Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mercury rev. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mercury rev. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, czerwca 18, 2012

Optimus Primavera Sound 2012 - relacja - wstęp i dzień 1.

PRIMAVERA SOUND W PORTO | WSTĘP + DZIEŃ 1. | DZIEŃ 2. | DNI 3. i 4.

Primavera 2011 roku i dyskusja o przeludnieniu parku Forum, która odbyła się na oficjalnym forum dyskusyjnym imprezy stanowiły podsumowanie łatwo zauważalnego trendu. Najfajniejszy festiwal na świecie zrobił się zbyt tłoczny. Gdyby PS była korporacją dostęp do - w miarę festowych możliwości - komfortowego odbioru muzyki byłby jednym z jej filarów, sztandarową policy, hasłem na koszulce. Są bowiem festiwale masowo-zabawowe i te, które wakacyjny wypoczynek kierują na dalszy plan, na front wyciągając uniesienia  artystyczne. Oczywiście, nie ma co się oszukiwać - plenerowe koncertowanie zawsze będzie przeglądowe i piknikowe, ale sprowadzanie różnicy między mniej zobowiązującym słuchaniem muzyki a spartańsko-barbarzyńskim biwakowaniem z pitoleniem w tle do kategorii niuansu jest jednak sporym nadużyciem. Jeśli chcielibyśmy więc opisać prostymi sloganami wspomniane festiwalowe bieguny byłaby to walka "impreza o muerte" z "muzyka o muerte", karnawału hard (w formacie sylwestrowym) z karnawałem light (w formacie prywatkowym).

Wiosenna Primavera nie dążyła nigdy do zmiany statusu z "alternatywnego" festiwalu słuchaczy na letnie igrzyska z koncertami w tle. Stając się jednak coraz bardziej popularna, a w związku z tym ciasna i odpychająca od scen, siłą rzeczy przenosiła środek ciężkości w stronę niechcianej masowości.

Paradoksalnie pierwsza portugalska edycja barcelońskiego festiwalu jest więc nie tylko możliwością globalnego rozszerzenia grona uczestników Primavery, ale przede wszystkim możliwością ucieczki przed rosnącym zagęszczeniem na hektar. Nie idzie tu oczywiście o czystą teorię naczyń połączonych, a o tworzenie - wracającej do primaverowych źródeł - drugiej drogi. Zależnie od decyzji organizatorów Primavera w Porto może stać się festiwalem-odbiciem, który przeciągnie do siebie część barcelońskiej widowni* lub wydarzeniem z założenia bardziej kameralnym, przytulnym, mniej imponującym corocznym składem, a bardziej możliwością wyciśnięcia jak największych wrażeń z bardziej dostępnych, bliższych koncertów.

Opcja kameralna pasuje zresztą do samego miasta - wybranego przecież z wielu rozważanych europejskich lokalizacji. Fantastyczna, modna, tętniąca życiem Barcelona jest idealną przestrzenią do ugoszczenia imprezy zbierającej więcej gwiazd, bardziej intymne, mniejsze, sielankowe Porto - znakomitym miejscem na stworzenie ciekawej alternatywy. Za takim rozwiązaniem przemawiają także czyste technikalia. Wspaniała, zaprojektowana przez holenderskiego architekta Rema Koolhaasa (cool house'a!), Casa da Música nie pomieści tylu osób co auditori w Edificio Fórum, a i tak - przy imprezie, na której pierwszego dnia zameldowało się jedynie około 21 000 osób (dokładny stan na godzinę 23:00 to 20 750), ostatniego dnia zapełniła się w całości ludźmi, którzy po wejściówki stali godzinami w sobotnim deszczu. Wbrew anonsom technicznej strony problemu, sprawa pojemności miejskich hal koncertowych nie jest zresztą wyłącznie kwestią "upchnięcia" publiczności, ale punktem primaverowego honoru. Wracając bowiem do korpo-metafory - angażowanie przestrzeni miejskich w życie festiwalu i odwrotnie - festiwalu w życie miasta-gospodarza stanowi kolejną z podstaw jego istnienia. W Barcelonie Primaverą żyją między innymi sale Apolo, parki, a nawet stacje metra, w Porto da się (i trzeba) odtworzyć ten chwalebny schemat, pamiętając jednak o modyfikacji skali. Występy w Casa da Música i imponującym, mieszczącym się w przestrzeniach starego targu Ferreira Borges, Hard Clubie to idealny strzał, pod warunkiem, że dostęp do nich nie będzie przywilejem nielicznych.


