Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barcelona. Pokaż wszystkie posty

środa, lutego 22, 2012

Płyta i EPka miesiąca (styczeń + luty) - John Talabot i Granit

PŁYTA MIESIĄCA - JOHN TALABOT - fIN



Jeśli skuszeni pączkującymi w sieci zachwytami wpiszecie w przeglądarkę adres www.johntalabot.com Waszym oczom - zamiast strony enigmatycznego muzyka - ukaże się witryna jednej z barcelońskich placówek edukacyjnych. Położona w pięknej - zielonej, górzystej, ustronnej i praktycznie wolnej od turystów dzielnicy Sarrià szkoła nie ma jeszcze w menu zakładki "znani absolwenci", ale wszystko wskazuje na to, że informatyk będzie musiał wrócić z urlopu. "fIN" triumfalnie zdobywa niezależne salony (24? więcej!) i utrzymuje się w czołówce płyt 2012 serwisu rateyourmusic.com, na którego stronach jest też jednym z najlepiej ocenianych albumów w historii gatunku Balearic Beat. Debiutancka długogrająca płyta barcelończyka rozpycha się jednak w towarzystwie dudniących składanek z palemką, a łańcuch iberyjskich wysp z ich charakterystyczną muzyczną kulturą służy jej głównie do wspięcia się na wyższe poziomy.

Otwierający album, gęsty, zmierzchający na naszych uszach "Depak Ine" nawiązuje tytułem do nazwy leku o działaniu przeciwdrgawkowym wystawiając się tym samym na ciętą czarną ripostę, że na albumie, który zapowiada w dużej mierze chodzi o drgawki. "Destiny", w którym Talabota wspomaga madrycki producent Pional można w ciemno wpisać na listę najlepszych numerów tego roku, a "Journeys" z wokalem znanego z Delorean Ekhiego zgrabnie tłumaczy pożyczoną od Jarmuscha nazwę monachijskiej wytwórni, nakładem której płyta się ukazała (tak, Permanent Vacation). No a jeśli przenieśliśmy się już myślami na północ Europy dodajmy jeszcze, że jak na mieszkańca stolicy Katalonii przystało, młody artysta nagrał album bardzo kosmopolityczny. Orient "Last Land" czy skandynawskie, Knife'owskie "Missing You" to tylko przykładowe tropy. 

Istnieje duża szansa, że na dniach zaprezentujemy Wam tłumaczenie wywiadu z Talabotem, który ukazał się 20.02 w dzienniku El País. Bądźmy dobrej myśli!




EPka MIESIĄCA - GRANIT - GRANIT EP


Jednocześnie, nie opuszczając Barny, polecamy Wam EPkę duetu "Granit". Granit to Alba Blasi i Cristina Checa. Ta pierwsza wskazuje w wywiadach na bardzo słyszalną inspirację Beach House, ta druga udzielała się wokalnie na "Pop Negro" El Guincha. Ubiegłoroczny konkurs na EPkę roku nie został nawet rozpisany, w tym już w lutym mamy kandydatki do medalu. Ujmująca muzyka.

piątek, września 17, 2010

El Guincho - przewodnik (notatki z przesłuchania [7] Pop Negro - część 2.)





EL GUINCHO - PRZEWODNIK | CZĘŚĆ 1. | CZĘŚĆ 2. | Alegranza - SUPLEMENT




TROPICALISMO (cd.) i EXOTICA

Faktem jest, że Pop Negro to płyta mniej egzotyczna niż Alegranza i że bliżej na niej Guinchowi do hiszpańskiego radia czy space age popu (→ WIDEO NR 16 - Marty Gold and His Orchestra - Dance, Ballerina, Dance) niż do szemrzącej brazylijskiej portugalszczyzny Tropicalistów, ale patrząc przekrojowo na twórczość Hiszpana i dokonania Veloso, Gila i innych (ogólny obraz daje m.in. składanka Tropicália ou Panis et Circencis) trudno nie doszukać się wielu podobieństw. Spalona jak Lily na T4 stylistyka, plażowy luz, wielki odważnik rytmu, zabawy wokalem, czerpanie z kulturowej multiwitaminy - wymieniać można długo. Tropicalismo to jednak w miarę konkretny styl, a płytę z papugą charakteryzuje spora kalejdoskopiczność brzmienia, dlatego przy koniecznej we wszystkich recenzjach inspiracyjnej litanii często pojawia się nazwa exotica (When I started producing, I was obsessed with exotica records) - nostalgiczny nurt orientalno-oceaniczny pod patronatem i batutą Lesa Baxtera

→ WIDEO NR 17 - Les Baxter - Jungle Flower

gdzie kształt większości instrumentów (oprócz wszechobecnych smyków rzecz jasna) podpada pod explicit content. Bardzo exotyczne jest np. Guinchowskie Cuando maravilla fui.

