Dzisiaj krótki przegląd tego, co spodobało nam się w styczniu. Kilka piosenek, które mają duże szanse znaleźć się w podsumowaniu roku, a następnym razem ogólny przegląd płyt, na które czekamy.
HIGH PLACES - On Giving Up
Na Primavera Club 08 zagrali znakomity koncert pomimo tego, że do wielkiego Auditori pasowali jak U2 do małego zadymionego klubu.
Jednak muzyka małych obiektów może odejść w cień. W nowym utworze High Places pojawiają się miejskie, ciemne, bulgocząco-dyskotekowe nuty, a całość dryfuję w stronę klimatu chociażby ubiegłorocznego Good Evening Nite Jewel. Sympatyczna egzotyczna roślinka z debiutu może się więc okazać mięsożernym gadem, tym bardziej że zespół szykuje się na wojnę z ludzkością. High Places vs. Mankind ukazuje się w kwietniu, a ja już teraz czuję, że w tej walce będę pierwszym zdrajcą.
BEACH HOUSE
- Zebra - Norway - 10 Mile Stereo
Podniecaliśmy się już w 2009 roku, teraz podkreślamy, że to pierwsza wielka płyta 2010 i przypominamy, że jako jedni z pierwszych prezentowaliśmy Norway.
YEASAYER - Ambling Amp
Art-popowa siostrzyczka Grass Animal Collective ; ostatnio bardzo często na uszach. Podnosi temperaturę pod czapką o kilka cennych stopni.
SPOON - np. Goodnight Laura
Przypominają się The Kills i ich Goodnight Bad Morning. Oba utwory to muzyczny opis ucieczki w sen, kiedy ogólnie nie jest dobrze, ale aktualnie 'dobranoc'.
PHOENIX - Sad-Eyed Lady of the Lowlands (Bob Dylan cover)
Kiedyś tego typu niespodziewane covery były dla mnie fascynujące. Dziś sam jestem dziadkiem, a specjalnymi coverami zawalone są blogi, charytatywne składanki i radiowe sesje. Taka masa rozmywa dawną podjarkę, tym bardziej że jakość nowych wersji jest często niska. Inaczej jest w przypadku naszych ulubionych Francuzów, którzy robią Lady tak, że jest 1) inna od oryginału, 2) różniąca się od ogólnego stylu zespołu. Minus z minusem daje plus, co nie?
Dziewczyna z okładki nr 2 chyba opuściła imprezę z okładki nr 1, a zespół z płyty nr 1 podążył za nią. Contra to płyta cofnięta, mniej przebojowa, płyta która nie pozmywała i wyszła w białą noc.
Jako fan horchaty (najlepsza koło stacji metra Principe de Vergara, obok parku Retiro w Madrycie; lepsza nawet niż ta w Walencji) nie wybaczam koślawej pronuncjacji w otwieraczu.
White Sky świetne, ale to wiedzieliśmy już po Primaverze 08. Poza tym mamy np. przemiłe Taxi Cab i wszystko jest fajnie, ale mimo wszystko słabiej niż na bibie z debiutu. No nic, czekamy na kolejny ruch dziewczęcia z okładki, a na razie horchata, białe niebo i motion of taxis.
* płyty nieco lepsze, ale poza rankingiem -> tutaj
- nagroda specjalna -
JAMES YORKSTON & THE BIG EYES FAMILY PLAYERS
Folk Songs
Album zbyt odmienny, aby konkurować z innymi w zwykłym rankingu. Trochę pisaliśmy już tutaj, ale warto dodać, że to świetne wskrzeszenie folkloru i zadziwiająca bezstratna konwersja zapomnianych piosenek do muzycznego świata XXI wieku. Tak twórczą art-wiochę ma na swoim koncie tylko naród czeski, ale umówmy się: odrodzenie narodowe < Folk Songs. Znakomita płyta.
