Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animal collective. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animal collective. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, listopada 05, 2012

Pitchfork Music Festival Paris 2012 - relacja

W sobotę skończył się Pitchfork Music Festival Paris 2012. I szkoda, że się skończył. Czemu? O tym poniżej.

Na początku był chaos…

ale taki, że naprawdę marki niegodzien, albo lepiej odwrotnie - marka chaosu. W rozmowie z własną matką (a przecież - kogo jak kogo - ale własnej matki bym nie okłamał), powiedziałem, że wygląda to gorzej niż na pierwszym OFF-ie. Maile do organizatorów trafiały prosto w dziurę, która po każdym praniu skazuje skarpety na wieczną rozłąkę, a wiszące do dziś na podstronach informacje English Information Coming Soon zgrabnie podsumowują przydatność oficjalnej strony festiwalu. Sprawne obrączkowanie? Jak najbardziej nie. Mapka obiektu? W życiu. Analogowa wersja składu i rozpiski godzinowej? Maybe in the next world. Transport festiwalowy lub informacja o opcjach nocnego powrotu z miejsca imprezy? (Nice dream).

Kiedy jednak spodziewaliśmy się, że zaraz okaże się, że na obiekcie równocześnie odbywają się targi ślubne, rozpiskę szlag trafił, a zamiast faworytów publiczności na scenie pojawi się francuski indie-szansonista przechodzący okropnie spóźnioną fascynację britpopem niczym zbyt głośną mutację, na horyzont wjechały całym stadem same pozytywy.

Po pierwsze - obiekt właśnie - Grande Halle de la Villette - hala z XIX wieku, która jak się nazywa tak i wygląda, jest więc autentycznym, wyrazistym szklano-żelaznym kolosem pokrywającym powierzchnię 20 000 metrów kwadratowych. Po drugie - punktualność - bo występy zaczynały się w większości bez najmniejszej obsuwy, a obsługa dwóch, położonych po przeciwnych stronach sali, scen była najczęściej gotowa przed czasem. Po trzecie - rozplanowanie stref - bo koncerty na festiwalu można było oglądać spod samej sceny, ze środka hali albo z góry (!) - z umieszczonych po bokach estrad balkonów. Po czwarte - skład - bo nie wiem czy wspominałem, ale o imprezę muzyczną tutaj chodzi.

Widełki mody

Kuratorem Pitchfork Music Festival (w USA, od 2006 roku) i Pitchfork Music Festival Paris (od 2011 roku) jest Pitchfork - założony w 1995 roku w Minneapolis, a obecnie Chicagowski portal muzyczny, który w szerokich kręgach słuchaczy muzyki niezależnej uznawany jest za wyrocznię muzycznej mody, ale który jednocześnie, przez coraz szersze kręgi uznawany jest za zmanierowany, tendencyjny, zbyt nachalny. Na temat ocen przyznawanych płytom (skala od 0.0 do 10.0) krążą legendy, a na temat sposobów i metod ich przyznawania powstają prace naukowe (vide: chociażby pitchformula.com). Czegokolwiek by jednak o Pitchforku nie mówić, należy zaznaczyć, że czytają go - wielbiące lub nienawidzące - masy (oczywiście w skali niezależnej!), a jego wpływ na kształtowanie opinii, gustów i scen jest niezaprzeczalny. 

Powyższe słowa wprowadzenia mają za zadanie pomóc w określeniu grupy artystów, która gra w drużynie Pitchforka, a w związku z tym prezentuje się na jego festiwalach. Kiedy bowiem osoba niespecjalnie osłuchana w tzw. muzyce indie spyta: no i kto tam gra? i nie zadowoli się nic jej nie mówiącymi nazwami, dołoży nam pytaniem o wiele trudniejszym, a więc: no a jaka to muzyka? Określenia gatunkowe możemy sobie wówczas podarować, ponieważ wymieniając kolejne odnogi rozczochranych gałęzi popu i rocka wrócimy do pytania numer jeden. Jaka odpowiedź będzie więc najmniej kulawa i najwłaściwsza? Pewnie taka, że to muzyka spoza absolutnie głównego, radiowego nurtu, ale z drugiej strony nowoczesna, w różnym stopniu niezależna i modna. Modna, a więc - i tu dochodzimy do jednego z powodów niemożności pełnej odpowiedzi - różnorodna i niejednogatunkowa, bo dziś słuchać modnie, to słuchać eklektycznie. W składzie paryskiej imprezy mieliśmy więc i typowy pop-rock i słodki dance-pop i rap i hip-hop i eksperymenty i nowe R&B i lo-fi i hi-fi i bardzo szeroko pojętą elektronikę. Aż dziw (lecz szczęście), że nie dołożono do tego powracającego do łask muzycznych mód metalu, którego dziś w dobrym tonie posłuchać między ambientem a azjatyckim popem.

Wszyscy i wszystko

Szczęśliwie - XXI-wieczny słuchacz mógł spokojnie pominąć szczątkową analizę rozpisaną na parę powyższych akapitów - i przy pomocy sieciowych odsłuchów i opinii sam określić swoje - mniej lub bardziej idealne - pokrycie z siatką festiwalu. Jeśli natomiast ów intymna czynność nakazała mu - czy to z przyczyn wizerunkowych czy artystycznych - stawić się w Grande Halle - nie miał powodów do narzekań. My narzekniemy tylko na początku, by potem rozpłynąć się już kompletnie aż po ostatnie zdanie relacji. 

Wróćmy na chwilę do wywołanego na początku pierwszego OFF-a. Wróćmy, bo oprócz słabiutkiej pre-organizacji oba wydarzenia łączy też formuła opierająca się na zasadzie wszyscy oglądamy wszystko. Nie ma tu biegania między scenami i trudnych wyborów, odpuszczania kogoś dla kogoś i wciskania czegoś między coś. Wszyscy.oglądamy.wszystko, a w międzyczasie odkrywamy nowych artystów, na których osobne koncerty pewnie byśmy się nie wybrali. Dobrze? Dobrze, ale pod warunkiem nastawienia na muzykę. Festiwal z założenia jest imprezą odciągniętą nieco od przeżyć czysto artystycznych, jednak wymuszone na większości imprez wielością scen i jednoczesnością grania nastawienie na zespoły wywołuje naturalne powstanie grup zainteresowań. Tu - hm - wszyscy.oglądamy.wszystko, z tym że nie wszyscy oglądamy. Jednak w związku z tym, że nie jest to artykuł o: 1) zachowaniach stadnych, 2) potwierdzaniu niekorzystnych stereotypów o mieszkańcach pewnych krajów lub kontynentów (czy też np. krajów zajmujących większość swojego kontynentu), spuszczamy na ten element zasłonę milczenia. Milczenia, a więc stanu, w którym niektórzy znajdują się chyba wyłącznie przebywając w stanie sennego spoczynku.

Gramy (nowe!)

Graj nowe, a powiem ci jakim zespołem jesteś - to zdanie, przed którym drży wiele zespołów (Hello, Placebo! Hello, Coldplay! Hello, tysiące innych!) było najwyraźniej kluczem selekcjonerów paryskiego festiwalu. I choć to kryterium jak najbardziej oczywiste, w przypadku Pitchfork Music Festival Paris okazało się o tyle ważne, że wiele zespołów, które zobaczyliśmy stoi za najlepszymi albumami całego 2012 roku. Dzień 1. - Japandroids - najlepsze gitary roku, John Talabot - ścisła czołówka całego rocznego podsumowania. Dzień 2. - The Tallest Man on Earth - (ponownie) triumfator w kategorii najlepszy wnuk Dylana. Dzień 3. - Purity Ring - jeden z najciekawszych debiutów roku, Twin Shadow - kapitalnie obroniona płyta numer dwa, Grizzly Bear - wystarczy posłuchać Shields.

