires. No a co poza nowościami? Brak I Will Follow You Into The Dark i We Have The Facts... wynagrodziły m.in. perełki z Transatlanticism.

Ogólnie kapitalny koncert. Skumulowane emocje wybuchały kiedy trzeba, Gibbard zachwycał wokalem (dokładniem takim jak na płytach), było fantastycznie.

HIGHLIGHTY: np. piękna wersja Transatlanticism (video poniżej)











MORRISSEY



My, Morrissey i obiektywna ocena? No way. No ale spróbujemy podać chociaż kilka informacji. Nie było tak magicznie jak w Berlinie. Powód ten sam, co w przypadku Roisin Murphy. Ale, ale... to koncert Morrissey'a, więc w naszym przypadku o rozczarowaniu nie może być mowy. Świetny set, odsączony niestety z kawałków z nowej płyty (czekamy, czekamy). Ale jak tu narzekać jeśli dostaliśmy absolutnie piękne wersje m.in. Why Don't You Find Out For Yourself, Death of a Disco Dancer czy Stretch Out and Wait. + cięte komentarze np. nt. mięsożerców (I feel sad that Benicassim is still not cruelty-free) oraz angielskiej i hiszpańskiej muzyki (Wiem, że znane zespoły w Hiszpanii są straszne, ale nie martwcie się, znane zespoły w Anglii też są straszne). Bardzo wzruszający, ale też surowy i mocny był to koncert. Long live the king!

HIGHLIGHTY: heh...

The Last of the Famous International Playboys (video)
Ask
First of the Gang To Die (video)
That's How People Grow Up
Irish Blood, English Heart
I Just Want To See The Boy Happy
Sister, I'm a Poet (video)
Vicar in a Tutu
All You Need Is Me (video)
The Loop
The World Is Full of Crashing Bores (video)
Why Don't You Find Out For Yourself (video)
What She Said
Death Of a Disco Dancer
You Say You Don't Love Me (Buzzcocks cover)
Stretch Out and Wait
Life Is a Pigsty
How Soon Is Now?















All these great photos are from fiberfib on flickr.

A już niedługo relacja z OFFa :) Do przeczytania!

czwartek, lutego 14, 2008

PODSUMOWANIE 2007 - NAJLEPSZE PIOSENKI 2007

Hej :-) Dziś prezentujemy Wam 65 piosenek roku 2007 wg Louder Than Bombs. Jest ich oczywiście o wiele więcej, ale dla porządku przyjęliśmy zasadę: jeden zespół - jeden kawałek.

Poniżej zamieszczamy dwa youtube'owe playery do Waszej dyspozycji. W pierwszym 45, w drugim 20 utworów. Staraliśmy się znaleźć najlepsze możliwe wersje (jeśli były to single, zamieszczaliśmy oficjalne teledyski) prezentowanych piosenek, ale nie zawsze udawało nam się znaleźć coś bezsprzecznie dobrego. Wybaczcie więc niektóre koszmarne clipy (patrz: Art Brut) czy wersje live z nienajlepszą jakością dźwięku.

W kolejnych postach będziemy dodawać krótkie opisy - dziś pierwsza dziesiątka.

Jak dobrze wiecie - często o czymś zapominamy. Jeśli przypomni nam się świetna piosenka zespołu, którego zabrakło w tym zestawieniu, dodamy ją do drugiego odtwarzacza, wkleimy go jeszcze raz i opatrzymy komentarzem.

Aha, kolejność piosenek jest zupełnie przypadkowa :-)

Miłego słuchania!



odtwarzacz 1.







The Raveonettes - Dead Sound
z płyty: Lust Lust Lust

Bez wątpienia jeden z singli roku - kolejna rewelacyjna melodia w dorobku The Raveonettes sącząca się w słuchającym słodką tęsknotą. Jak wstrzyknięte w dziąsło owocowe znieczulenie. I boli i koi i smakuje.