-- miejsca 50-31 --
50. JULIAN PLENTI - Julian Plenti Is...Skyscraper 49. THE MARY ONETTES - Islands 48. IAN BROWN - My Way 47. JUNIOR BOYS - Begone Dull Care 46. SUNSET RUBDOWN - Dragonslayer 45. RAIN MACHINE - Rain Machine 44. ASOBI SEKSU - Hush 43. TOWA TEI - Big Fun 42. SCOTT MATTHEW - There Is an Ocean That Divides and With My Longing I Can Charge It With a Voltage That's so Violent to Cross It Could Mean Death 41. HOPE SANDOVAL & THE WARM INVENTIONS - Through the Devil Softly 40. GANGLIANS - Monster Head Room 39. THE RAVEONETTES - In and Out of Control 38. THE ANTLERS - Hospice 37. MUSE - The Resistance 36. ARCTIC MONKEYS - Humbug 35. POLVO - In Prism 34. THE DODOS - Time To Die 33. THE CLIENTELE - Bonfires on the Heath 32. YEAH YEAH YEAHS - It's Blitz! 31. EL PERRO DEL MAR - Love Is Not Pop
--- pierwsza trzydziestka ---
No i zaczynamy odliczanie. Multimedialne załączniki na dole.
30. THE DECEMBERISTS - Hazards of Love
krótko: Jedno z większych rozczarowań tego roku broni się kilkoma utworami i nieco blackriderowym klimatem. Za długo i zbyt słabo kompozycyjnie, ale z drugiej strony bez katastrofy i z jedną perełką (The Wanting Comes In Waves).
posłuchaj no: The Hazards of Love 1, The Wanting Comes In Waves / Repaid
29. REAL ESTATE - Real Estate
krótko: Plaża, dzika plaża... Na razie jest nieźle, ale potrzeba drugiej płyty, aby przekonać się czy w przyszłości "twarz przy twarzy" czy raczej "la, la, la, la"
posłuchaj no: Suburban Dogs
28. WILCO - Wilco (The Album)
krótko: Wilco bez dreszczyka z Yankee czy skondensowanej słodyczy (tubka Gostyń, anybody?) Sky Blue Sky, ale z albumem dość solidnym i z bardzo przyjemnymi momentami.
posłuchaj no: Wilco (The Song), Everlasting Everything
27. DAN DEACON - Bromst
krótko: Występ na Primaverze żenujący, a szkoda, bo Bromst to płyta miejscami fascynująca. Gęsta faza w ostrym lesie czy jakoś tak.
posłuchaj no: Build Voice, Snookered
26. DOLL AND THE KICKS - Doll and the Kicks
krótko: OK, teraz kilkadziesiąt minut Doll, potem filmiki i jedziemy. Skojarzenia z Tour of Refusal nie do wywabienia, stąd spory sentyment. Płyta porządna, muzycy sympatyczni, grupa rokująca, "zal."
posłuchaj no: If You Care, Pictures, Superstar
25. CHARLOTTE GAINSBOURG - IRM
krótko: Nie urzekła mnie ta płyta aż tak jak 5:55, ale myślę, że w ogólnej opinii będzie uchodzić za ten lepszy album Charlotte. Beck jak najbardziej, filmowy flow również, bardzo ok.
posłuchaj no: IRM, Heaven Can Wait, Time of the Assasins
24. THE FLAMING LIPS - Embryonic
krótko: Nice try, nice try...
posłuchaj no: The Sparrow Looks Up at the Machine, I Can Be a Frog (feat. Karen O), Worm Mountain (feat. MGMT)
23. DIRTY PROJECTORS - Bitte Orca
krótko: Pisałem już, że chyba za mało grania na tyle gadania, co nie znaczy, że tej płycie nie należy się uwaga. Gdy nie denerwuje - olśniewa, proporcje rozstrzygnęły o jej miejscu w rankingu. Świetna okładka!
posłuchaj no: Cannibal Resource, Stillness Is the Move
22. jj - jj n° 2
krótko: Rozpływałem się już nad Are You Still in Vallda?, więc żeby się nie powtarzać - materiał nierówny, bardziej EPkowy niż płytowy, ale z highlightami, które windują całość prawie do pierwszej dwudziestki.
posłuchaj no: From Africa to Malaga, Ecstasy, Are You Still in Vallda?