Jednym słowem - zdaje się, że rdzeń składu trafił z formą, czy - może trafniej - to właśnie obecna forma kwalifikowała grupy do prezentacji materiału na koncertach. Nie chodzi tu zresztą jedynie o jakość samej płyty, ale o ogólny stan obecny, a więc o aktualny inwentarz środków wywołujących dreszcze. Przykładem niechaj będzie tu bardzo dobry występ Animal Collective, których najnowsze Centiped Hz jest ich najsłabszym albumem od wielu lat lub bardzo dobre show Robyn, której ostatnie długograje ukazały się dwa lata temu.

Wchodząc w szczegóły i krocząc drogą chronologiczną na pewno należy podkreślić, że: 

Japandroids - mimo że stworzeni do roznoszenia małych scen, takich jak ta w warszawskiej Hydrozagadce - poradzili sobie bez problemu ze swoim krótkim i mocnym serwisem. Że przez cholerny huragan Sandy do Paryża nie dotarł zespół Chairlift i że znając Chairlift z płyty i z koncertu zdecydowanie jest czego żałować. Że John Talabot szokująco szybko doszedł do bardzo wysokiego poziomu występów oraz że wśród dzikich odgłosów Depak Ine Riverola i Pional wyglądali jak beznamiętni piraci z Karaibów przed rozedrganym tłumem. Że znów okazało się, że hipsterskie i pozahipsterskie zachwyty Jamesem Blakiem nie są do końca zrozumiałe (krytyko, nadchodź! joby, przybywajcie!). Że M83 wystąpili razem z klasycznym składem instrumentalistów, których jednak prawie nie było słychać.



Krocząc podobną drogą przez dzień drugi i trzeci koniecznie trzeba dodać:

(2) że zespół Outfit posiada kilka piosenek średnich i niezłych oraz jedną piosenkę bardzo dobrą, której to piosenki w Paryżu nie zagrał. Brawa! 
Że niestety tłuczone wszędzie Wildest Moments Jessie Ware jest naprawdę niezłym popowym numerem i dobrze brzmi na żywo (trudno!). Że rozpoczęty - tak jak There’s No Leaving Now (2012) - To Just Grow Away, a zakończony King of Spain koncert The Tallest Man on Earth był bez wątpienia jednym z najbardziej poruszających występów festiwalu, między innymi dlatego, że mało kto tak precyzyjnie, a jednocześnie naturalnie znajduje środek między wycofanym wzruszeniem, a charyzmatyczną przebojowością. Że The Walkmen zagrali The Rat (yeah!) i nie zagrali niczego z pięknego debiutu Everyone Who Pretended To Like Me Is Gone sprzed 10 lat (łeee!). Że Chromatics zagrali bardzo dobry koncert i byli pierwszą bardzo miłą niespodzianką. Że Robyn jest fajna, fajnie tańczy i bardzo się cieszy na własnym koncercie. I że Fuck Buttons nie są już tak fajni jak kiedyś, za to Animal Collective są, szczególnie gdy wśród gumowych dmuchawców i nadmuchiwanych utytych hatifnatów grają starocie typu Brothersport i Peacebone.

(3) Że Purity Ring to kolejny ciekawy zespół z Kanady i druga bardzo miła niespodzianka. Że Twin Shadow wypadł fantastycznie - niezwykle luźno, potężnie i sugestywnie. Że Liars zawiedli i to bardzo.

Że Grizzly Bear zagrali najlepszy koncert całego festiwalu.

I że teraz już wiecie dlaczego szkoda, że w sobotę skończył się Pitchfork Music Festival Paris 2012.


niedziela, listopada 04, 2012

Pitchfork Music Festival Paris 2012 - the best of

Poniżej filmowo-skrótowe podsumowanie świetnego Pitchfork Music Festival Paris 2012 / na relację zapraszamy już niedługo!


YouTube-playlist - The best of (8 videos) - below.

And the winner is... :
Grizzly Bear

Top 5 :
Grizzly Bear, Twin Shadow, The Tallest Man on Earth, John Talabot, Animal Collective

Najmilsza niespodzianka / Wow! :-) :
Purity Ring, Chromatics

Największy zawód / What?! :-( :
Liars







piątek, października 26, 2012

Pitchfork Music Festival Paris 2012


Już dziś zapowiadamy relację z paryskiego festiwalu, który rozpocznie się w przyszły czwartek i potrwa do soboty. W Grande Halle de La Villette zobaczymy między innymi:



  • Purity Ring - zespół przechwalony przez organizatora-nazwodawcę (cóż za rzadkość, prawda?), ale wciąż niezły i ciekawy.
  • Liars and it’s no lie.
  • Twin Shadowa - który nagrał jeszcze lepszą od debiutu płytę numer dwa i wygląda dziś zdecydowanie lepiej niż kiedyś (kiedyś vs. teraz).
  • I naszych ulubieńców z Grizzly Bear, którzy bez wątpienia nagrali jedną z najlepszych płyt tego roku, o której postaramy się napisać więcej.

A pełna rozpiska tutaj.


środa, sierpnia 29, 2012

NOWE PŁYTY: Dinosaur Jr., The XX i Animal Collective

Pytacie uprzejmie - czego ostatnio słuchamy, więc odpowiadamy szczerze:

Ich The Way I Feel Today to jedna z najlepszych płyt ubiegłego stulecia i nie ma w tym żadnej przesady. Podobnie jak w stwierdzeniu faktu, że Another Love Song - utwór z wydanego w 2000 r. The Closer You Get - to jedna z najlepszych i najmądrzejszych piosenek o miłości, jakie kiedykolwiek udało się napisać.

Dalej:

  • El mató a un policía motorizado - co miejscami jest nawet do 6 by 7 stylistycznie podobne, no a do tego brzmi prosto z Argentyny (najnowszy singiel - Mujeres bellas y fuertes z czerwca br.),

  • artystów ze zdecydowanie najciekawszego obecnie muzycznego terytorium, a więc - właśnie - z kręgu ibero-latino, o którym więcej staramy się pisać na Orxaterii.

Zarówno w Europie, jak i w Stanach są jednak nadal albumy, na które czeka się od momentu pierwszej plotki i to o nich dzisiejsze kilka zdań.