Punkt wyjściowy wydaje się być przemyślany dobrze. Angaż władz miasta i sponsorów w organizację imprezy jest mocno widoczny - komunikacja festiwalowego Parque da Cidade z centrum miasta wzorowa, wyprawka w postaci torby-koca urocza, pomysł sprzedaży wina ze świetnych winnic tzw. grupy Douro Boys znakomity, cztery sceny rozsądne i wystarczające. Dodatkowo - w przeciwieństwie do naszpikowanej wydarzeniami Barcelony - mniejsze Porto żyje festiwalem także w warstwie społecznej. Po raz pierwszy zdarzyło się, by mieszkańcy tak często pytali "i jak się podoba?" i tak jawnie interesowali się Primaverą.
Portugalska edycja czerpie więc ze świetnych wzorów starszej siostry, nie unika jednak niestety wpadek pierwszoroczniaka. Gdzie dziegieć? Na frontach - wydawałoby się - prostych do wygrania. Pierwszy, rażący problem to złe logistyczne rozwiązanie odbioru biletów na niedzielne występy na terenie miasta. Trzy (może cztery) wydające wejściówki osoby to zdecydowanie za mało na cały, czekający w deszczu, festiwal. Oczywistemu niedopasowaniu środków towarzyszyła dodatkowo spora dezinformacja. Informacje obsługi nie pokrywały się (Bilety są/będą? Kto ma je odbierać? Czy akredytowani dziennikarze też, a jeśli tak, to na jakich warunkach?) i nie zgadzały z tymi słanymi mailem i wywieszanymi na tablicy w - ogólnie dobrze zorganizowanej - strefie prasowej. Słaby przepływ informacji był też powodem frustracji kilku tysięcy osób czekających na odwołany po 40 minutach ciszy występ Death Cab For Cutie. Po pierwsze - brak informacji niepotrzebnie trzymał moknących ludzi przy scenie, po drugie - jak słusznie wytykano na Facebooku - odwoływanie koncertu z powodu przeciągłej mżawki na nominalnie wiosennym (a więc pogodowo kraciastym) festiwalu brzmi absurdalnie**. Na marginesie należy dodać, że wiele osób narzekało na sporą liczbę anulowanych koncertów (kolejny facebookowy wpis "Primavera Cancellation Sound" zebrał wiele cynicznie uniesionych kciuków), ale tu sprawa jest prosta - wszelkie odwołania wynikały z decyzji zespołów, a wytykanie winy organizatorom świadczy o niezrozumieniu problemu. 

Celniejszym zarzutem wydaje się fakt gryzienia się koncertowych pór. Publiczność najbardziej rozgniewało całkowite pokrycie się występów Beach House i The Walkmen, ale przypadków bezsensownych zazębień było więcej. Z jednej strony model pierwszych OFF-ów - "wszyscy mogą obejrzeć wszystko" - jest niedoskonały, bo przy kilkudziesięciu tysiącach osób nie dzieli publiczności na mniejsze grupy, z drugiej - w przypadku niektórych rozkładów festiwalowej jazdy można mieć wątpliwości, czy miały one dobry wpływ na natężenie frekwencji, czy jedynie psuły wieczór tym, którzy chcieli zobaczyć więcej koncertów.