Wracając natomiast do Tropicalismo i postaci genialnego Veloso warto przytoczyć jeden z wywiadów, w którym zapytany o swoich pięć ulubionych płyt Díaz-Reixa wylicza:

These 5 by Caetano Veloso: 1968 (Tropicália), Araça Azul, Muito, Qualquier Coisa (Side A) and Cinema Trascendental..

No to gramy jeszcze raz, tym razem z fantastycznej płyty Caetano Veloso (Tropicália) z 1968 roku → WIDEO NR 18 - Cateano Veloso - Clarice:



[Zobacz też: dokument BBC o ruchu Tropicalismo]

SAMPLE, DEBIUT, J DILLA

Pozostajemy w sferze inspiracji. Wspominaliśmy już o pewnych podobieństwach do Since I Left You The Avalanches - płyty definiującej plażową żonglerkę samplami i zabójczymi melodiami, porównania do Pandy i Animal Collective (które brzmiały najprawdziwiej na etapie Folías - pierwszego, wyprzedanego albumu Guincha*, który → WIDEO NR 19 - rules) szły na żółtym pasku w TVNie. Sam Guincho wskazuje jednak na inną definiującą początki jego stylu inspirację:

I'm flattered when all these journalists compare me to Animal Collective or Cornelius or other great bands, but that's not me, I wouldn't have done anything if it weren't for J Dilla. I heard Donuts, wow! That was when I decided to get a sampler and it all started. I couldn't pay for an MPC, it was way too expensive! I asked for something cheap and they sold me a Roland SP-404.

→ WIDEO NR 20 - J Dilla - Last Donut of the Night:



Na Pop Negro sample poszły jednak w odstawkę, dlatego więcej o nich w Alegranzowym suplemencie do przewodnika (zapraszamy niedługo).

* opis ze strony wytwórni: Imagine the Cookie Monster all full on crack in a dark and wet basement aiming El Guincho with an AK-47 and screaming at him“play something beautiful for me baby, c’mon flaco this is my weird war!” Thirteen songs about bizarre birthday parties, intergalactical karts and sharks on the swimmingpool. If Caetano Veloso had known what is a Sp-404 in 1968 another rooster would sing. Word!

ODNOGI i KOLONIE

Z lewej strony muzycznych równań przenosimy się (po raz kolejny, patrz: cz. 1) w rejony po znaku równości. Oprócz The Avalanches (a jeśli Avalanches to czemu by nie Girl Talk? → WIDEO NR 21 - Girl Talk - Play Your Part, pt. 1) mamy tu sporo słuchania podzielonego na dwie grupy:

ZESPOŁY, KTÓRYCH CZŁONKIEM JEST/BYŁ EL GUINCHO i (uwaga) ZESPOŁY, W KTÓRYCH NIE WYSTĘPUJE EL GUINCHO. Na razie zapraszamy grupę pierwszą:

Coconot:

znajoma twarz i debiut pt. Novo tropicalismo errado → WIDEO NR 22:



Giulia Y Los Tellarini:



Guincha przygoda z perkusją i soundtrack do Vicky Cristina Barcelona:

→ WIDEO NR 23 - Giulia Y Los Tellarini - La Ley Del Retiro

+ Albaialeix = Guincha przygoda z perkusją [2].

POZOSTAŁE GRUPY:

Na początek bardzo przez Guincha lubiani Barcelończycy (dołączający tym samym do Thelematicos, o których pisaliśmy w pierwszej części przewodnika) Extraperlo (→ WIDEO NR 24 - Extraperlo - Bañadores)

Actually, I should say my favorite new band is Extraperlo. They're from Barcelona, too, and great friends of mine. They write clever pop songs that you can dance to with all these jumpy percussion sounds like in my favorite Tom Tom Club tunes, and the way they sing the melodies like if they were not interested at all. I think they're great...

Dalej - Delorean - autorzy bardzo dobrej EPki Ayrton Senna i jeszcze lepszej płyty Subiza, o których na LTB pisaliśmy bardzo często (tag: delorean).