Początkowo ta notka miała nosić tytuł Po zawodach i opisywać dwa zupełnie różne rozczarowania, jakie towarzyszyły mi po odsłuchaniu Centipede Hz Animal Collective i Coexist The XX. Sytuacja jednak trochę się skomplikowała, a do strumienia najświeższych odsłuchów dołączyło nowe Dinosaur Jr.. Dołączyło, bo wpisuje się we wspólny mianownik, który miał lec u podstaw tekstu o przytoczonym powyżej porzuconym tytule.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że trudno o trzy bardziej różniące się od siebie albumy:

W przypadku grupy dowodzonej przez J Mascisa (1) sytuacja wygląda następująco: 27 lat od debiutu (z przerwą 1997–2005), praktycznie bez większej porażki, koncertowo nadal żwawo (patrz: np. występ na OFFie 2010), studyjnie niezwykle solidnie i konsekwentnie. Najnowszy dinozaur junior - I Bet On Sky (premiera 3.09.2012) - nie jest na pewno tak dobre jak klasyczne You’re Living All Over Me (1987), nie porywa też tak, jak choćby znakomite Farm sprzed 3 lat - ale z drugiej strony pokazuje, że o muzycznym wyginięciu nie może być mowy. Najciekawsze w przypadku Amerykanów (a narodowość ma tu spore znaczenie, bo amerykańskość - zbliżonego do ich sąsiadów z Pixies - brzmienia gitar jest tu wręcz podręcznikowa) jest jednak to, że taka konstatacja jest ze wszech miar paradoksalna. Oto bowiem mamy do czynienia z grupą, która swoje piosenki buduje na prostych gitarowych melodiach, szytych głównie efektownymi riffami, jękiem elektryka i umęczonym wokalem. Nic bardziej wtórnego? Ewidentnie tak, a jednak - nawet jeśli każda kolejna propozycja budzi natrętne wręcz skojarzenia z całą dotychczasową dyskografią, słucha się tego świeżo, rześko, przyjemnie i bez poczucia zmęczenia materiału. Na I Bet… dzieje się tak przede wszystkim na stronie A. Świetny jest początek - Don’t Pretend You Didn’t Know nawiązujący jakością do świetnego Pieces z 2009; wzruszają schematyczne Watch the Corners i Stick a Toe In. No ale… jeśli piszemy o wzruszeniu i matrycy, to czas najwyższy przejść do Londyńczyków (czy jak chciał sprawozdawca GW z Open’era - nowojorczyków (1)) z The XX.

To właśnie ze względu na XX porzuciłem zresztą tytuł o zawodach. Jeśli mam być szczery (a ja od dzisiaj…) - to miała być moja pozaiberyjska i pozalatynoska płyta roku. Tak założyłem słuchając jej wspaniałych zwiastunów podczas portoskiej Primavery i tak (edit: być może) jest do dziś, ale poprzeczka, która miała zawisnąć tak wysoko, że o ja cię pierdolę okazuje się wisieć na poziomie realnie przeskakiwalnym.
Za fasadą nieziemskiego Angels - utworu znanego wcześnie, tak prostego, że ciężko bardziej i tak dobrego, że ciężko lepiej, znajdujemy:

niezłe Chained,
bardzo dobre Fiction (również grane wcześnie i często) i…
ładne, kojące, szerokie przestrzenie, które w najmniejszym stopniu nie windują jednak całości na poziomy debiutu.

Teraz - czy to problem? Kwestia dyskusyjna. Oblanie drugiej płyty? Z pewnością nie. Czy szkoda? Z pewnością tak, bo to, co znaliśmy budziło jednak apetyt na płytę cementującą ich na pozycji jednego z kilku najlepszych tworzących obecnie zespołów. Z pewnością tak, bo wspomniane zapowiedzi kazały oczekiwać takich cudów jak zamykający Coexist Our Song - numer tak piękny, że aż wykańczający, emocjonalnie rozpinający słuchacza między beztroską kołysanki a troską absolutną - mierzenia się z jakąś nieogarnialną, kosmiczną emocją. Umieszczenie go na samym końcu może irytować (bo: nie można tak było od razu?), ale optymistów skłoni raczej do żarliwego oczekiwania płyty nr 3 przy akompaniamencie tych naprawdę pięknych i dobrych dźwięków, których mimo wszystko nie wypada nazwać zwykłym wypełniaczem.

Sporo zapychu znajdujemy natomiast na nie mniej wyczekiwanej płycie o wyjątkowo brzydkiej okładce. W przypadku Centipede Hz (czy jak sugerował jeden z użytkowników oficjalnego forum zespołu - Centipede Hurts!) jest to o tyle szokujące, że Animal Collective nie muszą niczego cementować, ani okopywać się na żadnej upatrzonej pozycji. Po nagraniu paru znakomitych płyt na przestrzeni całej ubiegłej dekady i ukoronowaniu jej w latach 2007–2009 niesamowitą trójcą wydawnictw Strawberry Jam-Merriweather Post Pavilion-Fall Be Kind EP ich status wybitnej, tworzącej niezapomniane (a często jednocześnie nie-do-zapamiętania) piosenki grupy jest tak niezachwiany, że jedno średnie Centipede może co najwyżej odbić się od postumentu.


Słowo średnie to - nomen omen - uśrednienie opinii, która szali oryginalności i charakterystycznego stylu po raz pierwszy musi przeciwstawić szalę wtórności i kompozycjnej niemocy. Wszystko co tu słyszymy brzmi jak stały repertuar środków, na których AC opierali swoje dźwiękowe i stylistyczne istnienie przepuszczony przez słabe, zdyszane tryby, bez scenariusza, z efektem mocno przypadkowym.

W bardzo dobrym dokumencie poświęconym grupie Blur (2) Damon Albarn wspomina debiutanckie Leisure (przedwczoraj 21. rocznica wydania!) mówiąc o czasach, w których powstało: “Na szczęście można było wtedy nagrać nie do końca dobrą płytę i nie być od razu straconym.”

Dziś - kiedy faktycznie - jedna studyjna porażka może mieć kolosalne znaczenie, zespoły 1) chwytają się sprawdzonych sposobów, lub wręcz odwrotnie 2) stawiają na brzmieniową rewolucję upraszczając (Futureheads) lub komplikując (Bloc Party) swój styl i w większości przypadków źle na tym wychodzą (Futureheads, Bloc Party i wiele innych). Pierwiastkiem, który łączy Dinosaur Jr., The XX i Animal Collective jest wolność pozostania poza tym krępującym wyborem.

Dinosaur Jr. zaczynali dawno i dziś nie muszą się tłumaczyć.

The XX nagrali zbyt dobry i głośny debiut, by jedną płytą wyrzucić się za burtu indie-mainstreamu (!).

Animal Collective mają na plusie tyle, że jeszcze długo będą mogli brać zaufanie słuchaczy na zeszyt.

Paradoksalnie wolność trzech grup okazuje się jednak mocno teoretyczna. Bez wyjątku wybierają one bowiem wariant pierwszy - dopisując kolejne rozdziały do rozbudowywanej z każdym albumem opowieści. To natychmiastowa rozpoznawalność jest tym, co łączy te diametralnie różne płyty. I różne poziomy zawodu, który - nawet usunięty z tytułu recenzji - ma tu jednak swoje pewne miejsce.

Dinosaur Jr. nagrali kolejny wariant swojego modelowego longpleja dostarczając nam parę dobrych rockowych melodii, które powoli stają się towarem deficytowym. Zawiedli oczekiwania wyjścia poza rutynę, których niby nie było, a które jednak czuć, kiedy po paru numerach sprawdza się, czy odtwarzacz losuje z dyskografii czy nadal gra nową płytę.


The XX - Angels - live, Optimus Primavera Sound 2012 (Porto); wideo: EclectismoM

The XX mieli przymonarszyć i przyklepać koronę, a zamiast tego nagrali XX 2.0. Coexist podobnie jak debiut rozszerza dźwiękową percepcje na tony, na które u innych często nie zwraca się uwagi. Ponownie buduje struktury na bazie pękatych beatów oraz produkcji (Jamie!) przeplatającej chłodne, wypolerowane wysokie tony z ciepłymi pomrukami dołu, na których możnaby posadzić jajo. Większość utworów znów opiera się na wokalnych dialogach Romy i Olivera, a dźwięki analagowe i cyfrowe są tak konkretne i charakterystyczne, że należałoby zgłosić je do ochrony patentowej. The XX zawiedli wygrywając wyścig bez bicia rekordu świata.