Kulminacją złego rozplanowania godzinowego była jednak niedziela. Powody rozdzielania widowni były tu absolutnie zrozumiałe, lecz dobór artystów mocno chybiony. Wybierającym kapitalnego, acz niszowego Nicka Garriego o 16 pozostawała jedna szansa zobaczenia ikonicznego Jeffa Manguma o 22. Oglądanie Manguma o 22 określało jednak regularnym, karnetowym (czytaj: nieprasowym) uczestnikom "wybór" koncertu o 20:30, a dodatkowo uniemożliwiało obejrzenie koncertów w Hard Clubie. Osoby, które z musu (braku wejściówek) znalazły się więc na koncertach portugalskich grup (You Can't Win Charlie Brown w HC i Best Youth w CdM) trafiały na koncerty potencjalnie mniej dla nich interesujące, a ci, którym zależało na zobaczeniu świetnych locals (tak, tak, to my) musieli w ekwilibrystyczny sposób skakać między miejscami skazując się i tak na odpuszczenie któregoś z występów. Wnioski z tych zawiłości są następujące: po pierwsze - gwiazdy (nawet alternatywne) zawsze będą przyciągać (nawet alternatywne) tłumy, dobrze więc - wzorem Primavery barcelońskiej - poprawić system rezerwacji biletów w obiektach z ograniczoną ilością miejsc i - w miarę możliwości - zorganizować jeden publiczny, ogólnofestiwalowy występ artysty, a dopiero drugi limitować i zamykać dla grupy gotowych zaklepać sobie miejsce wcześniej fanów. Po drugie: mniej znane, portugalskie i hiszpańskie zespoły powinny być promowane w sposób wyraźny i zdecydowany, bo to między innymi one stanowią o wyjątkowości imprez ze znakiem Primavery. Znane z Barcelony otwieranie dużej sceny przez miejscową grupę jest dobrym pomysłem, promocja przez przydziałowe kierowanie niezadowolonych z braku biletu na wybrany lokalny koncert już nie. Dostępność jest tutaj hasłem kluczowym. Zwiększenie przepływu lokalnych artystów między Barceloną a Porto, a także ich większa obecność w festiwalowej rozpisce - naszą główną sugestią.

Powyższe narzekania wydają się być może objętościowo opasłe, ale tak naprawdę pierwsza portoska Primavera pewnie obroniła się zachowaniem starego i jednocześnie zbudowaniem nowego charakteru. Stworzenie wspaniałego festiwalu pomimo punktowanych wad jedynie potwierdza jej wyjściową moc. Moc w wielkiej mierze budowaną przez muzykę, do której kategorycznie przechodzimy.
7/06/12 - dzień 1.


Iberyjski start
StopEstra
Pierwszym testem głośności rozstawionego w parku miejskim sprzętu był występ otwierającej festiwal StopEstry - "największego na świecie zespołu rockowego", który swoje granie opiera na zasadach bardziej flashmobowych niż artystycznych. Ciągłe operowanie dysonansem między chaotyczną kakofonią elektrycznego instrumentarium, a tytułowymi stopklatkami może z początku wyglądać ciekawie, na dłuższą metę stanowi jednak po prostu niesłuchalny eksperyment igrający z tematem dziejowych przemian muzycznych konwencji (stara, filharmoniczna forma z zaprzęgiem nowszych, rockowych środków). Nie o takie Portugalię.
Bigott
Borja Laudó wygląda jak mniej urodziwy kuzyn Devendry, gra jak mniej utalentowany kuzyn Devendry, ale biorąc pod uwagę jakość tych kilku płyt Banharta (na których gra przecież miejscami jak młody bóg) nadal można to traktować jako komplement. Stylistycznie obcujemy tu z klimatem scenicznego folku, bardziej w stylu Amerykanina niż Kristiana Matssona, choć porównanie z The Tallest Man on Earth też nie byłoby przesadnie chybione. Kompozycje niezłe, koncertowy dryg obecny - niezły właściwie-muzyczny początek festiwalu.
Atlas Sound

Bradford Cox jest miłośnikiem Primavery i jej stałym gościem - występującym solo lub przewodzącym grupie Deerhunter. O ile jednak kwestia wizerunkowego liderowania w zespole z Atlanty jest bezwzględnie rozstrzygnięta na jego korzyść, o tyle kwestia dominującej strefy kompozycyjnych wpływów nie jest już tak klarowna. Jeśli bowiem debiut DH można porównywać z debiutem Atlas Sound, to późniejsze dokonania o wiele prościej i trafniej zestawiać z płytami Locketta Pundta (Lotus Plaza). Ulubione rejony Coxa to szemrzące, ciekłe, zamglone, rozmazane, prześwietlone dźwięki, raz tylko na pewien czas wybuchające tłumioną tą dźwiękową śniedzią przebojowością.