→ WIDEO NR 25 - Delorean - live, Primavera Sound 2010

Dalej - i to dalej w rozumieniu odległości stylistycznej - Devendra Banhart - który swoją odmianę New Weird Americi oparł głównie na kontynencie południowym. Banhart to największy chyba propagator tropikalnych rytmów na alternatywnej scenie, bosy JezusMax, którego na LTB pamiętamy m.in. z Americany na Malcie oraz koncertu w Madrycie.

→ WIDEO NR 26 - Devendra Banhart - Carmensita:



BERLIN



Muzycznie Berlin i Niemcy kojarzą się chociażby z kraut-rockiem, pociągami i autostradami Kraftwerk, mur-trylogią Bowiego, idealnym eskperymentalnym kwachem Can, zimnym błyszczącym dichem, owłosionym NRDowskim punkiem - słowem ze wszystkim oprócz tropikalnej biby. Berlin jednak ma swoje miejsce na mapie Pop Negro - Guincho przez trzy miesiące nagrywał w znanym studio Planet Roc (zdjęcie powyżej). Mówiliśmy już o hiszpańskim temperamencie i niemieckiej precyzji, tak?

A na koniec - DISCOTECA OCEANO



czyli wytwórnia założona "pod Alegranzę" (dumnie oznaczoną numerem DO001), która oryginalnie nie została wydana przez Young Turks, ale przez Discotecę właśnie (ze znaczkiem tego labelu Alegranza pozuje z mą ręką powyżej). Podobno gdy Félix Ruiz usłyszał materiał nagrany przez Guincha nie miał wątpliwości - ktoś musi wydać to W TEJ CHWILI. Dzisiaj Discoteca Oceano (MYSPACE) to m.in.:

- opisywani Thelematicos,
- Joe Crepúsculo (Ruiz jest jego managerem),



- Linda Mirada - → WIDEO NR 27 - Linda Mirada - Solo,
- Maluca,
- Los Massieras

i honorowy ambasador - Pablo Díaz-Reixa - El Guincho.

piątek, września 10, 2010

El Guincho - przewodnik (notatki z przesłuchania [7] Pop Negro - część 1.)





EL GUINCHO - PRZEWODNIK | CZĘŚĆ 1. | CZĘŚĆ 2. | Alegranza - SUPLEMENT




Kiedy okazało się, że El Guincho wydaje w tym roku następczynię rewelacyjnej Alegranzy ciężko było stwierdzić czy 'on znowu to zrobi' czy 'niczego nie będzie'. Po zadaniu pieprzu multikolorowej papudze i twórczym, porywającym papugowaniu tropikalnych rytmów, po wylądowaniu na trzecim miejscu naszego płytowego podsumowania 2008 przyszedł czas na płytę-ośmiornicę - pieśni 8 + głowa - album nr 3 (licząc mało znane Folías) w dorobku Díaz-Reixy. Poniżej nasz jakże niekompletny przewodnik po Pop Negro i Guinchu w ogóle:

MUZYKA

Sposób tworzenia muzyki przez Guincha przypomina sposób tworzenia pączków przez swedish chefa

→ WIDEO NR 1 - Muppet Show - Swedish Chef - making donut

- jest radosnym strzałem w tradycję. Z jednej strony są to dźwięki tworzone przez kanaryjskiego zioma (miejsce urodzenia: Las Palmas de Gran Canaria) z wybitnym czuciem subtropików, z drugiej czuć bliskość Hiszpanii i przeprowadzkę do Barcelony. O ile wspomniana Alegranza była wahnięta w stronę wyspiarskiej pstrokacizny, Pop Negro minimalnie przechyla się w stronę osiągnięć spanishpopu, wielkich motywów tanecznych (Saura!) i gęstego miejskiego beatu. Trochę mniej tu Pandy, do którego odwoływano się w recenzjach 2008 roku, trochę więcej soundtracków starych filmów i hitowego zacięcia.

KANARY



The Canary Islands are in the middle of the world and the middle of nowhere. They’re right next to the Sahara desert. Below you’ve got Senegal, above you’ve got Morocco. It’s really far down—the islands belong to Spain, but it’s a three and a half hour flight to Barcelona. (El Guincho, Fader)

+ między innymi:

- ulubiony sklep płytowy - Moebius (http://www.tiendamoebius.com/),
- zespół Los Gofiones, czyli twórcy Guincha piosenki wszech czasów - Isa de Salón (ściągnij tu, poczytaj tu).