21. ATLAS SOUND - Logos
krótko: Całościowo nie jest to płyta tak dobra jak Let The Blind... (czy nie mędzę dziś zbytnio?), ale za to ma bardziej uderzające fragmenty, przede wszystkim oba duety. Ten z Pandą na poziomie pawilonowym.
krótko: Kiedy po fantastycznym remizohicie Budki Suflera wydawało się, że wszystko w temacie tancerzy dwojga zostało już powiedziane, okazuje się, że nie i że można dołożyć takimi piosenkami, że tańczyć zaczyna znacznie większa grupa ludzi. Nie jest to jeszcze balowanie w niebie, ale potańcówka na schodach też bywa bardzo przyjemna.
posłuchaj no: Hooting and Howling, All the King's Men
19. HEY - Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!
krótko: Najlepsza płyta w dyskografii Hey. Świetnie wypada na żywo (grają w całości i po kolei), brzmi zachodnio i jeszcze bardziej oddala Hey od naszywek na plecakach, podpisów na gipsie i rycin w ławkach.
posłuchaj no: Piersi ćwierć, Chiński urzędnik państwowy, Boję się o nas
18. FUCK BUTTONS - Tarot Sport
krótko:
posłuchaj no: Surf Solar, Olympians
17. NITE JEWEL - Good Evening
krótko: Technikolorowe marzenia o kosmosie, szumiący, podwodny smooth operator. Czasami dystyngowanie, czasami kusząco niegrzecznie. Bardzo dobra płyta.
posłuchaj no: What Did He Say, Let's Go (The Two of Us Together), Lover
16. JAPANDROIDS - Post-Nothing
krótko: Blame Canada? Pfff... Po retrospektywie Maddina na Nowych Horyzontach i świetnym debiucie Japandroids można spokojnie stwierdzić, że she's not the one to blame. Zgłaszam kandydatury Briana i Davida na maskotki zimowych igrzysk i chcę mieć z nimi breloczek.
posłuchaj no: The Boys Are Leaving Town, Young Hearts Spark Fire, Crazy/Forever
15. VIVIAN GIRLS - Everything Goes Wrong
krótko: No, bardzo ładny tytuł, z tym że nie pasuje. Jest lepiej niż na debiucie, treściwiej i bardziej przekonująco.
posłuchaj no: The End, Out For The Sun, Before I Start To Cry
14. THE PAINS OF BEING PURE AT HEART - The Pains of Being Pure at Heart
krótko:
posłuchaj no: Come Saturday, Young Adult Friction, This Love Is Fucking Right!
13. ST. VINCENT - Actor
krótko: Jedna z moich najulubieńszych nowych artystek pozostaje w grze broniąc się bez problemu płytą nr 2. Jest to album szorstszy (brzmienie ważniejsze niż zasady stopniowania przymiotników) od genialnego Marry Me - tracimy więc (moim zdaniem niestety) pajęczynowe zamki Piranesiego na rzecz struktur mocniejszych i często niepokojących. Żeby nie było - świetna płyta, ale kdo Vám tak rozcuchal tmavé vlasy, hę?
posłuchaj no: Actor Out of Work, Laughing With a Mouth of Blood, The Party
12. LILY ALLEN - It's Not Me, It's You
krótko: Złoty środek między radiową przebojowością a popem szlachetnym. Album kojący, przebojowy, zabawny, nieprzekombinowany i bezpretensjonalny. Wrażenie popowego ślizgania się po powierzchni ustępuje miejsca przyjemności słuchania, bo zamiast pędzących panczenistów oglądamy raczej jazdę figurową na lodzie. Płyta uroczo dziewczęca, a jednocześnie drwiąca z konwencjonalnego pojmowania kobiecości. Wyrazisty, brudny róż.