W Porto obyło się bez niespodzianek, a koncert Coxa różnił się od tego z Primavery 2010 praktycznie wyłącznie zestawem piosenek wzbogaconym o repertuar z zeszłorocznego Parallax. Ta zupełnie niefestiwalowa muzyka znów obroniła się bez najmniejszych problemów.


The Drums
Yann Tiersen
Oczekiwanie na wieczorne emocje umiliły koncerty niezłe, ale przewidywalne i nie budzące większych emocji. Gwiżdżący Drums jacy są, każdy widzi, Tiersen - którego oglądaliśmy już kiedyś we Wrocławiu - jest natomiast absolutnie słuchalny, ale archaiczny, nieporywający, sprawdzający się bardziej jako malarz drugiego (filmowego) planu.
Suede
Mercury Rev

Pierwszym dużym koncertem dnia otwierającego portoską Primaverę okazał się być występ reaktywowanych Suede. Zespołom, które swoje najważniejsze albumy nagrywały w połowie lat 90. daleko do scenicznej geriatrii, dlatego ich powroty nie są tak ryzykowne, jak comebacki oldies - nie zawsze goldies - których grana (często z sercem) muzyka spod rozrusznika rzuca jednak przykry cień rozczarowania na stare albumy. Każde wznowienie gry - nawet po krótszej przerwie - budzi jednak pewną nieufność, która rozwiana cieszy jak mało co w świecie koncertowych radości. I tak - triumfalnym primaverowym powrotem 2010 okazali się Pavement (pierwsze długogrające Slanted and Enchanted w 1992), 2011 Pulp (kluczowe Different Class w 1995), a 2012 właśnie Londyńczycy, autorzy m.in. wyrazistego debiutu z prowokującą, przedstawiającą pocałunek androgynicznej pary, okładką z 1993 roku. I nawet jeśli występ Suede nie porwał jak returny mistrzów na "p", to i tak stał się widowiskiem, któremu ciężko cokolwiek zarzucić.

Koncert na głównej scenie portugalskiego festiwalu otworzył pochodzący z płyty Dog Man Star (1994) "This Hollywood Life", ale prawdziwym otwarciem było startujące na żywo niczym "First of the Gang to Die" Morrissey'a "Trash" (otwieracz albumu Coming Up - 1996). Setlistę dopełniły m.in. świetne "Can't Get Enough", "Metal Mickey" (!), "New Generation" oraz nowa piosenka "Sabotage".


Jak przystało na dobry reaktywacyjny set, koncert Suede łączył w sobie witalność wyposzczonych, głodnych sceny muzyków, dobrą formę wokalną i pierwiastek magiczny, a więc granie tych - tak pomnikowych, że aż nierzeczywistych - numerów. I znów - podobnie jak w przypadku żywego Stop Breathing czy Disco 2000 opisywanie prawdziwego, koncertowego wykonania Stay Together mija się z celem. Właśnie w takich momentach słowo reunion nabiera podwójnego znaczenia, które wykracza poza granice muzyki i sięga do sfer mitycznego wręcz zespolenia z odległym w miejscu lub czasie przyjacielem.