BARCELONA



Europejski New York New York to Katalonia, czyli jak wiadomo Hiszpania mniej hiszpańska, Hiszpania probyk i trochę jak w alternatywnej wersji reklamy Seata - z hiszpańską precyzją i niemieckim temperamentem. Z jednej strony fantastyczna baza muzealno-kulturalna, kipiąca od drogich klubów i zamkniętych dyskotek, z drugiej ciepła, przybrudzona, z chropowatą piracko-lumpiarską Barcelonetą z ulicznymi festynami, niedzielną gorącą bagietką od Araba i praniem na sznurach. To co? 100 stron bloga o BCN? Chętnie, ale głodnym żywej miejskiej tkanki proponujemy raczej przejrzenie LTB z okresu barcelońskiego i Primaverowych relacji.

Barcelona Guincha to m.in.:

- SURFING - surferskie klimaty na Barceloneciej plaży oraz w na innych barcelońskich piaskach ; Lycra Mistral:



After watching the Tom Curren surfing documentary The Search, I really wanted to do a song like this. In high school there was a group of us obsessed with surfing and bodyboarding. We used to spend Friday to Sunday on the beach and skipped classes whenever we could to go riding the waves. We bought the magazines, watched the movies and all that. I was easily one of the worst, I couldn’t do many tricks and had a strange style, but I used to love it out there in the water. There’s always an incredible moment when the series of waves arrives, you see them a long way out and they start to come towards you - that moment when you start to paddle out and have decide whether to catch that wave or not. It’s a very special sensation that you only get in that situation.

→ WIDEO NR 2 - The Search (fragment),
→ WIDEO NR 3 - surf-video, czyli Kalise z poprzedniej płyty Guincha,
→ WIDEO NR 4:


The Beach Boys - Surfin' USA [Live],

- Gràcia - jedna z najprzyjemniejszych barcelońskich dzielni, w której Díaz-Reixa mieszka ; mnóstwo orientalnych knajp, bliskość parku Güell, kawa i papierosy w Café Nilo,
- Sala Apolo - patrz: koncertowe relacje i bootlegi na LTB (Apolo i Apolo [2]):

My favorite music venue so far is the Sala Apolo in Barcelona. I love the bass there and they've been supporting all the bands in the city a lot so they are definitely my first choice! (El Guincho, Pitchfork)

- tropicalia paradise w studio,
- zaprzyjaźniony duet Thelematicos - autorzy EPki Thelematicos EP (do pobrania tutaj ; długograj w tym roku) ; Sergio z Thelematicos nagrywał z Guinchem demo genialnego otwieracza Pop Negro - Bombay,
- ulubiona audycja radiowa - http://www.fotolog.com/diasderubias,
- oraz mnóstwo nieudokumentowanego genius loci.

MADRYT



Mimo tego, że klimat albumów Guincha jest zdecydowanie nadmorski, nie kontynentalny, z kilku powodów warto wspomnieć w naszym przewodniku o hiszpańskiej stolicy. Madryt to miasto, w którym po raz pierwszy słuchałem Alegranzy. Mógłbym bardzo dokładnie wskazać miejsce absolutnego doznania w okolicach stacji metra Ciudad Universitaria. Jeśli chodzi o Madryt Guincha to na Pop Negro liczy się:

- stołeczna, hotelarska, saksofonowa (solówki Jensa Neumaiera) elegancja,
- Cinearte - studio, w którym powstało np. FM Tan Sexy - miejsce nagłaśniania filmów Almodovara, którego poskramiany eklektyzm (tak, tak, patrz również: Tetro Coppoli) jest na nowej płycie Hiszpana mocno widoczny. Inspiracja - świadoma czy nie - sięga dalej, np. do:

- spanish-popu:

→ WIDEO NR 5 - MEGAMIX POP ESPAÑOL 80S + cytowana w Lycra Mistral 5-10-15 piosenka Que triste es el primer adiós
- i Luz Casal, hiszpańskiej gwiazdy występującej między innymi w nagłaśnianych w Cinearte Wysokich obcasach:

→ WIDEO NR 6



→ WIDEO NR 7 - Luz Casal - No me importa nada,

- od Luz Casal płynnie przenosimy się na stację PRODUKCJA:

Wydaje się, że pomijając ruch tropicalismo, wyspiarskie dicho i hitowy pop (hiszpański i światowy), największą inspiracją naszego pupila pozostają producenci:

- Paco Trinidad produkujący album Luz V (Danza Invinto),
- Bombay-ska inspiracją produkcją (→ WIDEO NR 8) Promise Ciary,
- Afanasieff w (→ WIDEO NR 9) Fantasy Carey (Novias),
- ulubieniec autora - numer Muerte midi (z tytułem i podkładem przypominającym ciasny ekran gameboy'a i pixelowe liany w Donkey Kongu) inspirowany kanapowym disciem, wspaniałą klasyczną płytą C'est Chic i postacią Nile Rodgersa:

→ WIDEO NR 10 - Chic with Nile Rodgers - Le Freak,

- Bowiego bębny Viscontiego.