Animal Collective po raz kolejny wprawili w ruch swoje chórki, harmonijne wokalizy, pętle melodyczne i tła buzujące niczym hormony nastolatka kończącego katolicką szkołę. Cała para poszła jednak w gwizdek, a nowa maszyna jest ciężka, ogromna i spocona. W sieci natknąłem się na porównanie Centipede Hz z My Life In The Bush Of Ghosts Davida Byrne’a i Briana Eno. Porównanie nie na miejscu, bo o ile na albumie z 1981 roku wszystko jest dokładnie na swoim miejscu i między innymi dlatego tworzy tak mocną całość, o tyle tu wszystko nosi znamiona eksperymentalnego przypadku, z którego tym razem mało wyszło.

Animal Collective zawiedli.

Nie do wiary.

A jednak.


(1) w tym samym tekście autor pisze o Janelle Monae - “dziewczyna co najmniej tak dobra jak Michael Jackson” [sic!]. Edit: aaa dziś rocznica urodzin MJ!

(2 No Distance Left to Run autorstwa osób odpowiedzialnych za Shut Up and Play the Hits, o którym to filmie pisaliśmy w relacji z Nowych Horyzontów.

sobota, czerwca 04, 2011

Primavera Sound 2011 (VI) - dzień 4. (sobota)


PS11 | środa | czwartek | piątek | sobota | niedziela |

THE TALLEST MAN ON EARTH (San Miguel)

Do ostatniej chwili zastanawialiśmy się czy wybrać Cale’a grającego „Paris 1919” czy Mattsona grającego swoje. Zdecydowały względy kolekcjonerskie – Cale’a widzieliśmy już we Wrocławiu, Szwed umknął nam na OFFie. Wybór z wejścia okazał się dobry, bo Wysoki okazał się niezwykle sympatycznym młodzieńcem, bardzo umiejętnie ogniskującym uwagę słuchaczy i przenoszącym swoje *proste utwory na gitarę* na największą scenę festiwalu. Najpiękniej wypadły piosenki ze świetnego „Wild Hunt” (2010) oraz nowy utwór „There’s No Leaving Now” (wideo tutaj), natomiast reakcja po (I wanna be) „The King of Spain” (poniżej) wróży Hiszpanom ich własny, szwedzki Świebodzin.

PS Na koniec śliczny duet z Amandą Bergman!



Cały set do wysłuchania na stronach Scannerfm.com.

WARPAINT (Llevant)

Zaczęło się bardzo miło, skończyło się bardzo szybko, bo przed Fleet Foxes chcieliśmy jeszcze koniecznie obejrzeć kawałek tUnE-yArDs. Do zobaczenia na OFFie.

TUNE-YARDS (Pitchfork)

No i właśnie – scena Pitchfork i niecałe pół godziny na Merrill Garbus, nad którą rozpływaliśmy się na LTB na początku kwietnia. Soczysty, rozbawiony występ potwierdził, że stawialiśmy na mocnego Garbusa – zabawy instrumentami, energetyczna choreografia (synchroniczne skoki w stylu „Stop Making Sense”) i skupienie na rytmie pozwoliły wycisnąć z numerów z „w h o k i l l” to, co najlepsze i rzuciły nas z powrotem w objęcia tego bardzo udanego albumu, z którym z pewnością spotkamy się przy okazji płytowego podsumowania roku.



FLEET FOXES (San Miguel)


Ścisła czołówka, a może nawet podium tegorocznej Primavery. Znakomita kompozycja utworów z dwóch albumów i EPki. Niezwykła dbałość o szczegóły. Fenomenalne akcentowanie kluczowych momentów piosenek. Nieznośnie perfekcyjna lekkość grania. Wszystkie te elementy można by wyrzucić do kosza, gdyby nie łączył ich jakiś tajemniczy pierwiastek, którym tak mocno nasycone są płyty i koncerty Fleet Foxes. Koncepcja odcięcia autora od dzieła objawia się w ich przypadku wyjątkowo dosadnie, ponieważ słuchacz ma wrażenie, że spotyka się z medium, przez które płynie muzyka. Dźwięki kalejdoskopicznie składające popowe harmonie wokalne lat 60., o wiele bardziej zakurzone folkowe pejzaże i miliony drobnych, składających się na ogólne odczucie szkiełek. Uczestnictwo w koncercie Fleet Foxes jest jak świadkowanie powstawaniu szesnastowiecznego niderlandzkiego obrazu. W jednym momencie chcemy złapać szczegół i jednocześnie oddalić się, by ogarnąć całość. Ta ambiwalencja odczuć w przypadku muzyki artystów ze Szmaragdowego Miasta nie prowadzi jednak do nieprzyjemnego rozdarcia, raczej do poczucia muzycznego spełnienia na wszystkich płaszczyznach. Z przyziemnych notatek dotyczących momentów szczególnie ujmujących warto wspomnieć o kapitalnej, środkowej triadzie „Sim Sala Bim” („Helplessness Blues”, 2011) – „Mykonos” („Sun Giant”, 2008) – „Your Protector” („Fleet Foxes”, 2008) stworzonej przez trzy fenomenalne utwory z różnych wydawnictw zespołu. Jeśli dodamy, że tuż po niej nastąpił kulminacyjny moment występu zaznaczony najbardziej rozpoznawalną piosenką Fleet Foxes – „White Winter Hymnal”, być może uda nam się choć trochę przybliżyć czytelnikowi rozkoszność sobotniego popołudnia spędzonego w towarzystwie Amerykanów. W meczu Manchester – Barcelona wygrało Seattle.

Koncert do pobrania ze stron Louder Than Bombs.

EINSTÜRZENDE NEUBAUTEN (Ray-ban)

Jeśli Hans Christian Andersen i jego „Królowa śniegu” ponoszą część winy za wasze dziecięce koszmary, Hans Christian Emmerich i jego Einstürzende Neubauten z pewnością powinni czuć się odpowiedzialni za dręczące was mary wieku dorosłego. Znany szerzej jako Blixa Bargeld Niemiec wspomagał bowiem – jako członek The Bad Seeds – wielkiego Nicka Cave’a, ale sam również tworzył muzyczną historię jako lider *walącego się nowego budownictwa*. W muzyce grupy i w aparycji członków zespołu próżno szukać jakichkolwiek oznak czystości lub piękna, ale cóż, na tym chyba polega cały urok. A koncert? Scena wypełniona nietypowym instrumentarium, teatralno-horrorowa atmosfera, Blixa witający się zabawnym „Hello, non-soccer fans!” i kluczowe, świetne „Let’s Do It a Dada” z wydanego bez wytwórni albumu „Alles wieder offen” z 2007 roku.