posłuchaj no: 22, I Could Say, Chinese
11. DINOSAUR JR. - Farm
krótko: Dinosaur Jr. podejmują się karkołomnego zadania wskrzeszenia wielokrotnie (i nieskutecznie) reanimowanej już gitarowej (grunge'owo zabarwionej) tradycji i wychodzą z tego obronną ręką. Słuchamy płyty naszpikowanej świetnymi numerami z przeświadczeniem, że muzycy w punkcie X odnaleźli skrzynię muzycznych skarbów. Przemiła i poruszająca wycieczka sentymentalna.
posłuchaj no: Pieces, I Want You To Know, Said The People
10. MORRISSEY - Years of Refusal
krótko: Najsłabsza część najnowszej trylogii Morrissey'a (po fenomenalnym You Are The Quarry i nieziemskim Ringleaderze). Najsłabsza nie znaczy słaba, bo wbrew powszechnemu marudzeniu Refusal to płyta i dobra i ciekawa. Sercem albumu jest bez wątpienia Birthday z wokalizą godną największych muzyków naszych czasów. No a poza tym silne wrażenia z Tour of Refusal - trasy bardzo ciężkiej, granej z zaciśniętymi zębami, ale przez to wyrazistej i fascynującej.
posłuchaj no: Something Is Squeezing My Skull, Mama Lay Softly on the Riverbed, It's Not Your Birthday Anymore
9. EDITORS - In This Light and on This Evening
krótko: Najlepsza płyta w dorobku Editors gwarantuje im miejsce w dziesiątce. Największe nagromadzenie muzycznych substancji smolistych to w ubiegłym roku właśnie In This Light. Z jednej strony gęsta miejska elektronika, z drugiej mroczne peryferia w klimacie kolejowych podróży z grupą Kraftwerk. Mieszanka intrygi z podskórną przebojowością funkcjonuje tu bardzo dobrze.
posłuchaj no: Bricks and Mortar, Papillon, The Boxer
8. GRIZZLY BEAR - Veckatimest
krótko: it's unquestionably a lovely record and it deserves to be heard on land, sea, indoors and out (Uncut)
posłuchaj no: Two Weeks, Cheerleader, Foreground
7. THE BIRD AND THE BEE - Ray Guns Are Not Just the Future
krótko: Z jednej strony fortepianowa czerń, kino noir, najlepsze musicale świata i stare plakaty filmowe, z drugiej smoothie roku, ciepły deszcz, piknik w parku i domek na plaży. Ryzykowne zderzenie owocuje wspaniałą płytą bez zgrzytów. Repeat all i kilka zagapień na tramwajowych przystankach.
posłuchaj no: My Love, Love Letter to Japan, Witch
6. CAMERA OBSCURA - My Maudlin Career
krótko: Siła dobrej piosenki. SiłaDOBREJpiosenki. S i ł a d o b r e j p i o s e n k i. siładobrejpiosenki. SŁ DBRJ PSNK. siła DOBREJ piosenki.
posłuchaj no: James, Forests and Sands, Honey in the Sun
5. FEVER RAY - Fever Ray
krótko: Solowy debiut Karin Dreijer Andersson łączy w sobie baśniowe okrucieństwo braci Grimm z leśnym skandynawskim chłodem, szokującymi obrazami Bacona i subtelnością dobrego japońskiego horroru. Różne formy przerażenia razem tworzą oszałamiającą muzyczną historię. Mroczna elektronika na najwyższym poziomie.