I na koniec TROPICALISMO + PARTY

- inspiracje mimo wszystko kluczowe, powracające i wykraczające poza swoje własne granice. Pop Negro i Alegranza to płyty niezwykle zabawowe, ale bez wątpienia podszyte dźwięczną czułością. To nie chłodny bounce z palemką, to raczej karnawałowy wir z dziurą w sercu jak ocean i jednocześnie radosnym szaleństwem w oku. Częściowo:

→ WIDEO NR 11 - Nara Leão:



częściowo:

→ WIDEO NR 12 - Caetano Veloso - Tropicália

Granice zacierają się i pochłaniają chociażby afro-pop, samplowane Avalanches (→ WIDEO NR 13 - The Avalanches - Since I Left You), Miguelito Valdésa z Kuby śpiewającego (→ WIDEO NR 14) Babalú z orkiestrą Casino de la Playa. Czasami objawiają się bardzo namacalnie, jak na wydanej ostatnio EPce Piratas de Sudamérica (→ WIDEO NR 15 - El Guincho - Hindou), czasami są nieoczywiste, np. wtedy, gdy przenoszą na grunt muzyki ideę tropikalistycznego Cinemo Novo - Uma câmera na mão e uma idéia na cabeça - a camera in the hand and an idea in the head (w miejsce "kamera" wstaw samplera!).

piątek, września 03, 2010

Wideo dnia #135, czyli:



Panda Bear - single i zdjęcia z gwiazdami,
Muzyczna mapa - komisowe przymiarki.

Dzisiejsze wideo dnia to w pewnym sensie zagrycha wyrzutu sumienia, bo oto obiecałem sobie, że w miesiącu wrześniu, miesiącu - jak mawiała moja licealna wychowawczyni - pieniążkochłonnym (bo i rada i brulion) nie kupię żadnej płyty i już trzeciego dnia złamałem to postanowienie kilkoma draśnięciami laptopowego gładzika. Po wakacyjnej rozpuście miał nastąpić rozsądny odwyk, ale jeśli rano odbieram maila, że można już zamawiać nowy, limitowany do 500 przedpremierowych egzemplarzy, singiel 7" Pandy no to hold on, szwagier, I gotta wyłączyć na chwilę. Wyłączyć zakaz oczywiście, a w dalszej części miesiąca nie otwierać skrzynki.

Singiel to You Can Count On Me - najjaśniejszy (obok Ponytail) punkt występu Pandy na tegorocznej Primaverze - koncertu, który z perspektywy czasu (i z perspektywy tego nagrania) wydaje się mniejszym rozczarowaniem niż wydawał się wtedy. Przepiękny numer, jak pisze Domino - a gentle duet between Panda Bear and himself.



W sprawie muzycznych zamówień - teoretycznie ostatnią przeszkodą dla płytowej globalizacji stały się wysokie koszty wysyłki, które czasem odstraszają i każą czekać na nalot na zagraniczne komisy, na jakieś spontaniczne lub planowane 'go west' (chociaż kiedy taki cdwow oferuje wysyłanie wszystkiego za darmo to nawet ten argument trafia szlag). Teoretycznie, bo sama instytucja sklepu z muzyką nadal przyciąga bardziej niż błysk w oku listonosza. Zbaczając więc z niewygodnego tematu winy rozkładam przykurzoną muzyczną mapę i wspominam kupowanie płyt:



tu, w Berlinie, gdzie obok przetacza się któryś z bahnów,



tu, w Lizbonie, w Louie Louise, gdzie ma się wrażenie, że przyszło się do koleżeństwa pożyczyć coś fajnego do słuchania,



tu, w fantastycznym barcelońskim Revolverze na nierealnej ulicy płytowych komisów,



tu, w madryckim FNACu, który w trakcie naszej hiszpańskiej emigracji pełnił wszystkie funkcje raju,



tu, na sztokholmskim starym mieście, w sklepie gdzie na półce leżało sobie ultrarare promo wydanie domowych piosenek Drake'a (po naszej wizycie już tam, rzecz jasna, nie leży),



tu, w amsterdamskim Distortion, w przepięknej dzielnicy Jordaan, gdzie pan podliczając zakupy zakazuje płacić za Bring On the Dancing Horses Echo & the Bunnymen i mówi, że gdyby trzeba było coś do Polski przesłać to przecież poczta blisko ; albo w Leidzie przy mostku gdzie jest więcej płyt niż we wszystkich polskich sklepach stacjonarnych,



albo nawet tu, na rzymskim Termini, w jakiejś przyjemnej sieciówce.