Podobnie nieziemską atmosferę wprowadzają na scenie mistrzowie lajfa - Mercury Rev, którzy ostatnią studyjną płytę wydali cztery lata temu i również koncertują nie promując, a przypominając. W trójkowej relacji (zapis audio w kolejnej części relacji) wspominałem ich występy na warszawskim Summer of Music (potężny, iskrzący set pod dachem) i zamknięciu barcelońskiej Primavery 2011 w Poble Espanyol (poruszające wykonanie całości Deserter's Songs), ale w przypadku Amerykanów słowa także oddają jedynie ułamek faktycznych odczuć. Grupa z nowojorskiego Buffalo - miasta zwanego The City of No Illusions - szczerością grania (nie znam chyba tak emocjonalnego lidera jak Jonathan Donahue) ożywia albumowe iluzje jednocześnie nie pozostawiając złudzeń, że jest obecnie jednym z najlepszych koncertowych kolektywów na świecie. Sekcja rytmiczna dokonuje tu cudów i zamienia rozmarzone płytowe pejzaże (chociażby z pięknego All is Dream) w pełnokrwiste festiwalowe hity, a sam JD kulminuje w sobie ogromną siłę, którą przekuwa w wykon niesłychanie sugestywny. Jeśli czyjeś koncerty zasługują na miano występów w 3D, to są to bez dwóch zdań występy Mercury Rev. 

* która jednak niekoniecznie zrezygnuje z wizyty w  Katalonii - wiadomo już, że w przyszłym roku kupić będzie można kombinowany karnet Bcn+Porto.
** oficjalny komunikat organizatorów głosi, że scena była gotowa, ale zespół i tak nie chciał zagrać.



Wszystkie zdjęcia i nagrania: Louder Than Bombs (o ile nie zaznaczono inaczej).

Wcześniejsze Primavery:



niedziela, czerwca 05, 2011

Primavera Sound 2011 (VII) - dzień 5. (niedziela)


PS11 | środa | czwartek | piątek | sobota | niedziela |

ME AND THE BEES – przyjemne hiszpańskie gitarowe granie,
DEAKIN – odwołał, a szkoda,
MY TEENAGE STRIDE – słabo,
BMX BANDITS – jw.,

MERCURY REV PERFORM DESERTER’S SONGS


W książeczce niedawno wydanej kolekcjonerskiej edycji albumu „Deserter’s Songs” czytamy:

„We live more or less in between a great big river that is very deep and sleepy mountains made from star crashes covered with tall creaky trees. And in the river swim giant, armored, pre-historic fish but they are awful hard to see in a way because they love deep down things and prefer talking to each other than to surface people… And the mountains have witchy forests filled with bears who like birthday cakes, a maiden vampire slayer named Houdini, and an outlaw’s gold treasure buried in a hidden place no one knows of yet… And also there are good people in them too, who if you are lost and far away from home will always help you find your way back no matter what, even when it gets dark… just like this record did for me.” ~Jonathan

Podpis pod tekstem jest w zasadzie zbędny. Każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z muzyką Mercury Rev (czy może konkretniej: z muzyką Mercury Rev przełomu stuleci, a więc płytami „Deserter’s Songs” i „All Is Dream”) od razu wyczuje w nim styl Jonathana Donahue. Styl niełatwy, bo naginający do granic struny ryzykownych konwencji, lirycznie balansujący na granicy grafomanii, synestetyczny, oniryczny, budzący setki skojarzeń i jednocześnie całkowicie odrealniony. Po serii świetnych eksperymentalnych, hałaśliwych płyt (z „Boces” na czele) Mercury Rev zmienili kierunek i swój kompozycyjny i instrumentalny rozmach skierowali w rejony leżące nawet nie za siedmioma, ale siedemdziesięcioma górami. Przełom i pierwszy krok stanowiło właśnie „Deserter’s Songs” – płyta z piękną, bardzo charakterystyczną okładką, zawierająca niecałe 45 minut bezdyskusyjnej muzycznej magii. Album otwierający na oścież wyobraźnię odbiorcy zarówno momentami przykurzonych, strychowych dźwiękowych impresji, jak i fragmentami wręcz popowymi, a więc hitami takimi jak „Opus 40” czy „Goddess On A Hiway”. Wymienianie tych właśnie utworów nie jest zresztą przypadkowe. „Goddess” – singiel pierwszy – zwróciła na czarodziejskie ostępy Amerykanów światło reflektorów, „Opus 40” – singiel ostatni, numer, któremu towarzyszył wspaniały teledysk Antona Corbijna – ugruntował ich pozycję na niezależnym rynku. Jeśli jednak mówimy o „Deserter’s Songs” wstyd tracić czas na fakty jakkolwiek pozapiosenkowe.