posłuchaj no: If I Had a Heart, Seven, Triangle Walks
4. PHOENIX - Wolfgang Amadeus Phoenix
krótko: Siła dobrej piosenki. SiłaDOBREJpiosenki. S i ł a d o b r e j p i o s e n k i. siładobrejpiosenki. SŁ DBRJ PSNK. siła DOBREJ piosenki. [2]
posłuchaj no: Lisztomania, Rome, Armistice
3. THE XX - The xx
krótko: Bez dwóch zdań jest to debiut roku. Wypielęgnowane utwory są zarazem sterylne i bardzo ciepłe, wręcz otulające. Pierwsze przesłuchanie to spory szok, bo nowe rekordy osobiste padają dosłownie co chwilę. Nie mówię już nawet o całych piosenkach, ale o tworzących je motywach. A gdyby tego było mało, są jeszcze teksty - mądre, dobrze napisane, pozbawione patosu i boldujące życiowe oksymorony:
I don't have to leave anymore
What I have is right here
Spend my nights and days before
Searching the world for what's right here
Underneath and unexplored
Islands and cities I have looked
Here I saw
Something I couldn't over look
I am yours now
So now I don't ever have to leave
I've been found out
So now I'll never explore
posłuchaj no: Crystalized, Islands, Shelter
2. BAT FOR LASHES - Two Suns
krótko: Jak krótko to krótko - Bat For Lashes + LTB = <3 (a więcej w co drugim poście z końca ubiegłego roku)
krótko: Płyta roku, płyta dekady, płyta czegośtam. Słowa nie oddadzą złożoności, wielkości i siły tego albumu. Podjarki, niedojarki, wychwalania i wychałania nie prowadzą do niczego ciekawego. A nic ciekawego to przeciwny do Pawilonu biegun. Po kilku rewelacyjnych albumach, m.in. poprzednim, kapitalnym Strawberry Jam, AC tworzą genialne dzieło sztuki, które jest syntezą wszystkiego co piękne w muzyce. Zresztą, nie tylko w niej.
Miejskie playlisty charakteryzują się tym, że składają się na nie różne stada piosenek. Tworzą je utwory w sposób oczywisty związane z miastem (opisują je lub zostały w nim nagrane), te powiązane nieco luźniej (z państwem, z atmosferą) i te przypadkowe, zasłyszane podczas pobytu lub podróży. Takie miksy jarają więc głównie autorów, ale mamy nadzieję, że przedstawiając Wam nasze miejskie playlisty opowiemy jednocześnie jakąś ciekawą muzyczną historię o fascynujących miejscach. The city is here for you to use i tak dalej. Jedziemy.
1) MORRISSEY - album Ringleader of the Tormentors
Nie ma dla nas bardziej rzymskiej nuty. Płyta nagrana w Rzymie i przesycona jego atmosferą, album genialny i przejmujący. Moz, mimo explosive kegs między nogami, jest na Ringleaderze elegancki jak kolumna dorycka i potężny jak kolejka do Kaplicy Sykstyńskiej. Dear God, Please Help Me to jedna z najpiękniejszych piosenek jakie kiedykolwiek powstały i gdyby Panteon - rzymska świątynia wszystkich bogów - chciała kiedyś posiadać swój hymn, to został on już nagrany.
Co jeszcze - kalejdoskop włoskiego filmu w You Have Killed Me i Piazza Cavour, który dostojnie milczy w kwestii sensu życia. A poza tym The Youngest Was The Most Loved zaczynający się odgłosem słyszalnym w Rzymie co kilka sekund. Nie, serio.
2) PHOENIX - Rome
Nagrana w Paryżu, znakomita na żywo w Barcelonie piosenka o Rzymie.
Rome, Rome, Rome, Rome Focus looking forward the Colosseum
3) RADIOHEAD - You And Whose Army
Come on, come on, Holy Roman Empire! Morze Tyrreńskie było definitely pissed off i nakręcało się jak ten miażdzący utwór z Amnesiaca.
live, Poznań (video: kenigmatic)
4) PULP - Bar Italia
włoskie jedzenie > inne jedzenie
5) CAMERA OBSCURA - Roman Holiday
Wakacje Romana, piękny b-side z Lloyda. Singla kupiliśmy w najfajniejszym mieście świata (takie na M, z dużym parkiem, mieszkaliśmy tam przez jakiś czas... łatwe, nie? pierwszą poprawną odpowiedź nagradzamy Peronim), ale fazę nań (faza nań, no no) mieliśmy właśnie w Rzymie (też świetnym, żeby nie było wątpliwości).
No i znów jest filmowo. I've never had a roman holiday, but I won't hold it against you...
6) muzyka Nino Roty
Czy Fellini (btw: jego "Rzym" - film rewelacyjny, kamera przejeżdża pod najważniejszymi zabytkami, a przed Włochami stawia się zwierciadło, nawet niekoniecznie krzywe) czy Il Padrino - włoski (rzymski) klimat w skali 1:1.
7) BEIRUT - Postcards from Italy
Podobno włoska poczta jest gorsza od polskiej. Wiem, mi również jest ciężko to sobie wyobrazić.
8) LADY GAGA - Bad Romance
Ten świetny popowy kawałek słyszeliśmy wielokrotnie w supermarkecie Pim. Występowaliśmy tam w roli atrakcji sklepu wybierając godzinami wina z różnych regionów (tak, to szokujące, ale na tzw. zachodzie dobre wina kupuje się w supermarkecie).
Teledysk też na duży plus.
9) ELBOW - An Audience with the Pope
Najlepszy numer z Seldom Seen Kid, zdecydowanie godny polecenia (i 'postrofjenia' też).
10) TOM WAITS - np. Please Call Me, Baby
Płyta CD z włoskim hologramem została nabyta (saldi baby!) i przywieziona do Polski (razem z kolejnym zagranicznym Nickiem Drakiem ; mamy już m.in. madryckiego i sztokoholmskiego, fajna tradycja, polecam). Włoskie kolacje upływały najczęściej właśnie przy The Heart of Saturday Night. W związku z tym wszystko było dobre: miasto, muzyka i micha.
ZESPOŁAMI. KOLEJNOŚĆ PRZYPADKOWA. Z bólem, ale dla uproszczenia – max 3 na płytę.
Animal Collective – Merriweather Post Pavillion
In The Flowers – epilepsja kolorów w końcówce świetnie wykańcza mięsisty, pluszowy, migocząco-transowy wstęp do piosenki i do płyty. Pamiętajcie o ogrodach, siedźcie w kwiatach.
My Girls – pierwszy utwór z tego genialnego albumu, w którym zakochałem się po uszy (dokładniej – jeszcze w wersji live). Skandowane, splątane cudo sprawia, że chce się podskakiwać, ale potem okazuje się, że samo podskakiwanie nie wystarcza i trzeba uciekać się do innych niepoważnych zachowań, które ujawnione publicznie zrujnowałyby każdego. Tekstowo jest uroczo, prośba o M3 nigdy nie brzmiała tak przejmująco.
Bluish – chyba najbardziej wzruszająca piosenka tego roku. Smukła, satynowa i łagodna. Rozpływa się w uszach. Tekstowo znów uroczo, a na dodatek sam dobór brzmienia wyrazów zachwyca. Poza tym wyjście po pierwszym refrenie (2:10 – 2:22) – jeden z muzycznych momentów wszechczasów. Absolut.
fan video
Bat For Lashes – Two Suns
Moon And Moon – ballada utrzymana w stylistyce księżycowo-wiejskiej (patrz: ostatni Goldfrapp i „White Chalk” PJ Harvey). Piękne partie fortepianu, żabie chórki, rozgwieżdżone niebo. Spokój i niepokój nocy w jednym.
Daniel – okładka singla – to raz. Fakt powstania stricte tanecznego utworu BFL – to dwa. Przeseksowne „my hee-ee-aa-rt” w końcówce refrenu – to trzy.
Travelling Woman – kolejny wielki muzyczny moment tego roku - 1:35 – 2:00. Miękną kolana.
Lily Allen – It’s Not Me, It’s You
Everyone’s At It – świetny początek świetnej płyty. Lily jak zawsze celnie komentująca, cennie zdystansowana i cudnie brzmiąca.