Jednym słowem miejsca > poczta, ale dzwonek do drzwi i rwanie kartonu to też jakiś urok. Wracając do spraw bieżących - w końcu pojawił się nieprzeskakujący Interpol, który wydaje się lepszy niż po pierwszych niepokojących przesłuchaniach, zobaczymy. + z nowości całkiem fajna EPka (i jeszcze lepszy singiel) zespołu The Hundred in the Hands. A najfajniejsze to zdjęcie:



Na razie Panda na pętli i do nieodległego kontaktu!

sobota, maja 29, 2010

PS10 - pocztówka nr 3



Pierwszy dzień PS10 (znany jako 'świetny czwartek') zakończył się bardzo surrealistycznie - chóralnym wykonaniem Juxtaposed With U przez niektórych członków okropnie zatłoczonego autobusu. Piątek, który też już za nami, to chyba najbardziej nafaszerowany bakaliami dzień w historii tego festiwalu, a bakalie, jak to bakalie, rozkładają się równo lub nie. Siatka godzinowa gęstniała wczoraj w oczach wymuszając nieprzyjemne wybory. Jednym słowem tragedia antyczna ery facebooka albo tweetujący Hamlet. Być na Japandroids czy nie być - oto jest głupie pytanie, ale co jeśli częstotliwość tego typu pytań wzrasta do poziomu większego niż jedno na godzinę? Trzeba wybierać, ale mimo wspomnianych dylematów mogę z pewnością stwierdzić - to jeden z trzech najlepszych dni w całej naszej historii z Primaverą.


Pallett gra Odessę (niestety kolejka długa - odległość duża - jakość słaba)

Zaczęło się od Owena Palletta, któremu publiczność wypakowanego po sufit Auditori zgotowała owacje na stojąco. Chyba słusznie, bo Pallett wykonał set uroczy i, hm, podniosły, ale bez momentu nadęcia czy zbędnej pompy. No i (podobno po raz pierwszy) scoverował świetnego singla Caribou. Potem lekka obsuwa i Hope Sandoval (czasu starczyło na dwie piosenki), a później świeżo wyciśnięty sok z The New Pornographers (bardzo zwarty, soczysty, przebojowy zestaw). Sun było nadal high (a I był na muzycznym haju), gdy przebiegliśmy w kierunku sceny Pitchfork by zobaczyć część bardzo dobrego występu Best Coast. Dalej kolejna głowa programu, czyli Spoon i ich dziwny koncert (mistrzyni suspensu Mary Higgins Clark zaprasza na dokładną relację pofestiwalową).


Beach House

Ściemniało się i chmurzyło nad sceną ATP, na którą weszli Beach House i zgodnie z oczekiwaniami i nadziejami zagrali jeden z najpiękniejszych koncertów jakie dane mi było widzieć (jak to mówiła pani lat 50-60 po Pet Shop Boys na Summer of Music - no, to już na trzech koncertach byłam). Więcej o tym cudzie za niecały tydzień (oszybydeszczdzwoni).


Beach House - Walk In The Park

Co potem? Średnio nagłośnione Wilco z atmosferą raczej niesprzyjającą, ale nie bez pięknych momentów (opiszemy). No i chwilę później szczyty tragedii wyborów - brak Wire (nieeee!) i Japandroids (słyszeliśmy tylko Wet Hair). Szczęśliwym trafem Les Savy Fav grali akurat Yawn Yawn Yawn, kiedy my zdążaliśmy wśród krzaczorów na scenę Vice gdzie zawiódł niestety Panda Bear. Monotonnym, okołoTombojowym chyba, materiałem sprawił jedyną sporą przykra niespodziankę tego dnia. Nie było strasznie, było średnio (oprócz pięknego Ponytail i kilku przebłysków), ale no średnio na Pandzie, taaato!