M.I.A. - Paper Planes
z płyty: Kala

Beztroska wyśpiewania "Some some some some I murder, some some I let go", przezabawny tekst i jeden z najfajniejszych refrenów ever. Owacje na stojąco dla tego uroczego dziewczęcia.

Feist - My Moon My Man
z płyty: The Reminder

Burżujskie dicho roku. Seksowne i eleganckie.

Electrelane - In Berlin
z płyty: No Shouts No Calls

Miłosna kartka/pocztówka ze smutnego, fascynującego, podzielonego miasta. Ten utwór jest tak berliński jak wspaniałe Low czy "Heroes" Bowiego.

Black Kids - Hurricane Jane
z EPki Wizard of Ahhhs - do pobrania za darmo na http://www.blackkidsmusic.com

Jeden z najbardziej obiecujących debiutów roku w swojej najlepszej piosence.

Klaxons - It's Not Over Yet (Grace cover)
z płyty: Myths of the Near Future

it'snotovernotovernotovernotoveryet it'snotovernotovernotovernotoveryet
it'snotovernotovernotovernotoveryet it'snotovernotovernotovernotoveryet
(repeat: on)

Róisín Murphy - Primitive
z płyty: Overpowered

Pannę Murphy chwaliśmy już kilka razy, więc tylko uzasadnienie wyboru - Primitive na żywo to przeżycie, którego się nie zapomina.

Jens Lekman - Postcard To Nina
z płyty: Night Falls Over Kortedala

Jeden z najlepszych poetów dzisiejszej muzyki w jednej z najlepszych piosenek z Night Falls Over Kortedala - płyty, która jest jak odsączona z hollywoodzkiego kiczu słodko-gorzka komedia romantyczna.

W zamieszczonej wersji Lekman opowiada niezwykłą historię powstania tego utworu :-)

CocoRosie - Japan
z płyty: The Adventures of Ghosthorse and Stillborn

Radośnie, przebojowo i z przekąsem o sprawach ważnych i mniej ważnych + wspomnienie warszawskiego występu.

Art Brut - Direct Hit
z płyty: It's A Bit Complicated

Pamiętacie taki filmik na youtubie - Worst Video Ever? Nadchodzi konkurencja! Obrzydliwy teledysk, ale jeden z najbardziej wymiatających hitów 2007.



odtwarzacz 2.





środa, stycznia 30, 2008

Róisín Murphy - 15.12.2007 Madryt / 25.01.2008 Kraków



(Madryt - zdjęcie: MTV)

No i wychodzi na to, że 'show must go on' i kropka. Nie tylko każdy rodzaj muzyki potrzebuje swojego show-zespołu czy show-(wo)man(a). Potrzebuje go każdy czas i każda epoka.

Nawet jeśli najbardziej cenicie spokojne suity a dobra pościelówa to wasz chleb powszedni - nie pogardzicie idealnym przedstawieniem. Kabaret, bal, ekskluzywna dyskoteka, neony, przystawki, szampan, kasyno, strój kelnera/kelnerki, ROZMACH - wszystko to jest za bardzo podniecające, wszystko to jest overpowered.

15.12 w Madrycie, 25.01 w Krakowie Róisín Murphy zabrała autorów LTB na taki właśnie czarujący indie-bal. Czemu indie-srindie? Przecież wszystko teraz jest "indie", nie? Tłumaczę więc: indie-bal jest independent od konwencji. Murphy łączy bowiem na koncertach dostojeństwo i powagę najpoważniejszych i najbardziej eleganckich przyjęć, błysk kieliszków i szminkę na filtrach (DCFC, right) z frywolnością, siłą i brudem mięsistego dicho.