GANG GANG DANCE (Pitchfork)


Na Gang Gang Dance byliśmy krótko, po kilku utworach musieliśmy wspiąć się po schodach i zająć miejsce na PJ Harvey. Te parę numerów pozwoliło nam jednak stwierdzić, że od czasu promującego fantastyczną płytę „Saint Dymphna” koncertu na Primaverze 2009 coś wahnęło się na gorsze. Niby „Eye Contact” wytrzymuje presję i może się podobać, ale mimo wszystko więcej tu teraz rozmów z nagłośnieniowcem i tańca na krawędzi sceny niż słusznej i wytrwałej, plemiennej nawalanki w instrumenty, z której często wynikały naprawdę piękne rzeczy. Ogólne wrażenia zdecydowanie po stronie wartości plusowych, ale do tego mały zawód dopisany na marginesie.



PJ HARVEY (San Miguel)

Wybitności samej postaci Polly Jean nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Na uniwersytetach grania jej *eksplozję artystycznej samoświadomości* powinno wykładać się jako przedmiot obowiązkowy. Bo oto skala możliwości i chronologii łączy nam się i pokazuje przejście od brudnego, gitarowego debiutu („Dry”, 1992), przez albumy kontynuujące i modyfikujące twórczą ścieżkę PJ aż po szczytowe osiągnięcia rozpoczęte od najlepszego albumu w dorobku artystki, jednej z kluczowych płyt przełomu wieków – „Stories from the city, stories from the sea” (2000). Znakomite, niedocenione „Uh Huh Her” (2004) wywalało gary i wracało do czasów PJ absolutnie surowej, rzucając jednocześnie poetyckie, balladowe wskazówki na temat przyszłej, wybranej już chyba wówczas drogi. Rok 2007 to szok wyciszonego, wiktoriańskiego, kredowego, wampirycznego i mitycznego wręcz „White Chalk”, a 2011 – porzucenie wewnętrznego mikrokosmosu dla apokaliptycznego *cichego wrzasku* na konający świat. W ten sposób dochodzimy do występu na Primaverze – innego niż ten w warszawskiej Sali Kongresowej, bardziej milczącego, niedopowiedzianego i bazującego na teatralnej, nie koncertowej koncepcji. Dramatyczność spektaklu nie oznaczała oczywiście rezygnacji z emocji, które rzucały się w oczy pozornie tylko tłamszone określonym kształtem piosenek z „Let England Shake”. Rozhisteryzowany materiał z najnowszej płyty PJ przeważał i nadawał kształtu całemu przedstawieniu, tworzonego nie tylko przez główną bohaterkę, ale też przez znakomity zespół, którego członkami są m.in. John Parish i Mick Harvey. I mimo tego, że to Harvey była bez wątpienia gwiazdą wieczoru, to właśnie od nich nie mogłem oderwać wzroku. Piękny, poruszający koncert, a do tego – jakże znakomicie zagrany.



DEAN WAREHAM PLAYS GALAXIE 500 (ATP)

Dean Wareham grający piosenki genialnego Galaxie 500 okupował miejsce na szczycie mojej tegorocznej listy życzeń. Magnetyczny występ PJ Harvey zatrzymał nas jednak na scenie San Miguel i w związku z tym pod drzewami ATP spędziliśmy zaledwie cztery utwory. Tym razem bieg się jednak opłacił, bo na pewno faktycznie – bez Naomi Yang i Damona Krukowskiego – nie był to pełnowymiarowy set legendarnej grupy z Bostonu, ale mimo wszystko stanowił moment historyczny, dający na żywo dotknąć emanującej z płyt Galaxie magii.

Cały koncert do wysłuchania na stronach Scannerfm.com.

ANIMAL COLLECTIVE (San Miguel)


No i na sam koniec emocji w Forum chcielibyśmy napisać coś o jednym z najlepszych koncertów całego festiwalu.
Ale:
Did you see the words?




Wszystkie nagrania i zdjęcia - Louder Than Bombs (chyba, że zaznaczono inaczej).

poniedziałek, stycznia 17, 2011

Wideo dnia #172



Blue eyeshadow, it's not exactly blue though! Słuchanie nowej piosenki Pandy i jednoczesne myślenie o zbliżającym się - na tyle na ile w styczniu może zbliżać się maj - podwójnym doznaniu Animal Collective na żywo. To zdecydowanie może zrobić dzień. Malta, Primavera i Warszawa, Primavera. Miło mi, ja Krzysztof i "wybieram się".

ATIBA EVANS Panasonic GH2 Skate from skatefairy on Vimeo.



+ do pobrania (JP's Blog)

środa, grudnia 29, 2010

AV - miejskie playlisty - Lizbona



Lizbona zasługuje na miano *czegoś* południa, tak jak Amsterdam zasługuje na miano *Wenecji północy*. To miasto górzyste, chłostające oceanicznym wiatrem, kameralne, tajemnicze, przygodowe, ale nierozbuchane. Lizbona to miasto Fernanda Pessoi i nie chodzi tu o breloki i kubeczki ze strefy wolnocłowej. Wyświechtane saudade coś jednak portugalskiego definiuje, a saudade w wykonaniu Pessoi to szczyty estetyki, kultury i ducha. Pomimo prób upupiania jego dorobku świadomemu czytelnikowi aż chce się nosić bluzę z cieniami jego heteronimów i szczerzyć zęby, gdy okazuje się, że w "Nowych kronikach wina" artystę cytuje Bieńczyk. Jasne, można z przekąsem cytować za Kunderą "Kafka was born in Prague" i dodawać "Pessoa was born in Lisbon", ale lektura "Księgi niepokoju" nakłada niezwykłą warstwę na obcowanie z tym miastem. I tak jak najbardziej dającą się pokochać metropolią jest Madryt, najbardziej soczystą Barcelona, itd. itd. itd., tak Lizbona (może ex aequo z Walencją) jest miastem najbardziej przytulnym. Dla poszczególnych osobowości Pessoi pewne jej fragmenty stanowią absolutnie stały ląd, punkt zaczepienia i latarnię morską. Dla samego autora były to być może ogrody Estrela mieszczące się tuż przy domu, w którym zamieszkał. Dla Bernarda Soaresa jest to Rua dos Douradores. Dla innych i dla nas: wszystkie pozostałe kolejki, ujścia Tagu, punkty widokowe, genialne wina wszystkich regionów, elevadory, babeczki śmietankowe i babeczki piwne, żółte tramwaje, które dziś mają fantastyczne muzeum, Belemy, Baixe, Chiada, Alfamy i wszystkie części biało-granatowego kalejdoskopu. Lizbona pombalowska, czyli potrzęsienna, ale nie współczesna (tj. stara i modernistyczna, nie peryferyjna - stadionowa czy blokowa) jest dla przyjezdnego hotelem z początku "Roku śmierci Ricarda Reisa" Saramago - częścią stałą i wieczną - suchą, oświetlaną ciepłym światłem wyspą na morzu mgły i wilgoci. Bardzo w stylu kojących harmonii na pierwszej płycie Noah Lennoxa i bardzo w stylu radości z lektury miejskiego przewodnika autorstwa Pessoi, który prowadzi nas po Lizbonie gdy już "opuścimy statek".

1) PANDA BEAR - Bros (albo jeszcze lepiej w wersji Bros live at ZDB, Lisbon)

Smakuję - nawet pośród codziennych zajęć - to przeczucie bezczynności, które niesie ze sobą sama ciemność, bo ciemność to noc - a noc to sen, dom, wyzwolenie.



+ z okazji zakupów w sklepie niezwykle miłej Fernandy Pereiry:



PANDA BEAR - You Can Count On Me

2) ANIMAL COLLECTIVE - College

Szlachetna jest nieśmiałość, chwalebna jest nieumiejętność działania, wspaniała jest niezdolność do życia.