Who’d Have Known / Chinese – obchodzimy trochę przepis o 3 piosenkach na płytę, bo na „It’s Not Me, It’s You” aż kipi od singlowego dobra ; wspólny wybór tych dwóch utworów bierze się z ich stylistycznego podobieństwa. Lily jest tu dziewczęco seksowna, zarówno kiedy śpiewa o zamawianiu chińszczyzny jak i wtedy gdy w absolutnie rozczulający sposób mówi: „Today you accidentally called me ‘baby’”.
Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix
Lisztomania – wydawało się, że tak dobrego otwieracza jak „Napoleon Says” nie będą mieli przez długi czas. A już na następnej płycie mają jeszcze lepszy.
Rome – zakochany w Rzymie wybitny artysta pisze piosenkę o obejmowaniu Paryża („I’m Throwing My Arms Around Paris” nie weszło na naszą listę z powodu limitów, które sami sobie zgotowaliśmy), zdolni artyści z Francji piszą numer o Rzymie. W obu przypadkach efekt jest fantastyczny. Podejrzane.
Armistice – prawdopodobnie najczęściej słuchana przeze mnie piosenka pierwszej połowy 2009 roku. Perfekcyjnie, zwięźle, okropnie przebojowo. Lśniący drobiazg zamykający Wolfganga. Świetny i w studio i na żywo (patrz: relacja z PS09).
Morrissey – Years Of Refusal
Mama Lay Softy On The River Bed – w wydanej niedawno “Mozipedii” Simon Goddard wiąże historię przedstawioną w “Mamie” z życiem i twórczością Virginii Woolf. I nawet jeśli pisarka nie była dla Moza bezpośrednią inspiracją, czuć tu wybitnie Woolfowski klimat. A „Life is nothing much to lose, it’s just so lonely here without you” i “We’re gonna lay down beside you, mama” – liryczna perła w koronie wyrzeczeń.
It’s Not Your Birthday Anymore – chyba najlepszy utwór na tej płycie. Płakaliśmy rzewnie, że mimo czterech podejść nie udało nam się usłyszeć go na żywo. Wokaliza w kulminacyjnym punkcie piosenki jest tak porażająca i przejmująca, że słowo „genialny” zyskuje nowy, muzyczny synonim.
I’m OK By Myself – nie zamknęliśmy oczu na zdjęciu z Jessem Tobiasem. Urrra!
Fever Ray – Fever Ray
If I Had A Heart – “This will never end cause I want more” to tekst roku. Jedna z najbardziej przejmujących piosenek jakie znam. Teraz już tylko Karin śpiewająca to na żywo i zakurzony Nick Drake z komisu przychodzą mi do głowy gdy słyszę słowo „Sztokholm”. No i kilka filmów („Fishy”! – choć to przedmieścia) ze szwedzkiej nowohoryzontowej serii.
Seven – w typie “Pass This On”, niezwykle czepliwy, świetny numer.
Triangle Walks – po prostu - najfajniejsza figura chodzi.
The Bird And The Bee – Ray Guns Are Not Just The Future
Koncert The Bats z Primavery do odsłuchania/pobrania TUTAJ.
Festiwal zaczęliśmy od odnalezienia nowej lokalizacji sceny VICE, która przeniosła się znad samego morza na tyły sceny ATP. Zamiast wieczorynki, od 19 piętnaście minut westchnień i narzekań, że „kuuurdeee, a tak było fajnie w zeszłym roku tam na starym Vajsie, a jak tam The Mary Onettes pasowało, a że Man Man pojechali po całości, a że jesteśmy na zdjęciu w festiwalowym katalogu jak tam stoimy zmęczeni przed Guinchem”. To tak do dziesięć po. Przez kolejne pięć minut dyskusje nad następnym odkryciem. „Ejjj! A my przecież teraz na The Bats przyszliśmy, oni to by tam się wpasowali, nooo nieeee!” No ale nic, z kupionymi w automacie gastro-garmażero-kuponami i z wlewaną w chore gardło pyszną zimną Estrellą przystąpiliśmy do koncertu numer 1 tegorocznej Primavery niezwykle podjarani (btw: propozycja Worda – podjadani, też by mogło być) i złaknieni wakacyjnych dźwięków.
The Bats nas nie zawiedli. Grali pastelowo, ale mięsiście, bardzo letnio-wiosennie, tak jakby słuchać jakiegoś słonecznego pop-rocka z wysłużonego samochodowego radia na gorącej autostradzie. Właśnie – gorącej. To ja poproszę jeszcze jedną Estrellę. I Strepsilsa na zagrychę.
20:30 Marnie Stern
„Marnie, did you get fingered by your boyfriend tonight?” – to pyta ta czarna, zła, tej blond, tej dobr… oj, zaraz zaraz, to nie Esmeralda i mowa barw włosów. Ta blondynka z miną urwisa to też niezłe ziółko. A jak łoją! Świetny, zwarty set uprzyjemnił oswajanie się z nową sceną VICE. Wysokie tony wokalu i gitar świdrowały uszy, ale nie była to zdecydowanie tortura, raczej perwersyjna radość obcowania z całą puszką przyjemnie kłujących dźwięków-szpilek. Zresztą, posłuchajcie sami. Aha! Na perkusji zdobywca honorowego wyróżnienia w tegorocznym konkursie sobowtórów Devendry. Zimna Estrella? Dla tego, który bez podglądania poda tytuł ostatniej płyty Marnie.
Jeżeli nam się uda, niedługo wrzucimy youtube'owy klip.
Wspaniałość. Scena, w której członkowie zespołu ustawili się do zdjęcia dla jednego fana („nie róbcie zdjęć, niech to będzie fotografia tylko dla niego”) w koszulce Yo La Tengo, który kadrował ich sobie w trakcie koncertu, była wręcz filmowo urocza. Nie dziwota, że obecni na festiwalu dziennikarze Pitchforka aż westchnęli z zachwytu w swojej Tweeterowej relacji.
Muzycznie piękny koncert, może tylko zbyt mało intymny, ale tak to już bywa na scenie Estrella Damm (chociaż ubiegłoroczne Animal Collective zmiotło wszystko i o braku intymności nie mogło być mowy). W każdym razie zobaczenie ich na żywo to świetna sprawa. Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Warto było czekać.
23:20 Phoenix
Obok YLT ajlepszy koncert dnia pierwszego i jeden z najlepszych koncertów całego festiwalu. Większość numerów z Wolfganga, ich najlepszej płyty w historii. Naładowana energią, idealna na otwieracz „Lisztomania” na sam początek, a potem już cały czas miażdżąco. Czy to przy kosmicznym, wciągającym jak zagęszczone mleko w tubce „If I Ever Feel Belter” z debiutu, przy perełce ze wspomnianego Mozarta, czyli „Armistice” czy przy singlowym „1906” albo „Consolation Prizes” z płyty nr 2 w moim Phoenix-rankingu, czyli „It’s Never Been Like That”. Żywiołowy, świeży, znakomicie ułożony set (naprawdę kompozycja boska). Radość Rockdeluxowej publiczności, radość zespołu, smutek gardła (darcie się o dziwo nie pomogło), ale co tam – to było koncerciacho.
Yyy… czy na obiekcie jest nagłośnieniowiec? Koncert na Benicassim był świetny, więc już przed festiwalem stwierdziliśmy, że na MBV idziemy dwa razy – pierwszego dnia na scenę Estrella Damm, drugiego do Auditori. Pierwsze podejście okazało się nieudane. Ten zespół trzeba umieć nagłośnić i o ile pod względem dźwięku Primavera stoi na naprawdę wysokim poziomie, tym razem się nie udało. Zaraźliwa melodyjność kawałków z „Isn’t Anything” czy „Loveless” uciekała bokiem do morza, a z głośników wył podwodny hałas. W Auditori będzie równie głośno, ale o wiele lepiej.