Pixnik

Na sam koniec piknikowe Pixies z gigantyczną frekwencją i zadziwiająco dobrą formą Blacka (też opiszemy) oraz kolonijno-orientalny pop Yeasayera, który na żywo okazał się niestety kolejnym rozczarowaniem tego dnia. Poniżej lista klipów z czwartku i piątku, wszystko powoli się wgrywa i na relację będzie gotowe. Tymczasem śniadanie wzywa i queso curado ku radości swej spożywać będę amen.

piątek, maja 28, 2010

PS10 - pocztówka nr 2



Krótko - pierwszy dzień tegorocznej Primavery przyniósł kilka małych zawodów organizacyjnych i atmosferycznych (nie, nie mówię o tym małym deszczu) oraz kilka wielkich zachwytów koncertowych. Główne doznania to piękny set The XX, naprawdę miażdżący występ Broken Social Scene (szturm na listę bestof live) z gościnnym udziałem Owena Palletta (dziś, 16:00), wspaniałe Pavement i świetne Delorean. A to nie wszystko. Więcej oczywiście w naszej pofestiwalowej relacji. Klipy (m.in. Pavement & Kevin Drew - Kennel District i Lisa Lobsinger śpiewająca z BSS jeden z kawałków roku - bajeczne All To All) w trakcie wgrywania.



środa, maja 26, 2010

PS10 - przystawki

Cześć!

Jak nieregularnie to nieregularnie - pocztówka z Barcelony jest jedna i na ostatnią chwilę, bo przecież już dziś wieczorem zaczyna się właściwy festiwal. Barcelona przypomniała nam się z najlepszej strony i znowu poczuliśmy się jak wtedy, gdy tu mieszkaliśmy, a miejscowa ludność rozpoznawała w nas raz Rosjan chcących kupić złoto, raz katalońskich studentów okupujących uniwersytet.



Do rzeczy - w poniedziałek mieliśmy zobaczyć The Ruby Suns, ale te nowozelandzkie śpiochy zamieniły się miejscami z Maiką Makovski (żeby rano wstać na owsiankę i samolot) i to na jej koncert w końcu trafiliśmy. No NowoŻalLandia, trochę się chyba obrażamy. Nie po to przecinamy dzielnicę Raval, w której spora część mieszkańców wygląda jak arabska młodzieżówka Budki Suflera, żeby oglądać po raz kolejny Maikę.



Było jednak w porządku, czasami całkiem fajnie, czasami nieco pretensjonalnie, ale bez większych wpadek, z naprawdę niezłymi momentami i chyba lepiej niż na poprzedniej Primaverze.



A potem przyszła środa i koncert Los Campesinos! - koszmar super niani i amatorów muzyki windy. Wielkie tłumy przed wejściem i liczenie ludzi (w duchu dziękowaliśmy Maice za poniedziałkowe zaobrączkowanie). Co w programie? Wyraźny niepokój ruchowy w zakresie dużej i małej motoryki, niemożność pozostawania w bezruchu przez nawet krótki czas, podrywanie się z miejsca, przymusowe wymachiwanie rękami.



Poza tym - świętowanie czternastych urodzin perkusisty i oblewanie go szampanem (tj. cavą), wparowanie w publiczność podczas kończącego zasadniczy set Sweet Dreams Sweet Cheeks , które zapowiadało jeszcze większe wparowanie w publiczność podczas bisowego Broken Heartbeats Sound Like Breakbeats. Inne highlighty to na pewno Sea z nowej płyty, We Are Beautiful, We Are Doomed z uroczą zapowiedzią: This one is for the locals, not for you, fucking Brits, behave yourself i Miserabilia (wideo niżej), naprawdę to show to kids. Świetny koncert, równie dobry jak ten w Razzmatazzie i jeśli One blink for yes Two blinks for no to mrugam razy trzy, ale oczywiście trzy razy jeden.



poniedziałek, listopada 03, 2008

Rusza LOUDER THAN BOOTLEGS



Z przyjemnością informujemy, że dziś rusza nasz bootlegowy dział - Louder Than Bombs: Bootlegs. Na początek koncert Cansei De Ser Sexy (CSS) w Sali Razzmatazz 2 w Barcelonie. Początki bywają trudne (dawno nie było truizmów, co?), więc od razu przepraszamy za lekkie przebasowienie i pojawiające się czasami szumy. Pewnie nie jesteśmy całkiem bez winy, ale ze spokojnym sumieniem możemy powiedzieć blame nagłośnieniowiec!

Dla porządku sekcja bootlegowa dostępna jest pod nowym adresem - http://louderthanbootlegs.blogspot.com

No i to tyle, zapraszamy serdecznie! Następny w programie jest koncert M83, też z Razzmatazza, ale z sali numer 3.

niedziela, października 26, 2008

White Circle Crime Club, No Age - live - [2], Barcelona - 25.10.2009

Po trzech niemiłych zaskoczeniach związanych z koncertem otwierającym tegoroczny Wintercase (sala, support, gwiazda), trzy miłe zaskoczenia wczoraj.