3) DESTROYER - Watercolors Into the Ocean (na cześć portugalskich przylądków)

Otoczenie jest duszą rzeczy.



4) DAVID BYRNE - What a Day That Was

Dwa, trzy dni przypominające początek miłości.

Zakończył się ten dzień, to, co z niego pozostało, unosi się w oddali ponad morzem i umyka, zaledwie kilka godzin wcześniej płynął Ricardo Reis przez te wody.



+ płytowe połowy:

TALKING HEADS - The Lady Don't Mind
TOM TOM CLUB - Under the Boardwalk

+ re-odkryty przez Byrne'a TOM ZE - eksperymentujący tropikalista (bardziej tropikalnie kilka numerów niżej),

+ w związku z występem Toma Waitsa i Davida Byrne'a w Until the End of the World Wendersa (w którym to filmie kino Eden na placu Restauradores gra rosyjski hotel!) - coś MADREDEUS z jego Lisbon Story albo jakieś zabłocone, wampiryczne klimaty z Black Rider Waitsa w nawiązaniu do zamku w Sintrze. You choose.

5) LUIS COSTA - Verdes Anos

Poranny czas miasta.

Luisa poznaliśmy po przesłuchaniu zakupionej podczas naszej pierwszej wizyty w Lizbonie płyty Novos Talentos FNAC 2008. Zagrał najlepiej z debiutantów, a do tego okazał się człowiekem bardzo sympatycznym i artystą bardzo płodnym. Graliśmy go w radiu LTB (jechał z nami tramwajem 28) i gramy go cały czas, wspominaliśmy o nowych świetnych EPkach oraz o zespole You Can't Win Charlie Brown, wspomnimy raz jeszcze podczas podsumowania 2010. Po dłuższym zastanowieniu wybrałem Verdes Anos, ale dla zainteresowanych dodatkowo:

- całe najlepsze w dyskografii Short Fleeting Moods,
- nowe Layered, np. Wide:

Luís Costa - Wide by cakesandtapes

- coś z dostępnych na majspejsie płyt wcześniejszych.

6) + ze świeżych "nowych talentów FNAC" - COCHAISE - Porquê

myspace

7) CAETANO VELOSO - Clarice

Pisaliśmy już o Veloso przy okazji tropikalnego widea i przewodnika po Guinchu, ale o Kajetanie i jego debiucie nigdy za wiele i na pewno będziemy się jeszcze nad nim rozpływać. Ta płyta jest jednocześnie burżujskim balem i uliczną popijawą, filmem noir i kolorową wizją spod znaku magical mystery. Genialna kompozycyjnie i rewelacyjna klimatycznie, z timingiem godnym mistrza, bezbłędną kompozycją i kapitalnym wyczuciem. Beatlesowska i brazylijska (śpiewana tym jeszcze dziwniejszym portugalskim) do granic - naraz!

+ Estranha Forma De Vida z Fados Saury:



A ze znakomitej składanki wytwórni Soul Jazz Records jeszcze:

8) GAL COSTA - Tuareg

Do pokoju wciska się świeże powietrze, wilgotne od wiatru, który przemknął nad rzeką, rozbija stęchłą atmosferę jakby brudnych ubrań w zapomnianej szufladzie.



9) THE SMITHS - Some Girls Are Bigger Than Others

zamiast techno z paskami z głośników samochodu w środku nocnego Chiado (podróż nr 2)

+ z zasłyszanych i słuchanych: THE FUTUREHEADS przypadkowo zapętleni podczas nocnej podróży madryckim autokarem (podróż nr 1).

10) MANSUN - Six

I przestaję pisać, ponieważ przestaję pisać.





cytaty pochodzą z "Księgi niepokoju" Fernanda Pessoi oraz "Roku śmierci Ricarda Reisa" Jose Saramago.

piątek, listopada 19, 2010

Wideo dnia #151 [Psss! PS11!]



Nie dość, że potwierdzili ich:

Animal Collective (to będzie nasz trzeci raz i pierwszy po pawilonie), Ariel Pink's Haunted Graffiti (może tym razem bez przegrzania, na pewno po najlepszym albumie), Belle & Sebastian (po raz pierwszy, po raz...), Broadcast (tak!), Fleet Foxes (tak tak tak!), John Cale & Band + Orchestra perform PARIS 1919 (no urra, najpierw Nico, a teraz cała najlepsza płyta), Mercury Rev perform Deserter's Songs (! !! !!!), Mogwai, Pulp (jak zobaczyłem to, chwytając darmowy internet w lizbońskim FNACu, to ruchome schody się pode mną ugięły), Suicide, Swans, The Fiery Furnaces, The Flaming Lips (czyli jednak zaległości z OFFa 2010 zostaną nadrobione) i The National (hmmm, patrz niżej?)...

to jeszcze uruchomili Primavera TV i zaczynają od:



THE CONCERT OF PAVEMENT AT THE SAN MIGUEL PRIMAVERA SOUND 2010. Qualified by the band itself as the best show of their comeback tour, a concert in which the Stockton band play the hits of their extensive discography ("Shady Lane", "Cut Your Hair", "Gold Soundz") without forgetting to rescue some hidden gems.

>> oglądaj <<


PS A wideo 151,5 to nowy klip Arcade Fire do Suburbs.

czwartek, marca 25, 2010

Wideo dnia #033 (zestaw nr 3)

三 Dzisiejszy zestaw nr 3 to równocześnie wideo dnia nr 33 i 3 świetne klipy.



Beck i jego Record Club (nr 4) w końcu w sieci. Artyści (Joining in this time we had three of my favorite bands — Liars, Annie Clark and Daniel Hart from St. Vincent, Sergio Dias from the legendary Brazilian band Os Mutantes, as well as RC veteran Brian Lebarton, just back from the Charlotte Gainsbourg tour.) coverują całe Kick INXS w oryginalnej kolejności. Na początek otwierające płyte Guns In The Sky brzmiące jak evil twin już i tak nieaniołkowego Kids With Guns Gorillaz. Rewelacja, czekam na resztę płyty.

Record Club: INXS "Guns In The Sky" from Beck Hansen on Vimeo.


Drugie wideo dnia to Grateful Dead grający Unbroken Chain - kawałek, który Animal Collective wpletli w swojego absolutnego zabijacza What Would I Want? Sky i umieścili na Fall Be Kind - jednej z dwóch zdecydowanie najlepszych EPek ubiegłego roku.



To tak dla przypomnienia, że AC zrobili z Muzyką 2009 to, co Phelps z Pekinem 2008 + z nadzieją, że Panda zrobi to samo w dwa tysiące dziesiątym.



BTW: Wyszukując Zamfira i sampla z niego w Graze - innej piosence z Fall Be Kind - natknąłem się na świetną stronę WhoSampled.com. Graze tutaj, polecam też miazgi typu http://www.whosampled.com/artist/The%20Avalanches/ czy http://www.whosampled.com/artist/Girl%20Talk/. < WOW >.

No a teraz już numer trzy, czyli Bloodbuzz Ohio - nowa (jeszcze nowsza) piosenka The National. 2010. zaczyna się robić gorący i nie mówię tu o dwucyfrowych wynikach na mapkach pogodowych.