Zaczyna się fantastycznie - instrumenty dochodzą w określonej kolejności, a przed pojawieniem się głównej gwiazdy publiczność rozkręcają przeurocze chórzystki z charakterem (można się na chwilę zakochać):


(Don't Cry - Kraków)

Potem wymiatania ciąg dalszy. Setlista - miss_feathers podrzuca coś takiego:



Wystarczy obrócić. To setlista i madrycka i krakowska i chyba 'każda' na tej trasie.

Najpiękniejsze/najpotężniejsze momenty? Rewelacyjny Primitive (poniżej wersja z TV), Dear Miami ze świetnymi wizualizacjami, Movie Star (śliczne intro z Somewhere over the rainbow), Forever More (z repertuaru Moloko, poniżej fragment z Madrytu) czy kapitalne Ramalama (Bang Bang) z solowego debiutu Murphy (większość setu to jednak najnowsza płyta - Overpowered).

+ świetny kontakt z publicznością i świetne aranżacje.





I need to get you out of your cave, man
I need to let you out of your cage and set you free
If tonight's the night
I'm gonna show you I ain't got no game plan


Teraz nie ma już wątpliwości. To była bardzo szczera magia.



yoko: 1/2

slejw: 1/2



zdjęcia z Krakowa



Dzięki za uwagę i do napisania wkrótce. Aha:

- od dziś na LTB skala ocen płyt, wydarzeń itd. -> 1-6 :-),
- koniecznie zapoznajcie się z debiutem Vampire Weekend - będzie o nich na LTB, świetna płyta!

wtorek, grudnia 11, 2007

PODSUMOWANIE 2007 - miejsca 30-21




No! W końcu udało się doprowadzić do takiego zestawienia. Metodą kopiuj-wklej zmienialiśmy kolejność do ostatniej chwili, ale i tak:

- na pewno będzie się to w pewnym stopniu w naszych głowach zmieniać,
- na pewno nie zamieściliśmy tu wszystkiego co ważne i fajne w 2007 roku muzycznym,
- it's just a state of mind, jak wiecie, a o wszystkich płytach, które zachwyciły nas już po opublikowaniu tego rankingu będziemy pisać w notkach z nieregularnego cyklu "Musztarda po obiedzie".

Niech to podsumowanie będzie wprowadzeniem do wspomnianych notek o płytach z naszej kolekcji (początek tuż tuż). Tam znajdą się szczegółowe opisy większości z uwzględnionych w rankingu albumów. Zapraszamy do wklejania swoich list w komentarzach. I jeszcze jedno - cokolwiek byście o nim słyszeli, to był naprawdę bardzo dobry rok ;-)

***

Jeszcze kilka słów jeśli chodzi o sprawy techniczne. Publikujemy tu pierwszą trzydziestkę płyt 2007 wg Louder than bombs. Powstała ona z połączenia rankingów Yoko i mojego. Przy każdym tytule pojawia się pogrubiony nr miejsca w rankingu + ilość zdobytych punktów (miejsce 30 w rankingu osobistym to 1 punkt, 29 - 2 itd.) + w nawiasie miejsce albumu na listach osobistych. Miłej lektury.

***


30. 7 Art Brut – It's A Bit Complicated (yoko: 27, slejw: 28)

Przebojowo, inteligentnie i z kapitalnym, singlowym "Direct Hit".




29. 7 Burial – Untrue (yoko: 30, slejw: 25)

Wciągająca muzyka, nocne hymny metropolii + atmosfera tajemnicy i autor-anonim. Album, który w 'Musztardzie po obiedzie' może być tylko wyżej.




28. 8 The Field – From Here We Go Sublime (yoko: poza trzydziestką, slejw: 23)

Urzeka już tytuł, chyba jeden z najładniejszych w ostatnich latach. Zawartość ciężko nazwać uroczą. To chłodna i zdystansowana, ale momentami zachwycająca i porywająca muzyka.