Po pierwsze sala [2] - o wiele fajniejsza niż Razzmatazz 3 (mamy nadzieję, że 1 i 2 lepsze, bo sporo się tam dzieje) - przypomijąca madrycką Salę Heineken.




Po drugie support - naprawdę świetny koncert belgijskiego White Circle Crime Club (aż kupiliśmy ich nową płytę Pictures of Stares, przesłuchamy, damy znać). Muzyka raczej typu buldożer niż buldożek (francuski? Air?), ale szczera, przemawiająca i co najważniejsze dobrze skomponowana. Brawo.




Zaskoczenie nr 3? Gwóźdż programu, czyli No Age, którzy nadal ocierają się o casus Gincia (1 2), ale zagrali koncert nieco lepszy od tego, który oglądaliśmy na Primaverze. Udało się przenieść na scenę więcej ukrytej melodyjności, której na Nouns przecież sporo. Było głośno, wrzaskliwie, bywało chaotycznie, ale to wszystko grało jako całość. Nie tak wyglądałby mój idealny koncert No Age, ale o porażce nie może być mowy. Dobry, naprawdę dobry występ.


Aaa, jeszcze jedno! Z kartą najfajniejszego-festiwalu-na-świecie wejście było darmowe. Poniżej pamiątka z WCCC i dwie z No Age.



White Circle Crime Club



No Age - Here Should Be My Home



No Age - Eraser

niedziela, października 19, 2008

Wintercase 2008 (1)

Witamy po długiej przerwie (spowodowanej odcięciem od stałego dostępu do internetu) i zapraszamy na relację z tegorocznego festiwalu Wintercase.



Trzeba wspomnieć, że festiwal zmienił nieco formułę. W zeszłym roku (patrz: relacja yoko) bardziej znane zespoły - droższe karnety, w tym roku mniej znane zespoły - tańsze karnety. I co prawda bardziej znany nie zawsze znaczy lepszy, skład Wintercase 2007 był niestety bardziej imponujący. Nie jest jednak źle. Zupełnie nie! Jest, powiedziałbym, bardzo dobrze i kameralnie, a zaoszczędzone euro można spokojnie wydać na nadzianej komisami ulicy Tallers. Szykuje się europejski przewodnik komisowy na LTB. Do tego dążyłem pokrętną stylistycznie drogą. Przepraszam, zacznijmy już.

FESTIWAL

Rozpiska. Pokursywiamy to, na co się cieszymy. Pogrubiamy to, na co cieszymy się najbardziej. A napiszemy o wszystkim.

18.10 - Clare & The Reasons + My Brightest Diamond
7.11 - Los Campesinos! + Ra Ra Riot
22.11 - The Radio Dept. + Hola a todo el mundo + ktoś
27.11 - Scott Matthew + El Perro del Mar + Cuchillo

KONCERT NR 1

Koncert prezentacyjny okazał się być koncertem pretensjonalnym. Krótko o szczegółach poniżej.

CLARE & THE REASONS



To miało być połączenie soundtracków Disney'a z muzyką filmową i Nickiem Drakiem. Przede wszystkim - wara od Drake'a - to był geniusz muzyki, jeden z największych. Żeby się do niego zbliżyć (chociażby na sporą odległość) trzeba się naprawdę napracować (patrz: nowa, świetna płyta Jamesa Yorkstona). Muzyka filmowa? Bardziej. Momentami zespół przycinał bardzo ładnie, zaraz potem wpadał jednak w disnejowską konwencję i męczył miałką bajkowością. Warto zapamiętać końcówkę - całkiem udany cover Everybody Wants To Rule The World Tears For Fears poprzedzony wyśpiewanym na melodię Somewhere Over The Rainbow hymnem ku czci Obamy. Niestety ogólnie mocno średnio, nudnawo, często irytująco.

MY BRIGHTEST DIAMOND



Po występie MBD spodziewaliśmy się więcej, więc i rozczarowanie większe. Pretensjonalności ciąg dalszy. Parateatralna papka przetykająca wykonane z metalową/gotycką pompą utwory denerwowała bardzo. Nudziliśmy się nadal, irytacja rosła, palić nie pozwalali. Highlighty? Faktycznie dobry głos Shary Warden, to raz. No a dwa - na dole grało Prodigy i kiedy poszło się do łazienki można było doświadczyć inspirującej kakofonii.

No i to chyba tyle. Czekamy na następne koncerty. Sądząc po składzie, będzie o czym pisać. Pozdrawiamy i do kontaktu!


w sieci: http://www.wintercase.com