Wszystko zaczyna się od „Holes”, które Donahue zamyka przejmującą, jakby wyciętą z „ 8 i ½” Felliniego, frazą: „Bands, those funny little plans, that never work quite right”. Zanim jednak nastąpi miażdżący finał utworu, słuchacz ma kilka minut na zapoznanie się z mikrokosmosem albumu (który zostanie zresztą przeniesiony na kolejną znakomitą płytę Mercury Rev – wspomniane „All Is Dream” z 2001 roku). Na żywo ta prezentacja świata i jego mieszkańców staje się jeszcze bardziej wyjątkowa. Maniera Donahue – zaklinającego akordy i dyrygującego zespołem – w normalnych warunkach powinna drażnić, jednak podczas koncertu urzeka, bo wyjątkowo pasuje do tekstowej warstwy przedstawienia. „Smokelike streams”, „big blue open sea”, „distant gods”, „little moles” – elementy układanki spływają w jedną całość i pozwalają przejść na drugą stronę szafy, gdzie już czekają – cyrkowe „Tonite It Shows”, kinematograficzne „I Collect Coins”, pastorałkowe „Endlessly” i w końcu „Opus 40” z siłującym się z nami i zawsze w końcu wygrywającym refrenem: „Tears in waves minds on fire / Nights alone by yr side”. Na końcu strony A wybrzmiewa jeszcze najbardziej amerykański i piosenkowy moment albumu - „Hudson Line”, w którym partie saksofonu zagrał Garth Hudson z The Band. Koncertowe odtwarzanie kompozycji z „Deserter’s Songs” przynosi oczywiście pewne straty w szczegółach, zachowuje jednak ogólną moc muzyki (gitarowe wykończenia) i przekazu (wodospadowe ściany dźwięku). Podobnie jest po drugiej stronie płyty. Wszystko rozpoczyna się od powrotu do teatralnej, czy może lepiej jarmarcznej magii, ale na żywo „The Happy End (The Drunk Room)” stanowi przede wszystkim tusz przed pojawieniem się bogini – utworu kompletnego, zamkniętego, niepowtarzalnego, o którym pewnie pisać się nie powinno.



Mercury Rev bywają często zestawiani z The Flaming Lips. Główne powody to kosmiczne echa piosenek, fakty biograficzne (Donahue grał na dwóch płytach grupy Wayne’a Coyne’a, współprodukuje też wydawnictwa FL) oraz postać rozpoznawalnego lidera. O ile jednak Coyne ze swoim wodzirejskim lotem i skłonnością do megalomanii rozdrażnił nas i zniechęcił, o tyle w lidera Mercury Rev moglibyśmy wpatrywać się godzinami. Zarówno „Deserter’s Songs” (1998) jak i „The Soft Bulletin” (1999) to płyty kapitalne, ale na żywo jedynie Donahue – klasą, charyzmą, natchnieniem, szacunkiem dla słuchacza – potrafi przeszczepić płytowe emocje i przekierować je na zupełnie nowe tory odczuwania.

Po „Goddess On A Hiway” przyszedł czas na “The Funny Bird” – fragment, wbrew wywoływanym przez tytuł pozorom, najbardziej mroczny i psychodeliczny – oraz filigranowe „Pick Up If You’re There” motywami gry na pile (na żywo robi to jeszcze większe wrażenie!) przypominające gęste lasy Toma Waitsa z wybitnego „The Black Rider”. Regulaminowy czas koncertu skończył się natomiast z ostatnimi dźwiękami świetnego, puszczającego oko do Beatlesowskiego klasyka „Delta Sun Bottleneck Stomp” operującego zapętlonym wersem „Wavin’ goodbye i’m not sayin’ hello”. Wbrew zapowiedziom nie był to jednak na szczęście koniec.


Bis – fenomenalny i treściwy – składał się z trzech fragmentów. Sam finał to „Senses on Fire”. Utwór pochodzący ze słabszej płyty zespołu – “Snowflake Midnight” – poradził sobie w roli zamykacza tak mocnej całości nadspodziewanie dobrze. To, co najważniejsze nastąpiło jednak wcześniej. Tradycyjnie usłyszeliśmy bowiem przebijający oryginał cover Gabrielowskiego „Solsbury Hill” oraz chyba najpiękniejszą piosenkę w dorobku Mercury Rev – otwierające „All Is Dream”, przejmujące „The Dark Is Rising”. Więc:

„I always dreamed I'd love you / I never dreamed I'd lose you / In my dreams, I'm always strong.”

PS Przeglądałem przed chwilą Louder Than Bombs pod kątem informacji o Mercury Rev i ze zdumieniem stwierdziłem, że chyba ani razu nie chwaliłem się jeszcze bliskim spotkaniem z Jonathanem. Otóż po koncercie na warszawskim Summer of Music (no głowę bym sobie dał uciąć, że już się tym chwaliłem!) podszedłem do Artysty w celu pogratulowania świetnego występu. Donahue wyraźnie się ucieszył, po czym objął mnie i ściskał dobre pół minuty. Tak, myję się, ale przyznam – niechętnie.


Wszystkie nagrania i zdjęcia - Louder Than Bombs (chyba, że zaznaczono inaczej).

piątek, listopada 19, 2010

Wideo dnia #151 [Psss! PS11!]



Nie dość, że potwierdzili ich:

Animal Collective (to będzie nasz trzeci raz i pierwszy po pawilonie), Ariel Pink's Haunted Graffiti (może tym razem bez przegrzania, na pewno po najlepszym albumie), Belle & Sebastian (po raz pierwszy, po raz...), Broadcast (tak!), Fleet Foxes (tak tak tak!), John Cale & Band + Orchestra perform PARIS 1919 (no urra, najpierw Nico, a teraz cała najlepsza płyta), Mercury Rev perform Deserter's Songs (! !! !!!), Mogwai, Pulp (jak zobaczyłem to, chwytając darmowy internet w lizbońskim FNACu, to ruchome schody się pode mną ugięły), Suicide, Swans, The Fiery Furnaces, The Flaming Lips (czyli jednak zaległości z OFFa 2010 zostaną nadrobione) i The National (hmmm, patrz niżej?)...

to jeszcze uruchomili Primavera TV i zaczynają od:



THE CONCERT OF PAVEMENT AT THE SAN MIGUEL PRIMAVERA SOUND 2010. Qualified by the band itself as the best show of their comeback tour, a concert in which the Stockton band play the hits of their extensive discography ("Shady Lane", "Cut Your Hair", "Gold Soundz") without forgetting to rescue some hidden gems.

>> oglądaj <<


PS A wideo 151,5 to nowy klip Arcade Fire do Suburbs.

poniedziałek, stycznia 21, 2008

AV z naciskiem na V - cz. I

Czyli przegląd (po 3 w części) najfajniejszych teledysków ever:



Bat For Lashes - What's A Girl To Do (+ za tytuł)

Jeden z najlepszych klipów jakie kiedykolwiek widziałem. Niepokojący i zachwycający staje na równi z takimi dziełami jak np.:



Mercury Rev - Opus 40 (reż.: Anton Corbijn)

I jeszcze w nawiązaniu do Musztardy nr 1:



M.I.A. - Paper Planes

Płyta tej pięknej, zdolnej i przecharakternej Pani, przypominam, to obok Pandy, Electrelane czy Raveonettes największe przeoczenie LTB w roku 2007. Mówiłem, że Jimmy to afrodyzjak, posłuchajcie jeszcze Come Around (słychać, że z Timbalandem, oj słychać) - "erekcja wybija zęby" jak pisał poeta.

Pzdr!