+ MP3 (Pitchfork)

W związku z tym, jak bohater Lian Hearn - z sińcami pożądania pod oczami - polecam obecne i zapraszam na następne wielkie muzyczne doznania tej wiosny. Do jutra!

piątek, stycznia 22, 2010

podsumowanie 2009 - płyty



Po kolei:

* płyty przesłuchane i szybko zapomniane -> tutaj

* płyty nieco lepsze, ale poza rankingiem -> tutaj



- nagroda specjalna -

JAMES YORKSTON & THE BIG EYES FAMILY PLAYERS
Folk Songs



Album zbyt odmienny, aby konkurować z innymi w zwykłym rankingu. Trochę pisaliśmy już tutaj, ale warto dodać, że to świetne wskrzeszenie folkloru i zadziwiająca bezstratna konwersja zapomnianych piosenek do muzycznego świata XXI wieku. Tak twórczą art-wiochę ma na swoim koncie tylko naród czeski, ale umówmy się: odrodzenie narodowe < Folk Songs. Znakomita płyta.



-- miejsca 50-31 --

50. JULIAN PLENTI - Julian Plenti Is...Skyscraper
49. THE MARY ONETTES - Islands
48. IAN BROWN - My Way
47. JUNIOR BOYS - Begone Dull Care
46. SUNSET RUBDOWN - Dragonslayer
45. RAIN MACHINE - Rain Machine
44. ASOBI SEKSU - Hush
43. TOWA TEI - Big Fun
42. SCOTT MATTHEW - There Is an Ocean That Divides and With My Longing I Can Charge It With a Voltage That's so Violent to Cross It Could Mean Death
41. HOPE SANDOVAL & THE WARM INVENTIONS - Through the Devil Softly
40. GANGLIANS - Monster Head Room
39. THE RAVEONETTES - In and Out of Control
38. THE ANTLERS - Hospice
37. MUSE - The Resistance
36. ARCTIC MONKEYS - Humbug
35. POLVO - In Prism
34. THE DODOS - Time To Die
33. THE CLIENTELE - Bonfires on the Heath
32. YEAH YEAH YEAHS - It's Blitz!
31. EL PERRO DEL MAR - Love Is Not Pop

--- pierwsza trzydziestka ---

No i zaczynamy odliczanie. Multimedialne załączniki na dole.



30. THE DECEMBERISTS - Hazards of Love



krótko: Jedno z większych rozczarowań tego roku broni się kilkoma utworami i nieco blackriderowym klimatem. Za długo i zbyt słabo kompozycyjnie, ale z drugiej strony bez katastrofy i z jedną perełką (The Wanting Comes In Waves).

posłuchaj no: The Hazards of Love 1, The Wanting Comes In Waves / Repaid



29. REAL ESTATE - Real Estate



krótko: Plaża, dzika plaża... Na razie jest nieźle, ale potrzeba drugiej płyty, aby przekonać się czy w przyszłości "twarz przy twarzy" czy raczej "la, la, la, la"

posłuchaj no: Suburban Dogs



28. WILCO - Wilco (The Album)



krótko: Wilco bez dreszczyka z Yankee czy skondensowanej słodyczy (tubka Gostyń, anybody?) Sky Blue Sky, ale z albumem dość solidnym i z bardzo przyjemnymi momentami.

posłuchaj no: Wilco (The Song), Everlasting Everything



27. DAN DEACON - Bromst



krótko: Występ na Primaverze żenujący, a szkoda, bo Bromst to płyta miejscami fascynująca. Gęsta faza w ostrym lesie czy jakoś tak.

posłuchaj no: Build Voice, Snookered



26. DOLL AND THE KICKS - Doll and the Kicks



krótko: OK, teraz kilkadziesiąt minut Doll, potem filmiki i jedziemy. Skojarzenia z Tour of Refusal nie do wywabienia, stąd spory sentyment. Płyta porządna, muzycy sympatyczni, grupa rokująca, "zal."

posłuchaj no: If You Care, Pictures, Superstar



25. CHARLOTTE GAINSBOURG - IRM



krótko: Nie urzekła mnie ta płyta aż tak jak 5:55, ale myślę, że w ogólnej opinii będzie uchodzić za ten lepszy album Charlotte. Beck jak najbardziej, filmowy flow również, bardzo ok.

posłuchaj no: IRM, Heaven Can Wait, Time of the Assasins



24. THE FLAMING LIPS - Embryonic



krótko: Nice try, nice try...

posłuchaj no: The Sparrow Looks Up at the Machine, I Can Be a Frog (feat. Karen O), Worm Mountain (feat. MGMT)



23. DIRTY PROJECTORS - Bitte Orca



krótko: Pisałem już, że chyba za mało grania na tyle gadania, co nie znaczy, że tej płycie nie należy się uwaga. Gdy nie denerwuje - olśniewa, proporcje rozstrzygnęły o jej miejscu w rankingu. Świetna okładka!

posłuchaj no: Cannibal Resource, Stillness Is the Move



22. jj - jj n° 2



krótko: Rozpływałem się już nad Are You Still in Vallda?, więc żeby się nie powtarzać - materiał nierówny, bardziej EPkowy niż płytowy, ale z highlightami, które windują całość prawie do pierwszej dwudziestki.

posłuchaj no: From Africa to Malaga, Ecstasy, Are You Still in Vallda?



21. ATLAS SOUND - Logos



krótko: Całościowo nie jest to płyta tak dobra jak Let The Blind... (czy nie mędzę dziś zbytnio?), ale za to ma bardziej uderzające fragmenty, przede wszystkim oba duety. Ten z Pandą na poziomie pawilonowym.

posłuchaj no: Walkabout (feat. Noah Lennox), Criminals, Quick Canal (Laetitia Sadier)



20. WILD BEASTS - Two Dancers



krótko: Kiedy po fantastycznym remizohicie Budki Suflera wydawało się, że wszystko w temacie tancerzy dwojga zostało już powiedziane, okazuje się, że nie i że można dołożyć takimi piosenkami, że tańczyć zaczyna znacznie większa grupa ludzi. Nie jest to jeszcze balowanie w niebie, ale potańcówka na schodach też bywa bardzo przyjemna.

posłuchaj no: Hooting and Howling, All the King's Men



19. HEY - Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!



krótko: Najlepsza płyta w dyskografii Hey. Świetnie wypada na żywo (grają w całości i po kolei), brzmi zachodnio i jeszcze bardziej oddala Hey od naszywek na plecakach, podpisów na gipsie i rycin w ławkach.

posłuchaj no: Piersi ćwierć, Chiński urzędnik państwowy, Boję się o nas



18. FUCK BUTTONS - Tarot Sport



krótko:



posłuchaj no: Surf Solar, Olympians



17. NITE JEWEL - Good Evening



krótko: Technikolorowe marzenia o kosmosie, szumiący, podwodny smooth operator. Czasami dystyngowanie, czasami kusząco niegrzecznie. Bardzo dobra płyta.

posłuchaj no: What Did He Say, Let's Go (The Two of Us Together), Lover



16. JAPANDROIDS - Post-Nothing



krótko: Blame Canada? Pfff... Po retrospektywie Maddina na Nowych Horyzontach i świetnym debiucie Japandroids można spokojnie stwierdzić, że she's not the one to blame. Zgłaszam kandydatury Briana i Davida na maskotki zimowych igrzysk i chcę mieć z nimi breloczek.

posłuchaj no: The Boys Are Leaving Town, Young Hearts Spark Fire, Crazy/Forever



15. VIVIAN GIRLS - Everything Goes Wrong



krótko: No, bardzo ładny tytuł, z tym że nie pasuje. Jest lepiej niż na debiucie, treściwiej i bardziej przekonująco.

posłuchaj no: The End, Out For The Sun, Before I Start To Cry




14. THE PAINS OF BEING PURE AT HEART - The Pains of Being Pure at Heart



krótko:



posłuchaj no: Come Saturday, Young Adult Friction, This Love Is Fucking Right!