27. 9 Róisín Murphy – Overpowered (yoko: 22, slejw: poza trzydziestką)

Potańcówka wykształciuchów + urok osobisty = miejsce 27. Być może już wkrótce dowiemy się jak to wszystko wypada na żywo. W każdym razie Overpowered to bez wątpienia disco dla wrażliwej młodzieży.




26. 10 Jens Lekman - Night Falls Over Kortedala (yoko: poza trzydziestką, slejw: 21)

Jeśli mieszka się w zimnym kraju, trzeba się jakoś ogrzewać. Stąd kolejna farelkowa pozycja w dorobku Jensa Lekmana. Dźwięki maślane, przypadnie więc do gustu każdej grupy wiekowe. Młodzieńczość jednak przebija się jak może. Sprawdźcie m.in. tekst świetnego A Postcard To Nina.




25. 11 Yoko Ono – Yes I'm A Witch (yoko: 20, slejw: poza trzydziestką)

Album Yoko Ono to prowokująca, nowoczesna płyta z bardzo charakterystycznymi, wwiercającymi się w pamięć momentami (m.in. Toy Boat, gdzie Yoko pomagają Antony Hegarty i Hahn Rowe). Oznak artystycznej demencji brak.




24. 13 The Aliens – Astronomy For Dogs (yoko: 18, slejw: poza trzydziestką)

Był już piękny tytuł, teraz, przyznacie, bardzo ładna okładka. A muzyka? Tu też wszystko w porządku. No i przepiękny, ascetyczny ukryty utwór.





23. 14 Klaxons - Myths Of The Near Future (yoko: 28, slejw: 20)

Przyszli, namieszali i bardzo dobrze. Tegoroczny album Klaxons to jeden z najbardziej obiecujących debiutów (nie bez podstawy otrzymali Mercury Prize). Spójny, pędzący i naszpikowany świetnymi piosenkami (znane wszystkim Golden Skans i Atlantis To Interzone, ale też m.in. świetne Gravity's Rainbow czy cover Grace - It's Not Over Yet).




22. 16 CocoRosie - The Adventures of Ghosthorse and Stillborn (yoko: 24, slejw: 22)

Nie jest to drugie Noah's Ark, ale "nieźle nas urządziłyście... siostry!" nie ciśnie się na usta. CocoRosie utrzymują wysoki poziom a Japan na koncercie to sama radość.





21. (ex aequo) 17 Piano Magic - Part Monster (yoko: 26, slejw: 19)

Występ na OFF Festiwalu znakomity, a płyta? Dobra. Tylko czy aż - zdecydujcie sami. Nie ma tu rewelacji na miarę Love And Music czy Speed The Road, Rush The Lights, ale z głośników leje się angielskość a piękna nie brakuje (Cities And Factories, utwór tytułowy... posłuchajcie sami).



Już jutro miejsca: 20 - 11, a na sam koniec pierwsza dziesiątka + EPki i inne wydawnictwa, które nie znalazły się w zestawieniu głównym, obejmującym tylko studyjne płyty długogrające. Zapraszamy.

niedziela, grudnia 09, 2007

dylematy, czyli Hot Chip vs Róisín Murphy

No i stało się! Można się było spodziewać, że koncertowość Madrytu kiedyś obróci się przeciwko nam. I oto jest, pierwszy poważny dylemat koncertowy.

15.12.2007:

Hot Chip (co prawda w DJ secie a nie na regularnym koncercie) w Low Club?



Czy też Róisín Murphy, jakieś 3,5 km dalej, w dobrze nam znanym klubie z palemką?



Na korzyść tych pierwszych przemawia ten nokautujący kawałek.



Róisín z kolei ma dwie świetne solowe płyty i opinię bardzo dobrej artystki koncertowej.



Czyli 1:1. So...pomożecie? :-)



który koncert yoko ma wybrać?



ale o co chodzi?



Róisín Murphy, może założy ten dziwaczny-huba-sweter



ten dylemat jest nierozwiązywalny



Hot Chip, promujmy artystów o normalnych imionach