13. ST. VINCENT - Actor



krótko: Jedna z moich najulubieńszych nowych artystek pozostaje w grze broniąc się bez problemu płytą nr 2. Jest to album szorstszy (brzmienie ważniejsze niż zasady stopniowania przymiotników) od genialnego Marry Me - tracimy więc (moim zdaniem niestety) pajęczynowe zamki Piranesiego na rzecz struktur mocniejszych i często niepokojących. Żeby nie było - świetna płyta, ale kdo Vám tak rozcuchal tmavé vlasy, hę?

posłuchaj no: Actor Out of Work, Laughing With a Mouth of Blood, The Party



12. LILY ALLEN - It's Not Me, It's You



krótko: Złoty środek między radiową przebojowością a popem szlachetnym. Album kojący, przebojowy, zabawny, nieprzekombinowany i bezpretensjonalny. Wrażenie popowego ślizgania się po powierzchni ustępuje miejsca przyjemności słuchania, bo zamiast pędzących panczenistów oglądamy raczej jazdę figurową na lodzie. Płyta uroczo dziewczęca, a jednocześnie drwiąca z konwencjonalnego pojmowania kobiecości. Wyrazisty, brudny róż.

posłuchaj no: 22, I Could Say, Chinese



11. DINOSAUR JR. - Farm



krótko: Dinosaur Jr. podejmują się karkołomnego zadania wskrzeszenia wielokrotnie (i nieskutecznie) reanimowanej już gitarowej (grunge'owo zabarwionej) tradycji i wychodzą z tego obronną ręką. Słuchamy płyty naszpikowanej świetnymi numerami z przeświadczeniem, że muzycy w punkcie X odnaleźli skrzynię muzycznych skarbów. Przemiła i poruszająca wycieczka sentymentalna.

posłuchaj no: Pieces, I Want You To Know, Said The People



10. MORRISSEY - Years of Refusal



krótko: Najsłabsza część najnowszej trylogii Morrissey'a (po fenomenalnym You Are The Quarry i nieziemskim Ringleaderze). Najsłabsza nie znaczy słaba, bo wbrew powszechnemu marudzeniu Refusal to płyta i dobra i ciekawa. Sercem albumu jest bez wątpienia Birthday z wokalizą godną największych muzyków naszych czasów. No a poza tym silne wrażenia z Tour of Refusal - trasy bardzo ciężkiej, granej z zaciśniętymi zębami, ale przez to wyrazistej i fascynującej.

posłuchaj no: Something Is Squeezing My Skull, Mama Lay Softly on the Riverbed, It's Not Your Birthday Anymore



9. EDITORS - In This Light and on This Evening



krótko: Najlepsza płyta w dorobku Editors gwarantuje im miejsce w dziesiątce. Największe nagromadzenie muzycznych substancji smolistych to w ubiegłym roku właśnie In This Light. Z jednej strony gęsta miejska elektronika, z drugiej mroczne peryferia w klimacie kolejowych podróży z grupą Kraftwerk. Mieszanka intrygi z podskórną przebojowością funkcjonuje tu bardzo dobrze.

posłuchaj no: Bricks and Mortar, Papillon, The Boxer



8. GRIZZLY BEAR - Veckatimest



krótko: it's unquestionably a lovely record and it deserves to be heard on land, sea, indoors and out (Uncut)

posłuchaj no: Two Weeks, Cheerleader, Foreground



7. THE BIRD AND THE BEE - Ray Guns Are Not Just the Future



krótko: Z jednej strony fortepianowa czerń, kino noir, najlepsze musicale świata i stare plakaty filmowe, z drugiej smoothie roku, ciepły deszcz, piknik w parku i domek na plaży. Ryzykowne zderzenie owocuje wspaniałą płytą bez zgrzytów. Repeat all i kilka zagapień na tramwajowych przystankach.

posłuchaj no: My Love, Love Letter to Japan, Witch



6. CAMERA OBSCURA - My Maudlin Career



krótko: Siła dobrej piosenki. SiłaDOBREJpiosenki. S i ł a d o b r e j p i o s e n k i. siładobrejpiosenki. SŁ DBRJ PSNK. siła DOBREJ piosenki.

posłuchaj no: James, Forests and Sands, Honey in the Sun



5. FEVER RAY - Fever Ray



krótko: Solowy debiut Karin Dreijer Andersson łączy w sobie baśniowe okrucieństwo braci Grimm z leśnym skandynawskim chłodem, szokującymi obrazami Bacona i subtelnością dobrego japońskiego horroru. Różne formy przerażenia razem tworzą oszałamiającą muzyczną historię. Mroczna elektronika na najwyższym poziomie.

posłuchaj no: If I Had a Heart, Seven, Triangle Walks



4. PHOENIX - Wolfgang Amadeus Phoenix



krótko: Siła dobrej piosenki. SiłaDOBREJpiosenki. S i ł a d o b r e j p i o s e n k i. siładobrejpiosenki. SŁ DBRJ PSNK. siła DOBREJ piosenki. [2]

posłuchaj no: Lisztomania, Rome, Armistice



3. THE XX - The xx



krótko: Bez dwóch zdań jest to debiut roku. Wypielęgnowane utwory są zarazem sterylne i bardzo ciepłe, wręcz otulające. Pierwsze przesłuchanie to spory szok, bo nowe rekordy osobiste padają dosłownie co chwilę. Nie mówię już nawet o całych piosenkach, ale o tworzących je motywach. A gdyby tego było mało, są jeszcze teksty - mądre, dobrze napisane, pozbawione patosu i boldujące życiowe oksymorony:

I don't have to leave anymore
What I have is right here
Spend my nights and days before
Searching the world for what's right here

Underneath and unexplored
Islands and cities I have looked
Here I saw
Something I couldn't over look

I am yours now
So now I don't ever have to leave
I've been found out
So now I'll never explore


posłuchaj no: Crystalized, Islands, Shelter



2. BAT FOR LASHES - Two Suns



krótko: Jak krótko to krótko - Bat For Lashes + LTB = <3 (a więcej w co drugim poście z końca ubiegłego roku)

posłuchaj no: Daniel, Pearl's Dream, Travelling Woman



1. ANIMAL COLLECTIVE - Merriweather Post Pavilion



krótko: Płyta roku, płyta dekady, płyta czegośtam. Słowa nie oddadzą złożoności, wielkości i siły tego albumu. Podjarki, niedojarki, wychwalania i wychałania nie prowadzą do niczego ciekawego. A nic ciekawego to przeciwny do Pawilonu biegun. Po kilku rewelacyjnych albumach, m.in. poprzednim, kapitalnym Strawberry Jam, AC tworzą genialne dzieło sztuki, które jest syntezą wszystkiego co piękne w muzyce. Zresztą, nie tylko w niej.

posłuchaj no: no posłuchaj, posłuchaj!



30 AV-załączników: